Jestem pozytywnie zaskoczony kontynuacją Titanfalla. Gdy wychodziła pierwsza część, nie interesowałem się nią z prostego powodu – braku trybu dla jednego gracza. Kontynuacja nadrabia ten element, szlifuje sieciową grę i… ma pecha, bo ląduje między Battlefield 1 (PS4) oraz Call of Duty: Infinite Warfare (PS4), przez co sporo osób może zignorować młodszego FPS-a. A to błąd, bo mamy do czynienia z najlepszą strzelanką tego roku. A może i nawet tej generacji.

Od pierwszych chwil po odpaleniu gry czuć, że za Titanfallem stoją ludzie, którzy dali nam serię Modern Warfare. To, jak się poruszamy, jak szybko postać reaguje na nasze polecenia czy jakie jest tempo rozgrywki – to wszystko jest jakby żywcem wyjęte z pierwszych części CoD: MW, oszlifowane gdzie trzeba i dopracowane jak tylko się dało. Różnicę mamy jedynie w sposobie opowiadania historii. Zrezygnowano z pompatycznych scen przeładowanych skryptami, gdzie naszą rolą było jedynie oglądanie widowiska. W kampanii dla jednego gracza takich scenek jest niewiele. Postawiono na opowiadanie historii przez rozgrywkę i dialogi między naszym pilotem a Tytanem BT. Warto dodać, że mamy prosty system decyzyjny naszych odpowiedzi i niektóre hasełka BT może zapamiętać, by w pewnym momencie ich użyć. Nie jest to jakoś wyjątkowo rozbudowana mechanika i większego wpływu na historię nie ma, ale traktuję go jako jeden z tych drobnych detali sprawiających, że grę odbieramy lepiej.

Kampania opowiada nam przygodę świeżo upieczonego członka ruchu oporu, który całkiem przypadkowo zostaje pilotem Tytana, mimo że nie skończył szkolenia. Początkowo musimy wykonać cel martwego już pilota naszego Tytana BT, a potem zostajemy po prostu bohaterem przez nasze czyny. Całość jest prosta i lekka oraz bardzo mocno inspirowana kinem akcji lat 80., więc podawana z wszystkimi zaletami i wadami w postaci stereotypowych i jednowymiarowych postaci. Razem zresztą z kiczem, który jednak nie jest tutaj wadą. Kampania Titanfall 2 (PS4) jest niczym najlepszy film kina akcji przełomu lat 80. i 90., oddając intensywną wymianę ognia, skakanie po ścianach razem z bieganiem po nich, a po zeskoczeniu – możliwość wykonania długiego wślizgu za plecy wrogów i ostrzelanie ich niczym w najbardziej pokręconym hinduskim akcyjniaku. Oczywiście można też siedzieć w Tytanie i po prostu rozgniatać przeciwników, ale też da się z niego wyskoczyć i pozwolić mu działać samemu. W tej kombinacji jednak czasami dokucza średnia inteligencja BT, który jest w stanie stanąć w jednym miejscu i strzelać non stop w mur, za którym chowa się przeciwnik.

Ukończenie singla zająć może od minimalnie 4 godzin (jeśli będziemy po prostu biec przed siebie i wykonywać stawiane przez grę cele) do nawet 10 w przypadku próby zebrania wszystkich hełmów pilotów porozrzucanych po lokacjach. Plansze nie są otwarte, ale jednocześnie na tyle duże, że do celu możemy dostać się zawsze kilkoma ścieżkami. Jest to w pewnym sensie ukłon w stronę starych FPS-ów, gdzie mieliśmy po prostu plątaninę korytarzy i droga, którą osiągaliśmy cel, zależała od nas. Podobnym hołdem jest również wrzucenie pojedynków z bossami. Już nawet nie pamiętam, która wysokobudżetowa strzelanka poza Doomem by coś takiego zaoferowała. Pojedynki nie są jakoś wyjątkowo skomplikowane na poziomie mechaniki, bo wszystko sprowadza się do prostego zabij wroga, ale stereotypowi przeciwnicy mają w posiadaniu różne Tytany, co w połączeniu z ich osobowością (pozdrawiam ciepło wannabe-Arnolda) daje ciekawe pojedynki. Całość mocno stawia przede wszystkim na widowiskowość wyrażaną przez nasze akcje w grze. Kulminacją jest pewna sekwencja pod koniec kampanii, gdzie deweloper wstawił taką jazdę bez trzymanki, że czujemy się niczym młody bóg na misji specjalnej.

