Wejście smoka to drugie dość trafne określenie, jakim się posłużę w tej recenzji. Apex Legends wyskoczyło dosłownie znikąd, bez uprzedniej kampanii marketingowej, a nadejście gry zwiastowały jedynie mgliste i bardzo skąpe przecieki. Od razu zdobyło niezwykłą popularność, uznanie graczy oraz ekspertów. Pytanie, dlaczego? Na pierwszy rzut oka to kolejny klon Battle Royale i kolejna próba zgarnięcia z kawałka mocno już nadgryzionego tortu. Usiądźcie wygodnie i odprężcie się. Opowiem Wam, dlaczego? A potem spotkamy się w trakcie meczu...

Praca u podstaw

Jak to zwykle w życiu bywa, przepis na sukces nie jest do końca definiowalny. W przypadku gry Respawn Entertainment szczególnie, gdyż dobro płynące z tej produkcji to wypadkowa kilku różnych elementów. Ważna tu jest jednak praca u podstaw, która zawsze była elementem wyróżniającym twórców uniwersum Titanfall.

W Apex Legends gra się bowiem po prostu dobrze. Czuć to od pierwszych minut meczu, gdy zgodnie z prawidłami gatunku Battle Royale kupa graczy ląduje nieuzbrojona na wielkiej wyspie i kawałek po kawałku wykańcza się nawzajem w celu pozostania ostatnim (a w zasadzie ostatnimi) przy życiu. Od razu zauważamy, że technicznie gra sprawuje się znakomicie (papa, PUBG!), czuć siłę broni oraz radość płynącą ze strzelania nią (nara, Fortnite!), a przy tym mapa nie jest kolejnym kopiuj/wklej z pierwszych gier z gatunku BR. Ba! Jest ona wręcz fenomenalnie przemyślana! Mniej tu otwartych przestrzeni niż w podobnych grach (choć wciąż są obecne), więcej za to wertykalnej architektury i zróżnicowania. Wisienką na torcie jest zaś krążący nad wyspą wielki statek. To miejsce najlepszych przedmiotów i - jak się pewnie domyślacie - również miejsce najgorętszych starć już w pierwszych minutach meczu. 

Poza tym Apex Legends ma ten szczególny feeling znany z Titanfall 2, który jest idealnym trafieniem w sedno, tak jeśli chodzi o strzelanie, jak i poruszanie. Powiem więcej - ta gra również należy do uniwersum TF, choć nie sygnalizuje tego nachalnie. Wiele się zmieniło, ponieważ w Apex Legends brakuje Tytanów oraz charakterystycznego skakania oraz poruszania po ścianach. Wszystko inne jednak jest tu obecne i sprawdza się wyśmienicie. Wprawdzie rozgrywka spowolniła na potrzeby bardziej rozważnej zabawy w Battle Royale, co nie oznacza że jest całkiem wolna! Zrozumiecie co nam na myśli, gdy płynnie pokonacie przeszkody, wspinając się na nie, bądź na jednym wślizgu przebędziecie długą drogę ze szczytu wzniesienia, aż na sam dół. Tak, to jest akurat czadowe!

Kumple aż po grób

Wprawdzie w Apex Legends nie brakuje elementów bardzo typowych dla gatunku - konieczności zbierania przedmiotów, zwężającego się kręgu rozgrywki, czy zrzutów zaopatrzenia. Ale bardzo szybko nasze wrażenie wzbogacone zostaje o elementy pozornie proste i oczywiste, a w gruncie rzeczy świetne. 

Po pierwsze do gry wkraczają unikalni bohaterowie rodem z hero shooterów - tutaj nazywani Legendami. To 8 śmiałków (6 dostępnych od razu, 2 pozostali za walutę w grze lub walutę premium) z różnymi umiejętnościami specjalnymi, pasywnymi skillami oraz unikalną mocą odpalaną po dłuższym naładowaniu paska. To dokłada zupełnie nową płaszczyznę taktyczną i wymaga... wyłącznie drużynowej gry. Na mapę wskakujemy w 20 trzyoosobowych teamów i w obrębie jednej ekipy może być tylko jeden typ Legendy. To automatycznie sprawia, że poszczególni gracze uczą się pełnienia specyficznych ról i większej odpowiedzialności za kumpli. W żadnej innej grze Battle Royale nie czułem tego aż tak bardzo jak tutaj, utwierdzając się w przekonaniu, że bycie samotnym wilkiem nie popłaca.

Co więcej, bohaterowie Apex Legends są autentycznie świetni. Może nie tyle, jeśli chodzi o kwestię designu i charakteru (tu daleko im do Overwatch), ile w kwestii użyteczności. W moim odczuciu w każdej dowolnej kombinacji zespołu można odnieść sukces i wszystko zależy od odpowiedniej sytuacji i umiejętności jej wykorzystania. Np. pewnego razu jako robot z linką Pathfinder zauważyłem zniżający się duży statek do naszej pozycji, o którym Wam już wspominałem. W okolicy widziałem inne drużyny, jednak tylko nam się udało dostać na jego pokład. Wykorzystując swoją specjalną moc, rozstawiłem między moją drużyną a pokładem statku linę, po której wszyscy weszliśmy i byliśmy w stanie ostrzeliwać przeciwników. Innym razem specjalny teleport Wraith mojego kolegi uratował nam tyłki przed zastawioną przez inną drużynę zasadzki. W przypadku Legend można wymieniać tak dalej - to istotny game changer na polu gier BR, który zapożyczą zapewne z czasem inni.

