Blasters of the Universe robi użytek z kiczowatego przedstawienia wirtualnej rzeczywistości, którym mamiły nas filmy z lat 80. i 90. ubiegłego wieku. Trafiamy do futurystycznego środowiska pełnego polygonowych brył, gdzie szalony i samozwańczy bóg salonów arcade rzuca nas na pastwę swej agresywnej armii. Cała zabawa sprowadza się do odpierania morderczych ataków i bicia kolejnych rekordów.

Blasters of the Universe #1

Najważniejszy element wirtualnych strzelnic to oczywiście precyzja. Tutaj wykonano ją bezbłędnie. Strzela się potwornie przyjemnie i celowanie nie sprawia najmniejszych problemów. Posyłanie strzałów dostarcza mnóstwo zabawy, a sama rozgrywka angażuje nie tylko nasze ręce, ale i całe ciało. Niczym w rasowych grach typu bullet hell jesteśmy zasypywani setkami pocisków, które trzeba zgrabnie omijać lub przyjmować na tarczę.

Sterowanie w Blasters of the Universe jest największą zaletą gry. Stoimy w miejscu, ale podczas zabawy wykonujemy niewielkie uniki, bronimy się tarczą i oczywiście strzelamy. Wrogowie atakują z każdej strony i często jest naprawdę trudno uniknąć ich ofensywy – przynajmniej początkowo, bo produkcja oferuje bardzo szerokie opcje personalizacji broni i z czasem poziom wyzwania gdzieś tam się ulatnia.

Blasters of the Universe #2

Kombinacji arsenału i tarczy jest naprawdę sporo. Możemy stworzyć własny zestaw odpowiadający naszemu stylowi gry, a gdy się znudzi – wystarczy wejść do zbrojowni i szybko przetasować założone przedmioty. Ekwipunek różni się nie tylko statystykami, ale i efektami. Możemy opracować broń, która po trafieniu pociskiem będzie zadawała obrażenia pobliskim przeciwnikom, stworzyć trującą wiązkę laserową czy wybuchające pociski odbijające się od ścian i zabijające wrogów rykoszetem. Poszczególnych gadżetów wpływających na rozgrywkę jest całkiem sporo.

Sama zabawa jednak jest mało urozmaicona. Dosyć szybko odkryjemy wszystkie jednostki przeciwników i schematy ich atakowania. Głównych etapów jest niewiele, a starcia z bossami, chociaż przyjemne, rozczarowują ilością. Zmieniające się wyzwania oraz tryb endless z nieskończoną liczbą przeciwników i sieciowymi rankingami to miłe dodatki, ale nie są w stanie przytrzymać przy grze. Dłuższe sesje robią się monotonne i po prostu nużą.

Blasters of the Universe #3

Grafika jest oszczędna i poprzez minimalistyczny styl maskuje ograniczenia technologiczne. Jeśli lubicie klimat retro-futuryzmu, neony i wszechobecne lasery, to oprawa przypadnie Wam do gustu. Muzyka synthwave świetnie potęguje atmosferę, ale znów – jest jej zbyt mało. Kiczowaty antagonista, który towarzyszy nam na każdym etapie, mógł być też czymś naprawdę zabawnym i rzucać w naszą stronę dobrymi tekstami, lecz tak nie jest i jego obecność nie wzbudza żadnych emocji. Kwestie naszego wroga są żenujące i sprawią, że będziecie przewracać oczami.

Ostatecznie Blasters of the Universe to bardzo przyjemna strzelnica typu bullet hell. Bawi, ale głównie przy krótkich sesjach. Idealna gra, aby odpalić na chwilę i wyłączyć po przejściu paru etapów. Brak większej głębi doprowadza do tego, że trudno spędzić z tym tytułem więcej czasu, bo całość bazuje wyłącznie na jednym schemacie. Jeśli podoba się Wam strzelanie w wirtualnej rzeczywistości, to nie będziecie zawiedzeni. W innym wypadku nie znajdziecie tutaj nic angażującego.

Grę do recenzji dostarczył nam deweloper.