Rok 2018 to zdecydowanie dobry rok dla fanów platformówek 2D. Wydane w styczniu Celeste ujęło krytyków, którzy zgodnie wystawili grze wysokie noty. Wydawać się mogło, że na równie dobrą grę w obrębie tego gatunku przyjdzie nam czekać jeszcze długo. Tymczasem na konsolę Sony wkracza Slime-san: Superslime Edition – gra, która przerosła moje najśmielsze oczekiwania i przypomniała czas spędzony przy tak znakomitych produkcjach jak chociażby Super Meat Boy.

Slime-san: Superslime Edition #1

Pierwszy kontakt z tym tytułem zupełnie nie zapowiadał długich godzin fenomenalnej zabawy, które nastąpiły później. Minimalistyczna, oparta raptem na kilku kolorach pixel-artowa oprawa graficzna na pierwszy rzut oka nie sprawia wrażenia najpiękniejszej, co pewnie zadecydowało o tym, że pozwoliłem Slime-san na PC zatonąć w morzu tytułów mojej steamowej biblioteki. Błąd! Ogrywając Slime-san: Superslime Edition zdałem sobie sprawę, że pomimo iż daleko jej do współczesnych standardów graficznych, zdecydowanie ma swój urok. W połączeniu z chiptune’owym soundtrackiem przygrywającym w tle, wspomniany pixel-art tworzy bowiem wyjątkowy klimat retro.

W grze wcielamy się w tytułowy Śluz, który zostaje połknięty przez ogromnego robala. Korzystając z niezwykłej zwinności naszego zielonego bohatera (i własnych umiejętności sprawnej obsługi kontrolera) jesteśmy w stanie unikać niebezpieczeństw czyhających we wnętrznościach potwora i podjąć niełatwą przeprawę wiodącą przez kolejne poziomy, by ostatecznie wydostać się z jego wnętrza. Nie jest to jednak łatwe zadanie, gdyż plansz jest całkiem sporo, a ich poziom trudności ustawicznie wzrasta. Trzeba jednak przyznać, że twórcy zadbali o to, by stopniowo wprowadzać kolejne mechaniki i przyzwyczajać gracza do ich wykorzystywania. Dzięki temu ograniczyli do minimum momenty frustracji pojawiające się, gdy mimo wszelkich wysiłków gracz raz za razem ginie i zmuszony jest powtarzać dany etap. Prawdę mówiąc, nawet z takiej sytuacji jest wyjście – u jednego z NPC-ów za odpowiednią liczbę jabłek (o których kilka słów później) można wykupić pominięcie feralnego poziomu i bez skrępowania kontynuować rozgrywkę.

Slime-san: Superslime Edition #2

Podstawową różnicą między recenzowanym tytułem a wspomnianym Super Meat Boyem jest możliwość wykonania dasha (prawy trigger) oraz mechanika przemiany (lewy trigger). O ile dash jest dość często wykorzystywany w grach zręcznościowych, o tyle mechanika przemiany zastosowana w Slime-san: Superslime Edition stanowi pewien powiew świeżości. Przytrzymując lewy trigger, gracz sprawia, że wszystko, co dzieje się na planszy (poza licznikiem odmierzającym czas) zwalnia, jednocześnie Śluz traci swój kolor (pozostają jedynie kontury) i może bez przeszkód przenikać przez zielone ściany, które w normalnych warunkach blokują mu drogę do wyjścia.

Warto również wspomnieć, że jeśli zbyt długo zwlekamy z dotarciem do wyjścia, planszę zaczyna zalewać kwas żołądkowy robala, co w naturalny sposób pospiesza gracza i podtrzymuje tempo rozgrywki. Główna kampania podzielona została na pięć światów, które każdorazowo kończy walka z ciekawie zaprojektowanymi bossami. Dużym plusem gry jest też to, że nawet gdy nie uda nam się uniknąć śmierci, plansza momentalnie zostaje załadowana od nowa, co pozwala bez zbędnych przestojów kontynuować wcześniejsze zmagania.

Slime-san: Superslime Edition #3

Przejście przygotowanych przez twórców ze studia Fabraz poziomów to tylko część zabawy. Prawdziwą sztuką jest pokonanie ich w odpowiednim czasie, liczonym łącznie dla czterech plansz wchodzących w skład jednego poziomu. Jedna pomyłka często przesądza o tym, czy uda nam się zmieścić w czasie czy będziemy musieli próbować ponownie. W obrębie każdej planszy znaleźć można także jabłka stanowiące wewnątrzgrową walutę, za którą w „miastach” – bezpiecznych miejscach wypełnionych postaciami niezależnymi – nabyć można m.in. nowe tła, elementy ubioru naszego zielonego przyjaciela (choć nie wiem, czy kilka pikseli układających się w kształt słuchawek czy pirackiej opaski, może stanowić przedmiot pożądania) i, co najważniejsze, alternatywne postacie, których wybór wpływa na zmianę stylu gry. W wybranych poziomach znaleźć można przejścia do ukrytych obszarów, w których znajdziemy dodatkowych NPC-ów oraz monety, za które wykupić można zaprojektowane przez twórców minigierki.

Edycja przygotowana dla PlayStation 4 i Xboksa One zawiera podstawkę oraz całą dodatkową zawartość stworzoną przez deweloperów w ostatnim roku, tj. dwa świetne DLC – „Blackbird’s Kraken” (w którym wraz ze śluzową rodzinką zostajemy wchłonięci przez Krakena) oraz „Sheelpe’s Sequel” (tutaj owce uświadomiły sobie swoją rolę jako NPC-a w grze i postanowiły przeprogramować się na czarne charaktery). W skład Slime-san: Superslime Edition wchodzi też dziesięć specjalnych poziomów, z którymi trzeba się zmierzyć z góry określonymi postaciami. Plansze te przygotowane są specjalnie w taki sposób, by wymagały umiejętnego wykorzystania ich unikalnych umiejętności. Bonusowa zawartość to oczywiście więcej zabawy, warto jednak w pierwszej kolejności zmierzyć się z główną kampanią, gdyż poziomy dostępne w DLC są w moim odczuciu znacznie trudniejsze i początkujący gracze mogą się od nich zwyczajnie odbić.

Slime-san: Superslime Edition #4

Od strony technicznej w zasadzie trudno się do czegokolwiek przyczepić. Poza piłką w minigrze Action Paddle, której zdarza się blokować przy krawędzi ekranu, nie doszukałem się żadnych bugów. Slime-san: Superslime Edition jest świetnym, dopracowanym tytułem, który powinien znaleźć się w bibliotece każdego miłośnika zręcznościowych platformówek. Mnogość mechanik, które twórcy skrzętnie upchnęli w jednym tytule, oraz zawartość dodatkowa odblokowywana w trakcie i po ukończeniu rozgrywki (minigierki, New Game+, Boss Rush itd.) sprawia, że osobom lubiącym tego typu wyzwania gra zapewni więcej godzin zabawy niż niejeden tytuł AAA. Jeśli nadal macie jakieś wątpliwości, czy to gra dla Was, niewygórowana cena (59 zł) stanowi kolejną zachętę, by sprawdzić ją na swoim sprzęcie.

Grę do recenzji dostarczył deweloper.