MachineGames zostało założone w 2009 roku i już po kilku miesiącach otrzymało za zadanie rozwijanie gier z serii Wolfenstein. Na pierwszą nowoczesną przygodę czekaliśmy do 2014 roku, samodzielny dodatek trafił na rynek po roku, a w 2017 roku zapoznaliśmy się z pełnoprawną kontynuacją. Deweloperzy w przeciągu siedmiu lat zapewnili graczom trzy całkiem pokaźne i przesiąknięte walką z nazistami historie. Jednak mimo to już Wolfenstein II: The New Colossus pokazał, że seria potrzebuje odpowiedniego odświeżenia. Twórcy nie zdecydowali się na mały eksperyment w postaci dodatku, natomiast wrzucają graczy na poligon doświadczalny. To fani mają na własnej skórze zbadać, czego temu uniwersum brakowało, a dzięki opiniom zwrotnym nadany zostanie kolejnej grze odpowiedni kierunek. Na Wolfenstein 3 przyjdzie nam zaczekać kilka lat, ale możecie mieć pewność, że Wolfenstein: Youngblood odpowiedziało na wiele pytań deweloperów. Szwedzi udowadniają, że to IP ma nadal spory potencjał, lecz trzeba go w odpowiedni sposób rozbudować.

Wolfenstein Youngblood recenzja gry 004

Wolfenstein: Youngblood – co dwie Blazkowiczki, to nie jedna

Szwedzi za pomocą „Świeżej krwi” chcieli dowiedzieć się, czy seria Wolfenstein może być rozwijana bez głównego bohatera? Facet w zasadzie stracił już głowę podczas kolejnych walk z naziolami, więc najwyższy czas na odrobinę odpoczynku. Z tego powodu najnowsza przygoda skupia się na dwóch córkach protagonisty – Jessie i Sophie – które dowiadują się, że ich tatulek wpadł w spore kłopoty. Wydarzenia rozgrywają się 19 lat po Wolfenstein II: The New Colossus, można więc tę produkcję traktować jako spin-off. Blazko poradził sobie już z nazistami w Ameryce, jednak najwyższy czas pomóc okupowanej Europie. BJ choć posiada już rodzinę, Anna czeka w domu z rosłem, a córeczki mają już swoje lata, to jednak nadal zachowuje się niczym samotny wilk i ginie gdzieś we Francji. Jego dziewczynki nie myślą dwa razy, pożyczają od Abby (córka Grace Walker, liderka amerykańskiego ruchu oporu, szefowa FBI) helikopter i lecą na Stary Kontynent. Na ich szczęście, przyjaciółka nie jest zwykłym molem książkowym, a potrafi nawet skonstruować dwie porządne zbroje. Jess i Sophie otrzymują w swoje łapy fantastyczny sprzęt i mogą z dziarskim uśmiechem wyruszyć do walki.

Jeszcze przed premierą Wolfenstein: Youngblood miałem okazję sprawdzić wycinek produkcji i szczerze mówiąc zaintrygowała mnie zarysowana opowieść. Dwie młode dziewczyny są wychowane niczym maszyny do zabijania, przez całe życie trenują, jednak nawet w takiej sytuacji mają problem z ubiciem pierwszego nazisty. Gdzieś tam z tyłu głowy narodziła się koncepcja fantastycznych retrospekcji przeplatanych z ciekawą i angażującą opowieścią, ale akurat tym razem popłynąłem zdecydowanie za daleko. Twórcy zmarginalizowali fabułę do minimum skupiając się na czystej rozgrywce – jest to zdecydowanie największy błąd produkcji, która aż dosłownie krzyczy, by przedstawić w niej przygodę. Zamiast tego bohaterki trafiają do Paryża, spotykają tamtejszy ruch oporu, któremu muszą pomóc, by dotrzeć do swojego staruszka. Gra to dziesięciogodzinne bieganie z punktu A do punktu B, a całość została niemal całkowicie pozbawiona istotnych oraz ciekawych przerywników filmowych. Te „filmiki” stworzone przez Szwedów można wrzucić do głębokiego dołu i zakopać, bo nie potrafią zaangażować nawet na minutę – w zasadzie cała produkcja została zbudowana na jednej niespodziance w postaci plot twistu.

