W Odyssey większego znaczenia nabrało zdobywanie fortów, niszczenie składzików broni itp. Każde tego typu działanie osłabia jedną z frakcji w danym regionie. Czyszcząc posterunki i fortyfikacje eliminujemy część ochrony przywódcy na wyspie, dzięki czemu łatwiej się do niego zbliżyć i go załatwić. A gdy to się powiedzie można wspomóc jedną ze stron konfliktu w walce o władzę w całym polis. Przewrotnie warto w ostatecznym starciu stanąć po stronie osłabionych, ponieważ wyższy poziom trudności wynagradzają dużo lepsze nagrody w przypadku zwycięstwa.

Assassin’s Creed Odyssey recenzja #6

Twórcy Odyssey zapatrzyli się na system Nemesis ze Śródziemia i dopasowali go do swojej formuły. Pamiętacie chodzących po Egipcie przypakowanych kolesi tropiących Bayeka? Tym razem mamy do czynienia z całą frakcją Najemników zwanych też Łowcami Nagród. Spotykamy ich na mapach lub podążają naszym tropem, gdy wzrośnie wskaźnik przestępczości (publiczne egzekucje i obrabianie dzbanów, skrytek itp.). W naszym interesie jest uszczuplanie liczby najemników z kilku powodów. Nie niepokojeni będą siedzieć nam na ogonie przy wszystkich aktywnościach, a walka z trzema wysokopoziomowymi mini bossami to pewna śmierć. Ponadto noszą przy sobie bardzo dobry ekwipunek, a jakby brakowało wam motywacji, to eliminacja pozwala piąć się w górę w tabeli najlepszych najemników w Grecji. Zdobycie wyższej rangi gwarantuje stałe bonusy w postaci większej liczby punktów doświadczenia, niższych cen czy obniżenia wskaźnika przestępczości.

Koniec? Nie! Ważną rolę w fabule odgrywa Zakon Czcicieli Kosmosa (tacy protoplaści Templariuszy). Do tego kółeczka wzajemnej adoracji należą wpływowi ludzie z całej Grecji, a naszym zadaniem jest ich zidentyfikować i wyeliminować. Oczyszczając siedziby Czcicieli znajdujemy dokumenty pozwalające poznać tożsamość i miejsce pobytu poszczególnych członków. Sami z reguły nie są wojownikami i w większości przypadków padają od jednego ciosu, ale nierzadko otaczają się całą świtą ochroniarzy lub bunkrują w fortach. Rozprawienie się ze wszystkimi to kolejne kilka ładnych godzin gry.

Assassin’s Creed Odyssey recenzja #5

Origins było ładne, nawet bardzo, ale Odyssey chociaż działa na tym samym silniku jest jest po prostu przepiękne. Pustynny klimat zastąpiły zielone wyspy, błękitne laguny i spektakularne budowle antycznej Grecji. Gdzie byśmy się nie obejrzeli świat zachwyca swoim zróżnicowaniem, urokiem i szczegółowością (posągi znów mają siusiaki!). Wisienką na torcie są wielkie, wyjątkowo skrupulatnie zaprojektowane miasta pełne posągów, alejek i świątyń poświęconych bogom. Rozmach z jakim przedstawiono Ateny zdumiewa i dosłownie zapiera dech. Najważniejsze jednak, że wszystko działa wzorowo. Tylko raz, w ciągu 50 godzin rozgrywki gra mi się zawiesiła, nie zaobserwowałem też żadnych glitchy i błędów. Zdarzają się, co prawda lekkie przycinki przy przemykaniu uliczkami, czy doczytywanie tekstur najbliższego otoczenia, ale przy tym rozmachu nie stanowi to żadnego problemu. Przyczepić mógłbym się tylko do wczytywania gry po śmierci. Trwa bardzo długo i naprawdę szkoda, że twórcy nie znaleźli na to jakiejś recepty.

Jeszcze dwa tygodnie temu wyśmiałbym kogoś, kto powiedziałby mi, że Assassin’s Creed Odyssey przebije zeszłoroczną odsłonę. Tytuł jawił się jako klasyczny odcinacz kuponów, a tymczasem otrzymaliśmy pozycję ze wszech miar lepszą. Lepsza fabuła, większa różnorodność zadań dodatkowych, bitwy morskie, Najemniczy i Czciciele to tony zawartości na co najmniej 35 godzin. Ja wykonując ledwie część zadań dodatkowych dobiłem do 50, a po drodze zostawiłem jeszcze dziesiątki aktywności, które z przyjemnością nadrabiam. Naprawdę nie wyobrażam sobie, że fani Origins mogą kręcić nosem. Zachwycająca i gigantyczna gra.