Wśród recenzujących gry panuje pogląd (przynajmniej u części), że słabe tytuły łatwiej się recenzuje. Wystarczy przejechać się przez większość tekstu po słabym tworze, znaleźć jedną czy dwie dobrze zrobione rzeczy i coś z tego się sklei. Przez pewien czas też hołdowałem temu poglądowi. Przy słabej grze nikt nie będzie się z tobą kłócił, że twoje zdanie to zasadniczo nic nie jest warte i najlepiej byś się zajął hodowaniem jedwabników.

Eternity: The Last Unicorn potwór

Chcąc być sam z sobą szczery, zadałem sobie pytanie, po co ja w ogóle to Eternity: The Last Unicorn brałem do recenzji. Jaki czort szepnął mi do ucha, by z wszystkich propozycji wpadających na maila wziąć to. Nie znalazłem na to odpowiedzi. Wybaczcie mi jednak ten dziwny wstęp do recenzji. Powstał on, by jakkolwiek was zaangażować w czytanie tekstu. Nie będę jednak dłużej pisał o niczym. Pozwólcie, że przejdę teraz do gry.

O czym ja tu miałem...a, o grze

Z racji tego, że mamy do czynienia z grą złą, wymienię i opiszę zalety. Szybciej mi z tym zejdzie.

...

..

.

Nie, to nie żart. Eternity: The Last Unicorn jest tak złe, że nie byłem w stanie znaleźć tu żadnego pozytywu. W grze ssie absolutnie wszystko. Jeśli musiałbym znaleźć dla gry zastosowanie, to pokazywałbym ją jako przykład, że nie każdy, kto ma chęci, powinien robić gry.

Eternity: The Last Unicorn walka z bossem

Produkcja studia Void wrzuca nas w środek nordyckich wierzeń. Grę zaczynamy jako elfica, której zadaniem jest uratowanie ostatniego jednorożca. Po drodze trafiamy na wikinga i co jakiś czas jesteśmy rzucani między bohaterów. Dlaczego? Tego nam gra nie wyjaśnia. Ot, pokonamy jakiegoś bossa, ekran się ściemnia i już kierujemy kimś innym. Całość zamyka się w oklepanym "zła wiedźma zbezcześciła swoją magią magiczne miejsce, a my i tylko my możemy je odratować". Ziew.

Rozgrywka chciałaby mocno wymieszać z sobą metroidvanię oraz gry soulslike. Robi to jednak w najgorszy możliwy sposób. Poruszanie się bohaterami jest ślamazarne i niewygodne, nie pomagają w tym statyczne ustawienia kamery, które po przejściu na kolejny ekran często zmieniają ustawienie o 180 stopni, przez co od razu wracamy na ekran, z którego wyszliśmy. Walka? Drętwa, nieintuicyjna, z fatalnymi unikami i bez mocy ciosów. SI nie istnieje, podobnie jak detekcja kolizji, przez której świetność przeciwnik trafia nas notorycznie atakami, gdy stoimy za jego plecami. Oczywiście ataki wykonuje przed siebie.

Eternity: The Last Unicorn bior

Rozwój postaci? No, jest. Klepiemy tych samych przeciwników, wbijamy poziomy i rośną nam punkty życia. Broń ulepszamy za ciągle brakujące kryształy u kowala/nimfy. Oczywiście, że każda z postaci musi mieć swoją osobę do ulepszania. Podobnie, jak każda z postaci ma skrzynie, które tylko ona otworzy. Co z tego, że wyglądają identycznie i nijak nie pokazują nam, kto może je otworzyć? O ścieżce dźwiękowej nawet nie chcę wspominać, bo jest tragiczna. Mając to na uwadze, nawet cieszę się, że w Eternity: The Last Unicorn żadna z postaci nie ma kwestii mówionej. Nawet w scenkach przerywnikowych, które oglądamy przez 3-4 minuty nie pada nawet jeden wyraz, przez co zastawiałem się kilkukrotnie, czy gra znowu się nie zawiesiła.

Wiecie, co jeszcze jest zabawne? Że gra powstała na Unreal Engine 4. Nie bawi mnie jednak to, jak gra działa, wygląda i brzmi. Błędy, przez które nasza postać zamarza i nie reaguje na wciskane przyciski to chleb powszedni. Parę razy gra się zawiesiła, bo boss zabił mnie chwilę po tym, jak zabiłem go ja i odpaliła się scenka przerywnikowa.

Morał na koniec

Z Eternity: The Last Unicorn spędziłem jakieś 12 godzin. Może odrobinę więcej. Tego czasu już nikt mi nie zwróci, ale wy możecie go sobie zaoszczędzić. Nie myślcie o tej grze. Nie warto jej nawet próbować za darmo z mniej lub bardziej legalnego źródła....

Eternity: The Last Unicorn walka

...w sumie to żałuję, że w ogóle o niej napisałem. Nie powinniśmy w ogóle o tym potworku słyszeć. Nigdy.