I nie mówcie mi „po co w strzelance fabuła”, bo akurat Wolfenstein udowodnił, że nawet mordowanie kolejnych tłumów nazistów można ubrać w przyjemną opowiastkę. W dodatku Wolfenstein: Youngblood aż prosi się o pokazanie czegoś więcej. Twórcy nie zbudowali postaci, nie potrafią ich odpowiednio pokazać, a wszyscy poboczni bohaterowie są równie nijacy. Poskąpienie fabuły to fatalna decyzja, którą mam nadzieję studio już nigdy nie popełni.

Wolfenstein Youngblood recenzja gry 003

Wolfenstein: Youngblood – niby MachineGames, a trochę Arkane Studios

Szwedzcy deweloperzy nie tylko zaryzykowali postaciami nowych bohaterek oraz fabułą, ale rozbudowali mechanikę, która już raczkowała w poprzedniej odsłonie. Teraz otrzymujemy do naszej dyspozycji HUB i niemal od początku mamy jasno określony cel – chcąc odnaleźć staruszka musimy zinfiltrować wyznaczone bazy, ale nim wybierzemy się na misje, niezbędne jest wykonanie szeregu zadań po drodze. Gra wrzuca nas do świata z niby otwartymi lokacjami, do których trafiamy za pomocą metra – rozwiązanie choć dziwne to w zasadzie przemyślane, bo autorzy skorzystali z doświadczania Arkane Studios i oferują zdecydowanie bardziej rozbudowane tereny. Przechadzając się po kolejnych dzielnicach Paryża lub wchodząc do tajnych laboratoriów nie możemy liczyć na wielką ekscytację, bo tytuł czerpie garściami z poprzednich odsłon, jednak większy świat to zdecydowanie dobra droga dla tej serii. Same wydarzenia są jednak zbudowane na jednym schemacie – idź, zabij, zbierz – i zdecydowanie brakuje tutaj odpowiedniego powiewu świeżości.

Twórcy wrzucając dziewczyny do dużych terenów musieli odrobinę odświeżyć samych oponentów – to oczywiście nadal naziści, czasami zmieszani z robotami, ale teraz nad głową rywali pojawia się poziom doświadczenia. Jeśli natrafimy na „czachę” to trzeba uciekać, bo to jeszcze nie miejsce, by Jess i Soph mogły sobie poradzić. Ma to swoje dobre i złe strony, bo choć można łatwo rozbudować endgame oferując nam kolejne miejscówki do odwiedzenia, to jednak trudno nie odnieść wrażenia, że rywale nie różnią się w zasadzie niczym – po prostu rośnie im pasek zdrowia, a my musimy strzelać celnie. Szwedzi mogli (a raczej powinni) lepiej wykorzystać ten system, bo odnoszę wrażenie, że nawet w tym miejscu eksperymentowali.

Teraz mamy także szansę na większą ingerencję w bohaterki, ponieważ dziewczyny zdobywają doświadczenie, rośnie ich poziom, a zdobyte punkty inwestujemy w zdolności. Tutaj niestety bez szału, bo główne „drzewka” opierają się na typowym zwiększeniu zdrowia, podnoszeniu lepszych giwer lub kolejnych umiejętnościach. Od czasu do czasu mamy szansę rozwijania broni – waluta dostępna w produkcji pozwala poprawić statystki gnatów i akurat ten element w świetny sposób wpływa na rozgrywkę. W pewnym momencie miałem wrażenie, że Wolfenstein: Youngblood inspiruje się odrobinę ostatnimi odsłonami DOOM-a, bo gameplay jest krwisty, pełen dynamicznej akcji i walki z dziesiątkami oponentów. Dziewoje chętnie wpadają w sam środek gówna i za pomocą swoich ślicznotek pokazują nazistom, gdzie raki zimują... No wiecie – strzelają do nich z coraz to potężniejszych broni. Szkoda jedynie, że w tym całym gąszczu zmian naprawdę zabrakło chwili na rozszerzenie zestawu przeciwników i urozmaicenie samych starć. Od czasu do czasu miałem już dość męczenia paluchów na opancerzonych drani, którzy przyjmowali na swoją klatkę po kilka magazynków... Sytuacja jest o tyle źle przemyślana, że Szwedzi stawiają na skalowany poziom przeciwników – choć czasami można poczuć prawdziwy „Girl Power” i ubić kilku oponentów w sekundę, to jednak zdecydowanie za często pasek zdrowia gamoni rośnie wraz z doświadczeniem protagonistek.

