Final Fantasy VII to w oczach ogromnej większości gra kultowa i jeden z najlepszych jRPG-ów, w jakie mieli okazję zagrać. O ile krótko po premierze mało kto potrafił z tym stwierdzeniem polemizować, to kolejne lata przynosiły nowe gry, często zbliżające się do legendy siódemki. Poszerzająca się dostępność tego niszowego gatunku, jakim bez wątpienia są japońskie RPG-i, pozwoliła także zapoznawać się z grami, które rynek europejski omijały. To doprowadziło do powstania ruchu, który chce za wszelką cenę udowodnić, że Final Fantasy VII wcale nie jest dobrą grą.

Na szczęście, to może teraz ocenić każdy we własnym zakresie. Tytuł, który wcześniej był dostępny wyłącznie na konsolach Sony i PC-tach, trafił pod koniec kwietnia na Xboksa One i Switcha, a mi przyszło sprawdzić wersję na konsolę Nintendo. Choć w moim wypadku mowa raczej o technicznej ocenie jakości portu, bo samą grę znam jak własną kieszeń, o ile nie lepiej.

Port na Switcha? Jest dobrze

Final Fantasy VII pozwoliło jRPG-om wypłynąć na mainstreamowe wody. Mimo że gra Squaresoft nie oferowała rewolucji w rozgrywce, fabularnie korzystała z ogranych schematów, to trójwymiarowa grafika (która dzisiaj trąci myszką) połączona ze scenkami FMV sprawiły, że ludzie, którzy do tej pory gatunkiem się nie interesowali, zapragnęli posiąść ten tytuł. Na szczęście wszystkich, siódemce daleko do gry średniej. Z perspektywy czasu bez chwili zawahania się mogę powiedzieć, że to tytuł bardzo dobry. Choć z bolączkami, to te nawet przez moment nie przyćmiewają plusów gry. Jasne, w grze nadal są obecne sprzed 20 lat glitche, a do czasu wydania aktualizacji, port na Switcha i Xboksa One straszył resetującym się odtwarzaniem utworu, gdy eksplorację przerwała walka. Ci ze sprawniejszym okiem zauważą także dziwny stuttering, który pojawia się w momencie, w którym kamera przesuwa się po lokacji, prezentując nam imponujące w swoich czasach prerenderowane tła. Niemniej, to jest taki problem, na który praktycznie nikt nie zwróci uwagi, bo i sama gra działa w 30 FPS-ach, przez co nieprzyzwyczajonym graczom swoją ślamazarnością utrudni jej poznanie. Najpoważniejszy zarzut względem portu? Że Square Enix nie pomyślało nad dodaniem żadnych ramek, które moglibyśmy wybrać, żeby wypełnić czarny ekran, gdyż obraz jest w klasycznym 4:3, bez rozciągania.

Skoro mamy już ocenę portu za sobą (tak, kupujcie i grajcie), skupmy się może na tym, dlaczego warto w Final Fantasy VII zagrać nawet dzisiaj.

You Can Hear Cry of the Planet

Historia przedstawiona w Final Fantasy VII skupia się przede wszystkim na postaci Clouda, którego poznajemy w momencie kolejnej misji podejmowanej przez grupę Avalanche, określaną przez korporację Shin-Ra mianem terrorystów. Ich działania ciężko jednak nazywać inaczej. By chronić cenny dla planety zasób energii Mako, grupa decyduje się wysadzić jeden z reaktorów napędzających Midgar. Potężne miasto, które wyrosło nad mniejszymi miasteczkami. Siódemka od samego początku nie kryje się więc ze swoim antykorporacyjnym nastawieniem, komentując rosnące w siłę korporacje prawdziwego świata (czyli coś, z czym społeczeństwo praktycznie się pogodziło 20 lat później).

Losy Clouda przeplatane są z kolejnymi postaciami, a sam charakter bohatera ulega stopniowej zmianie, gdy jego przeszłość wraca do niego ze zdwojoną siłą. Nie chcę zdradzić zbyt wiele, bo być może ktoś faktycznie do Final Fantasy VII podejdzie pierwszy raz. Jednak przemiana Clouda, powolne odkrywanie otaczającej nas prawdy, losów kolejnych postaci są tutaj przedstawione prosto, ale wiarygodnie, choć czasami nie bez przesadnej ckliwości. O jakości kreacji postaci niech świadczy to, że najgorzej wypada de facto Yuffie, której w pierwszych planach w ogóle nie miało być.

Jako całość po tych 20 latach historia gry nie jest jej absolutnie najmocniejszym punktem, ale też nie wierzcie ludziom określającym ją jako opowiastka dla zbuntowanych nastolatków, bo mimo prostoty przekazu, historia jest nieco głębsza. Parę zaskakujących scen, solidnie opowiedziane backstory kilku postaci, zwroty akcji i przede wszystkim — znacznie lepsze tłumaczenie niż w wersji wydanej pierwotnie w 1997 roku.

