Teslagrad to gra logiczno-platformowa, lekko zahaczająca o metroidvanię, jednakże ideowo bliższa jest takim tytułom jak wydany przed laty Braid czy Limbo, a dalej jej do La Mulany bądź Castlevanii. Wprawdzie ciężko w tej materii wymyślić coś nowego, ale pomimo tego zabawa wciąga już od pierwszej chwili. Weźmy chociażby fabułę. Zamiast silić się na oryginalność opowieści, zawsze można zmienić sposób jej podania. Tak też zrobiono i w trakcie rozgrywki nie uświadczymy ani grama tekstu. Scenariusz poznajemy dzięki rozrzuconym tu i ówdzie obrazkom, freskom i rzeźbom sprytnie wmontowanym w elementy otoczenia oraz scenkom sytuacyjnym. Zero jakichkolwiek dialogów zmusza gracza do bacznego oglądana lokacji i kojarzenia faktów, a także szukania zwojów. Dzięki temu odkrywanie całej historii jest naprawdę przyjemne, mimo jej prostoty. Kierujemy losami bezimiennego chłopca, który uciekając z pogrążonego w chaosie wojny miasta, ukrywa się w miejscowej wieży – Tesla Tower. Oczywiście fabuła wymaga, by dotarł na sam szczyt. Normalnie nic szczególnie wciągającego, ale bez dialogów jest to całkiem zajmujące.

Wydany pierwotnie na konsolę WiiU, tytuł przetoczył się przez większość platform do grania, by z rocznym opóźnieniem pojawić się również na PS Vicie. Osobiście uważam, że to właśnie na handheldzie Teslagrad sprawuje się i wygląda najlepiej. Oprawa wizualna 2D stylem przypomina nieco tę ze wspomnianego Braid, chociaż nie jest kolorowa, wypadając bardziej posępnie. Przyznaje, że grafika, jak na ”indyka”, prezentuje się świetnie i przypomina nieco starszy film animowany. Znakomicie nawiązuje do produkcji z ośmio-/szesnastobitowych konsol, ale bez przymusowej stylizacji retro. Scenerie w większości są bogate w szczegóły, a animacja niesamowicie płynna. Niestety zdarzają lokacje zrobione jakby na odczepnego, będące typowymi zapychaczami - ale to margines. Wszystko utrzymano w konwencji mrocznego steampunka w rosyjskich klimatach. Zresztą pierwsze sceny w grze kojarzą się jak żywo z Rewolucją Październikową (sądząc po afiszach). Obrazu dopełnia spokojna i lekko niepokojąca muzyka.

Nazwisko Tesli kojarzy się z elektrycznością i elektromagnetyzmem. Podczas naszej podróży na szczyt będziemy pokonywali setki pułapek (włącznie z rażącymi prądem) z wykorzystaniem podstawowych praw fizyki. W skrócie rzecz ujmując, pobawimy się „magnesami”. Wykorzystując ładunki dodatnie i ujemne, usuniemy przeszkody, by utorować sobie drogę naprzód, a ładując samego siebie, pozwolimy się przyciągnąć lub odbić w trudno dostępne miejsca. Oczywiście wymaga to logicznego myślenia, a poziom tego typu zagadek jest zróżnicowany: od całkiem banalnych, po bardzo skomplikowane sekcje. Bez obaw jednak, nie jesteśmy rzucani na głęboką wodę, a trudność rozgrywki wzrasta stopniowo.

Wraz z postępami otrzymujemy przydatne narzędzia, dzięki którym dostajemy się w niedostępne wcześniej obszary. Produkcja zawiera wprawdzie niezbyt rozległy, ale jednak otwarty świat, który przemierzamy skacząc po różnego rodzaju platformach i unikając wrogich nam istot. Prawdziwym wyzwaniem są jedynie pojedynki z bossami, aczkolwiek tylko do chwili, gdy odkryjemy odpowiednią strategię. Ogólnie rzecz ujmując tytuł z pewnością nie jest tak wymagający jak chociażby La Mulana, ale czasem potrafi pokazać pazury, zwłaszcza pod koniec.

Teslagrad udowadnia, że gry niezależne wcale nie muszą kojarzyć się z odtwórczością i niską jakością wykonania. Gracz otrzymuje tytuł z nieskomplikowaną, ale wciągającą rozgrywką i ciekawie podaną fabułą, a przy tym znakomicie wykonaną wizualnie. Niestety produkcja zawiera jedną poważną wadę – długość zabawy, która w porywach nie przekracza nawet pięciu godzin, co musi znaleźć odbicie w ocenie.

Możecie także zapoznać się z naszą recenzją wersji na PS4.