Wolfenstein Youngblood recenzja gry 002

Wolfenstein: Youngblood – ziomek, atakuj!

Potrafię zrozumieć ideę tej decyzji, ponieważ Wolfenstein: Youngblood charakteryzuje się jeszcze jedną nowością w serii – a mianowicie kooperacją. Teraz całą grę przechodzimy w dwie osoby, a gdy akurat wszyscy znajomi śpią, to w skórę siostry wpada sztuczna inteligencja. Ponownie spłycono sam gameplay związany ze współpracą, bo choć od czasu do czasu natrafiamy na drzwi, które trzeba razem otworzyć, to szczerze mówiąc świat zna już zdecydowanie ciekawsze systemy. Interesującą mechaniką jest dzielenie dodatkowych wskrzeszeń – bohaterki wpadając w tarapaty mogą sobie pomagać i podnosić się z ziemi, ale gdy nie zdążymy na czas, Jess i Soph skorzystają z puli kilku „żyć”. Pozwala to w ekspresowym tempie wrócić do rozgrywki. Dobrze wypada także system wsparcia, ponieważ Blazkowiczki mogą od czasu do czasu poratować swoją partnerkę dodatkowym HP lub pancerzem.

Sama kooperacja jest jednak tym czynnikiem, który sprawia, że strzelanie nawet do dziesiątek wrogów z ogromnymi paskami zdrowia jest w pewien sposób... Przyjemne. Zawsze gdzieś tam u boku mamy kumpla, możemy sobie z nim pogadać, wspólnie atakować lub po prostu szukać słabszych punktów w tych przeogromnych nazistowskich zbrojach. Tytuł dostaje ogromnego „powera”, gdy zamiast SI biega obok kumpel i pewnie właśnie z tego powodu w odrobinę droższej edycji pojawił się Buddy Press, który pozwala zaprosić do zabawy znajomego. A warto działać razem, bo pozycja charakteryzuje się jeszcze dwoma dość niespodziewanymi wpadkami: spartaczonymi respawnami i brakiem pauzy (nawet podczas rozgrywki offline). Podczas rozgrywki szczególnie wkurza ten pierwszy element, ponieważ nic nie boli bardziej jak powtarzanie nawet 30-40 minutowej sekwencji, bo akurat twórcy zapomnieli o rzuceniu checkpointem. Wartą odnotowania wiadomością są także wrzucone do gry mikrotransakcje – przynajmniej aktualnie za pieniądze mamy szansę kupić wyłącznie kosmetyczne elementy. W dodatku wszystko w Wolfenstein: Youngblood odblokujecie podczas rozgrywki... Musicie się tylko przygotować na mnóstwo walk z nazistami.