Those Chosen by the Planet

Final Fantasy VII najmocniej stoi rozgrywką. Dokładniej — systemem materii, który sensownie zbalansowany i pozwala na sporą głębię w rozwoju naszych bohaterów. Materie funkcjonuję w świecie gry jako skrystalizowana energia Mako, więc nie są niczym wymyślonym i niepasującym do świata. Początkowo, gdy zaczynamy naszą przygodę, wykorzystujemy tylko podstawową materię dostępną w sklepach. Im dalej w las, tym w nasze ręce wpada więcej kolorowych kulek, które mają różne działanie. Zielona materia pozwala na wykorzystywanie magii, czerwona — summonów, fioletowa zapewnia podwyższenie statystyk i akcje specjalne (Chocobo Lure pozwala łapać Chocobosy), a niebieska dodaje nowe właściwości jak, chociażby możliwość użycia danego czaru przeciw wszystkim przeciwnikom jednocześnie lub wzmocnienie jego siły czterokrotnie. Żółta materia za to dodaje nowe komendy w trakcie walki.

Materii jest w grze tyle, że spokojnie będziemy w stanie stworzyć odpowiedni build swojego bohatera, choć przez te 20 lat odkryto wszystkie najlepsze kombinacje, więc wielu wybiera pójście na łatwiznę i korzystanie z gotowców. Kolorowe kulki rozwijane są punktami AP i po osiągnięciu odpowiedniego progu wskakują na poziom wyżej, pozwalając korzystać z mocniejszych wersji czarów, użyć więcej razy summona czy po prostu odblokowując lepszy przyrost statystyk, czy nowe komendy ataku. Grindowanie w Final Fantasy VII pozwala nie tylko zdobywać nowe poziomy, ale przede wszystkim rozwijać materie i w tym jest cała frajda. Rozmnażanie materii po ich wymasterowanie, sprzedaż niebieskiego All za 1,4 miliona gil, coraz mocniejsze wersje czarów... cóż, wspomnienia z pierwszych kilku razy przechodzenia gry bez Internetu mają w moim sercu specjalne miejsce.

Materie mają też inną przewagę nad paroma grami z serii Final Fantasy — są zdecydowanie przydatne w grze. Choć ogólnie Final Fantasy VII oceniam jako grę łatwą i rzadko sprawiającą konkretne problemy, to magia kilka razy po prostu się przydaje i nie jest tak, jak w ósemce, gdzie korzystanie z czarów było wręcz niepożądane. Same walki w dzisiejszych czasach są nieco ślamazarne, choć to raczej wina niskiego klatkażu, aniżeli tempa rozgrywki, bo te w moim odczuciu jest dobre jak na grę sprzed 20 lat.

Wiek gry jest jednak plusem, gdy popatrzymy na zawartość Final Fantasy VII. Tytuł jest wypchany zawartością dodatkową i wszelakimi sekretami. Mnóstwo minigier w Gold Saucerze, długie zadanie w celu zdobycia ostatniego limitu Aeris, broń ostateczna, ukryte materie, hodowla Chocobo z nimi związana, a do tego superbossowie, przy których podejście z marszu kończy się szybką śmiercią (kto choć raz z ciekawości wleciał w Ruby Weapona, nie wiedząc, czym jest te małe, czerwone coś, wie, o czym mówię).

Gra bez wad? Prawie

Przy ocenianiu Final Fantasy VII w 2019 roku najbardziej problematyczna jest oprawa wizualna. Mnie ona nie przeszkadza, bo się po prostu przyzwyczaiłem. Nie da się jednak zaklinać rzeczywistości i przekonywać, że nie trąci myszką. Jasne, w 1997 roku mogła robić wrażenie, zwłaszcza scenki FMV, rzuty kamery na niektóre lokacje czy animacje ataków summonów. Dzisiaj to wszystko jest po prostu takie sobie, zwłaszcza modele postaci w lokacjach i na mapie świata. Square niestety nawet nie chciało usprawnić rozdzielczości prerenderowanych teł, przez co są rozciągnięte i przefiltrowane. Nie widać tego aż tak, gdy na Switchu gramy w trybie handhelda.

Dodatkowo poza niskim poziomem trudności (w moim odczuciu) nie za bardzo miałbym się do czego przyczepić. Ścieżka dźwiękowa jest jedną z najlepszych w serii, będąc praktycznie pozbawioną słabych kompozycji (znajdą się tam może 2,3 utwory, które odstają poziomem). Niektórych odstraszy cena, wtedy warto poczekać na jakąś sensowną obniżkę i nawet jeśli graliście - zagrać raz jeszcze.