Do trybu singlowego dołączono także tryb sieciowy, który może i przypomina bardzo mocno multiplayer z Modern Warfare, ale pod żadnym pozorem nie jest to minus, bo przecież dołożono tutaj Tytany. Te po jakimś czasie od rozpoczęcia rundy możemy przyzwać na pole walki i albo zasiąść za ich sterami, albo wydawać rozkazy sztucznej inteligencji. Sieciowa rozgrywka spodobała mi się już w becie, ale wtedy też trochę narzekałem na niektóre aspekty. Okazało się, że premierowy multiplayer jest niesamowicie dopracowany. Problemy z połączeniem sieciowym? Zdarzyły się raz, gdzie ping zaczął mi skakać do kilkuset milisekund. Trwało to kilkanaście sekund, ale to był jedyny problem w trakcie kilku dni potyczek w Sieci. Respawn nie szalało z trybami gry i zamiast wrzucać ich tutaj nie wiadomo ile, postanowiło skupić się na dopracowaniu już obecnych. Oczywiście mamy tutaj również zwykły Deathmatch wyłącznie z pilotami w roli głównej i przypomina to najbardziej Call of Duty, ale w pozostałych trybach jest już możliwość przyzwania Tytana, gdy napełnimy odpowiedni pasek, co można traktować trochę jako niekasującą się wersję killstreaków.

Miałem trochę obaw o balans gry, ale na szczęście – piloci mają masę sposobów na zdjęcie wrogich Tytanów. Jednym z nich i chyba najlepszym są same projekty map. Nie wybiorę tej najgorszej, bo takiej nie ma. Najlepsza? Wszystkie. Naprawdę. Niezależnie od tego, na której z nich grałem, niezależnie od trybu gry – mapy są tak skonstruowane, że określę je mianem małych cudów świata. Rozległe tereny poprzeplatano wąskimi korytarzami, przejściami wyrzeźbionymi w skałach czy miejscami, w których pilot może wślizgiem błyskawicznie uciec przed rywalami i Tytanem. Konstrukcja map jest właśnie powodem, dla którego chce się grać w Titanfalla 2. Wystarczy tak naprawdę nauczyć się rozkładu mapy (a da się to zrobić po 2-3 rundach) i jedyne, co pozostaje, to.. nauka sterowania. Bieganie po ścianach i poślizgi mają tutaj ogromne znaczenie. Biegnąc, jesteśmy wolniejsi i łatwiejsi do trafienia. Skacząc po ścianach dużo łatwiej jest przemieszczać się po lokacjach czy walczyć. Mimo że początkowo może to wydawać się skomplikowane i trudne w opanowaniu, to wierzcie – godzina gry wystarczy, by poczuć się jak ryba w wodzie. Do nauki polecam tryb Attrition, gdzie walczymy nie tylko z drużyną przeciwnika, ale też każdej ze stron pomagają kolejne fale botów. Gdy ten tryb pokazywano w poprzedniej odsłonie, śmiałem się, że to taki easy mode i jest bez sensu. Po rozegraniu kilkunastu rund wiedziałem już, że to idealny samouczek na realnym polu walki. Nie jesteś w stanie jeszcze zabić przeciwnika? Skup się na botach, ciułając powoli punkty i przy okazji ucząc się gry.

Miałem też wątpliwości co do systemu perków. Bałem się, że dadzą zbyt dużą przewagę dłużej grającym. Ale nie jest źle. Balans w grze jest idealny. Nawet jeśli dopiero zaczynacie, to bez problemu będziecie w stanie pokonać bardziej doświadczonych przeciwników. Nawet Tytan, który jest dostępny od początku, spokojnie poradzi sobie z tym, którego dostajemy po osiągnięciu wyższego poziomu. Więc jeśli obawiacie się, że za kilka miesięcy, gdy dołączycie do gry, napotkacie na ścianę – możecie przestać się martwić. O dopływ nowej zawartości Respawn też zadba. Gra otrzymywać będzie darmowe dodatki w postaci trybów gry i map, więc jeśli społeczność się nie wykruszy – nowej zawartości nie braknie.

Titanfall 2 (PS4) jest grą, w której ogromne znaczenie ma dobre nagłośnienie. Grając na głośnikach z TV lub najtańszych słuchawkach, pozbawicie się niesamowitych doznań dźwiękowych. Wszelakie wybuchy i ostrzał są tak soczyste, że przy dobrych słuchawkach (o kinie domowym nawet nie mówię) Wasze uszy będą pieszczone tamtejszymi dźwiękami. Kwestie techniczne to zresztą ten aspekt, w którym sobie gra radzi wyśmienicie – stałe 60 klatek na sekundę, bez spadków animacji. Może grafika nie jest tak widowiskowa jak w Battlefieldzie 1, ale z silnika Source studio wycisnęło chyba już maksimum i gra spokojnie może graficznie rywalizować z najlepszymi tytułami na rynku (aczkolwiek do Dooma i wspomnianego BF1 trochę brakuje).

Kupować? Jeśli potrzebujecie dynamicznego, wręcz arcade’owego strzelania w starym stylu z bardzo fajną kampanią – trafiliście idealnie. Jeśli chcecie wciągającej strzelanki po Sieci – to trafiliście jeszcze lepiej. Wystarczającą rekomendacją powinien być fakt, że czuwają nad tym ojcowie serii Modern Warfare.