Wolfenstein: Youngblood udało mi się sprawdzić na trzech platformach – w głównej mierze skupiłem się na PC, jednak miałem jeszcze okazję pobiegać po mapach na Xboksie One oraz Nintendo Switchu. Gra na komputerze i konsoli Microsoftu nie wyróżnia się z tłumu... W niektórych momentach efektownie wyglądają wybuchy, a ja wciąż uwielbiam przechadzać się po opanowanych przez nazistów lokacjach (te laboratoria!), jednak nie mogę tutaj mówić o choćby drobnych zmianach względem poprzedniej odsłony. Twórcy tego specjalnie nie ukrywają, a nawet w swoim czasie wspomnieli, że tytuł powstał na znanej technologii – z tego powodu od dnia premiery kupimy go w korzystniejszej cenie. Na obu platformach nie doświadczyłem też jakichkolwiek przycięć i nie natrafiłem na błędy. Osobnego komentarza wymaga edycja na konsolę Nintendo – tytuł działa na urządzeniu Big N bez większych zarzutów, w zasadzie tylko 2-3 razy dostrzegłem drobne, 3-sekundowe przycięcia, jednak musicie liczyć się ze znacznie gorszą oprawą. W tym wypadku ogrywałem produkcję wyłącznie w wersji przenośnej i szczerze mówiąc? Jest moc. Świetnie gra się w tak dużego shootera w każdym miejscu, ale jest to oczywiście okupione pewnymi niedociągnięciami – w Wolfku na Switchu znacznie trudniej dostrzec oddalonych oponentów, bo wszystko się zlewa i jest mniej wyraźne, a w niemal każdym miejscu brakuje szczegółów. 720p w docku i 540p jako handheld sprawiało, że przynajmniej kilkukrotnie miałem problem z wycelowaniem do rywali znajdujących się przykładowo na balkonach – tutaj tytuł odrobinę cierpi ze względu na rozbudowę lokacji. Mimo to właśnie ta wersja najbardziej przypadła mi do gustu, bo w ostatnich miesiącach najchętniej sięgam po konsolę Nintendo. Wolfenstein: Youngblood na sprzęcie Japończyków nie zawodzi, ale najlepiej przed wydaniem pieniędzy na produkcję spojrzeć na przynajmniej jeden gameplay z Sieci... Choć mam świadomość, że całość prezentuje się lepiej na małym ekranie konsoli. Ostrzegam jednocześnie – w pudle ze Switcha nie znajdziecie kartridża (pobieramy całą grę), a tytuł nie otrzymał polskich napisów.

Ubolewać można jedynie nad tym, że niezależnie od wybranej platformy, Wolfenstein: Youngblood nie oferuje kooperacji na podzielonym ekranie. Aż prosi się, by zaprosić do domu ziomka, zamówić dwie na grubym cieście, dorzucić na stół kilka bronksów i rozprawiając o życiowych dylematach, ubijać kolejnych przeciwników.

Wolfenstein Youngblood recenzja gry 001

Wolfenstein: Youngblood – radość jest, ale czy na teraz?

Trochę ponarzekałem, trochę pochwaliłem, ale na pewno muszę jeszcze wspomnieć o jednym – piekielnie dobrze grało mi się w tego Wolfensteina. Podczas rozgrywki czułem się niczym mała myszka w dużym, szwedzkim laboratorium, której zadaniem jest testowanie nowych leków, choć nawet w tej sytuacji strzelanie po prostu nie zawodzi. System jest teraz dynamiczniejszy, a sam gameplay wydawał mi się zdecydowanie przyjemniejszy. Czy to zasługa znajomego skaczącego po głowach nazistów? Nie tylko, bo nawet podczas rozgrywki offline ze sporą radością biegałem po kolejnych miejscówkach. Twórcy ponownie dopieścili gameplay, a czucie broni nie zawodzi nawet w najmniejszym calu.

Czy Wolfenstein: Youngblood powinno być lepsze? Zdecydowanie, ale mam świadomość, że gra jest pewnym eksperymentem. Jeśli chcesz się godzić na takie atrakcje, jednocześnie strzelając ze znajomym, to na pewno będziesz się dobrze bawił. Nie możesz oczekiwać od produkcji pełnoprawnych wrażeń znanych z poprzednich odsłon, ale na pewno warto wskoczyć w buty Jess i Soph – coś czuję, że niektóre elementy z tej odsłony zostaną wdrożone do Wolfenstein 3.

Gra w niektórych miejscach jest nieprzemyślana, ale nawet w tej sytuacji potrafi sprawić sporo frajdy. Fani serii powinni, sympatycy gatunku mogą, a wyznawcy kooperacji będą się dobrze bawić... Ale czy już teraz (w pełnej cenie)? Nie jestem przekonany. Twórcy ratują się niższą ceną, jednak przed sięgnięciem po portfel warto zrobić sobie (grze) porządny rachunek sumienia.