Małe przypomnienie. Akcja gry ma miejsce 11 lat po wydarzeniach z Resident Evil 3: Nemesis (PS One). Raccoon City zostało zniszczone, a Umbrella upadła, pozostawiając po sobie wielki bałagan. Terroryści cały czas pracują nad ulepszaniem wirusa, co z kolei stwarza co raz to nowe ogniska zarazy w różnych zakątkach świata. Znany z pierwszej odsłony serii (oraz Code: Veronica) Chris Redfield przypakował do rozmiarów przeczących jakiejkolwiek logice i wstąpił do organizacji BSAA, która zajmuje się walką z bioterroryzmem. Chris przybywa do afrykańskiego państewka Kijuju, gdzie trafia na nową odmianę wirusa zmieniającą ludzi w Majini – dużo szybsze i bardziej zaradne zombie. Wraz z przydzieloną mu partnerką Shevą Alomar muszą powstrzymać rozwój zarazy i dopaść odpowiedzialnych za nią ludzi.

Resident Evil 5 (PS4) miało działać w 1080p i 60 klatkach na sekundę. Niestety, nie jest tak kolorowo. Gra w małych pomieszczeniach działa ultrapłynnie, ale już otwarte przestrzenie czy paru przeciwników na ekranie zaniżają tę wartość do około 45-50 klatek. Czasem wystarczy odwrócić się placami do wrogów, by poczuć znaczne przyspieszenie… ale Chris nie potrafi strzelać do tyłu. Biorąc pod uwagę, że tytuł ma na karku już siedem lat, to jest to po prostu niechlujstwo twórców, dla którego nie ma sensownego uzasadnienia. Remaster będący jedynie portem z blaszaków na PS4 działa dużo gorzej niż na przedpotopowym PC. Smutne.

Remaster przyniósł kosmetyczną, aczkolwiek przydatną zmianę ustawienia kamery, która została odklejona od pleców Chrisa. Jego „hardkorowe” bary nie zasłaniają już połowy ekranu, a dodatkowo pole widzenia zostało znacznie poszerzone. Dla osób ceniących tradycję pozostawiono możliwość przełączenia na oryginalny widok. Po przetestowaniu nowej perspektywy trudno jednak sobie wyobrazić, jak można było w to grać na PS3.

Nie uświadczyłem żadnych zmian w rozgrywce. RE5 to korytarzówka, gdzie przez 80% czasu naszym zadaniem jest dotarcie z punktu A do punktu B. Strzelanie w ruchu byłoby zbyt dużą ekstrawagancją, więc tutaj nic nie zmieniono i musimy się zatrzymać, żeby oddać strzał. W dalszym ciągu większość korytarzy dużo lepiej przebiec niż skupiać się na eliminowaniu przeciwników. Zombie nie zostawiają po sobie zbyt dużo amunicji ani skarbów do sprzedania, więc dużo lepszym rozwiązaniem jest zwyczajne bieganie po planszach i szukanie ukrytych zasobów.

Partnerująca nam Sheva również niczego się nie nauczyła. Może pomóc w walce i dbać o leczenie, tylko nie wiem, czy nas na to stać, ponieważ pani Alomar traktuje naboje jak stereotypowa kobieta karty kredytowe swojego męża – ile amunicji byśmy jej nie przydzielili, wystrzela to w okamgnieniu. Tańszym rozwiązaniem jest zaopatrzenie jej w obezwładniającą pałkę i niech sobie biega. Tyle że nie o to w tym chodzi… Naturalnym lekarstwem jest gra w kooperacji, która również tutaj została zaimplementowana.

Remaster zawiera wszystkie wydane DLC, więc pogramy w tryb Mercenaries (sami bądź z kolegami) oraz w nudny tryb rywalizacji. Póki co łatwo znaleźć kompana do gry, ale stawiam, że niedługo serwery będą puste. Całość uzupełniają dwa epizody rozszerzające kampanię. „Desperate Escape” to tylko kolejny, trwający mniej niż godzinę etap, w którym kierujemy Jill Valentine, a jej partnerem jest Josh. Dodatek wyjaśnia, skąd ta dwójka wzięła się w końcówce gry i w zasadzie to tyle. Zagrać można, ale nie spodziewajcie wyższej jakości. Co innego drugi z dodatków…

Drugie rozszerzenie to inna para kaloszy. DLC zatytułowane „Lost in Nightmares” to ukłon dla fanów trylogii Raccoon City. Akcja ma miejsce w tajemniczej rezydencji przypominającej tę, od której wszystko się zaczęło prawie dwadzieścia lat temu. Mamy tam kilka prostych, typowo residentowych zagadek (weź korbę i coś przekręć, odblokuj drzwi za pomocą znalezionego emblematu itp.), cały czas rozbrzmiewają niepokojące dźwięki, które powodują nerwowe rozglądanie się po lokacji, a parę momentów jest naprawdę strasznych. Całość uzupełniają rewelacyjne smaczki, takie jak animacje otwierania drzwi czy nawet zmiana kamery na „zawieszoną”, by poczuć się jak za dawnych czasów. Drugie DLC stawia przede wszystkim na klimat, więc walki można uniknąć aż do ostatniego bossa. Szkoda, że całość kończy się bardzo szybko, bo w tych 40 minutach zawarto więcej dobra niż w całej podstawce.

Resident Evil 5 (PS4) to kolejny tytuł wykonany na „odwal się”. Brak jakichkolwiek zmian w rozgrywce sprawia, że mechanika wydaje się archaiczna i toporna. Gra w kooperacji jest przyjemna, ale to nie usprawiedliwia konieczności użerania się samodzielnej zabawie z zupełnie nieprzydatną, sterowaną przez SI Shevą. Perełka w postaci trwającego mniej niż godzina lekcyjna DLC nie jest w stanie uzasadnić wydatku rzędu 84 zł. Wszystko ładnie podsumowują wielkie problemy z płynnością. Nasuwa się jedno pytanie: czy wydawanie tych wątpliwej jakości remasterów nie jest czasem strzałem w kolano w obliczu świetnie zapowiadającego się Resident Evil 7 biohazard (PS4)?