Pomysł na radochę

Podobnie mogą zapożyczyć dwa inne arcygenialne i proste patenty. Pierwszym jest system oznaczania różnych obiektów, kontekstualnie dostosowujący się do sytuacji. Działa banalnie - wystarczy wcisnąć L1/RB na padzie i w zależności od tego, w co celujemy, zyskamy inny efekt. Wskażemy jakieś miejsce i pojawi się ikona informująca naszych towarzyszy, ze tam powinniśmy się udać. Pokażemy wroga, a ikona zapali się krwistą czerwienią. Wypunktujemy spluwę, a nasi koledzy od razu będą po ikonie wiedzieć, gdzie i jaką broń znajdą. System sprawdza się wyśmienicie, a jeśli komuś brakuje dalej odpowiedniego zakresu komunikatów, przytrzymując wspomniany przycisk dłużej, wygodnie wejdzie do kołowego menu z kolejnymi opcjami. System ten - choć oczywiście nie zastąpi w 100% headsetu i zgranych kumpli - w bardzo odczuwalny sposób wpływa na komfort gry z losowo dobranymi graczami.

Komfort jest też odczuwalny w zarządzaniu ekwipunkiem, bowiem gra sama zakłada za nas najlepszy możliwy element np. pancerza czy dodatku do broni i w jasny (podzielony na kolory) sposób komunikuje nas o typie amunicji odpowiednim dla danej spluwy. Gładko i przyjemnie, bo przecież w Apex Legends na pierwszym miejcu jest dobra zabawa.  

Drugie ciekawe rozwiązanie to możliwość sprowadzenia zabitego towarzysza do gry. Nawet jeśli zostanie on powalony, a potem dobity przez przeciwnika, to i tak mamy dłuższy czas na podejście do jego skrzynki, zabranie specjalnego sztandaru i dobiegnięcie do specjalnej strefy odrodzeń. Wówczas ziomek, cały na biało, wraca na pole bitwy, podwieziony statkiem desantowym. Wprawdzie ma pod górkę, bo startuje od zera (bez żadnego sprzętu), ale to nie ma aż tak dużego znaczenia jak fakt, że nawet po zabiciu możemy dalej grać z kolegami (przy sprzyjających wiatrach, oczywiście), a nie czekać jak te kołki, aż ekipa skończy mecz. 

Oczywiście dokłada to do samej, pozornie przecież prostej formuły BR, jeszcze kolejną warstwę strategii, gdyż - podobnie jak przy zrzutach z zaopatrzeniem - w takich punktach odrodzeń można urządzać innym zasadzki.

Rozwalmy rynek naszą grą!

Powtórzę się za pewne po raz trzeci, ale to wszystko sprawia, że w Apex Legends gra się po prostu wyśmienicie. Gra Respawn ma w sobie taki magnetyzm i tyle uroku (wynikającego również z oprawy graficznej oraz w miarę stabilnych na konsolach 60 klatek na sekundę), że przyciągnęła wielu moich znajomych, którzy dotychczas z Battle Royale byli na bakier. A to nie lada wyczyn, zważywszy na obecny stan rynku!

Co istotne, Apex Legends jest grą free-to-play i wypróbować ją może dosłownie każdy. Oczywiście taki model biznesowy wiąże się z rozbudowanym systemem mikrotransakcji, które wydamy na naprawdę bogaty przekrój elementów kosmetycznych (od zatrzęsienia skórek postaci i broni, poprzez bannery, egzekucje, komentarze Legend i tonę innych rzeczy). Z prawdziwą przyjemnością przyjąłem fakt, że oprócz waluty premium (za którą trzeba płacić prawdziwe pieniądze) dostajemy jeszcze co poziom lootboxa (po 20 levelu, co dwa poziomy) oraz losowo możemy otrzymać materiały oraz inną walutę do tworzenia/kupna nowych rzeczy. To bardzo rozbudowany system, który daje nam wiele możliwości odnośnie tego, ile, co (może być czas) i w jakim odstępie czasowym zainwestujemy w Apex Legends. No i najważniejsze - to tylko kosmetyka, żadnego pay-to-win... przynajmniej na razie.

Przy tym wszystkim warto jednak zwrócić uwagę na kilka rzeczy. Gra Respawn wciąż ma problemy z serwerami i wiele osób (w tym ja) ma problemy z połączeniem. Ma to być poprawione w najbliższych łatkach, ale może przytrafić się i Wam, jeśli weźmiecie się za granie. Na start dość mało jest też Legend. 8 postaci wprawdzie jest przemyślanych i - póki co - ta zgraja stanowi pewną równowagę, ale chciałoby się od początku więcej. Nowe Legendy będą, rzecz jasna, dodawane, ale musimy na to jeszcze chwilę poczekać.

Największy znak zapytania stanowi oczywiście przyszłość Apex Legends. Electronic Arts zapewne się nie spodziewało takiego sukcesu gry (podobnie jak sami twórcy), więc pewnie będzie robiło teraz wszystko, żeby zmaksymalizować zyski. Miejmy nadzieję, że nie odbije się to na jakości zabawy. Być może to chwilowe zauroczenie, nagłą moda, a być może właśnie narodził się nowy konkurent dla Fortnite i PUBG. Przyszłość i jakość aktualizacji (nie zapominajmy, że póki co AL to tylko jeden tryb gry) pokaże jak będzie. Na razie cieszmy się z prawdziwego wejścia smoka. Gra Respawn robi świetne wrażenie, jak swego czasu robił to Bruce Lee, wparowując kopniakiem na arenę. Oby trwało ono jak najdłużej.