I może nie powraca w najlepszym możliwym dla siebie stylu. Jednak wszyscy zgodnie powinniśmy cieszyć się, że powraca w ogóle. I że przy okazji pokazuje dzisiejszej młodzieży, jak wiele gatunek gier FPS stracił na różnorodności na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat. Tak. Powiem to. Muszę. Kiedyś to do cholery robiło się gry...

Myślisz, że Duke Nukem Forever to tania historyjka o ratowaniu świata lub też inwazji na Stany Zjednoczone, które okazują się być ostatnią linią obrony rasy ludzkiej przed paskudnymi świnio-kosmitami? Cóż, jesteś w błędzie. Duke ma w dupie to, że wszystkich ludzi na całym świecie mogą pochłonąć ognie piekielne. Lata mu koło fallusa los innych, nawet mimo faktu, że jest mega-gwiazdą na skalę światową, a mali chłopcy proszą go z obsikanymi spodniami o autograf. W końcu to on uratował w Duke Nukem 3D ludzkość przed nieuchronną zagładą, należy mu się.

Kiedy jednak kosmici przylatują na ziemię, teoretycznie w pokojowych zamiarach, w co wierzy nawet sam prezydent USA i generał armii owego kraju (idioci), a po chwili dopuszczają się porwania laseczek zajmujących się przyrodzeniem Duke'a (na kolanach, wiecie...), ten ostatni uświadamia sobie, że nie może puścić tego płazem. Z jego ust pada siarczyste: "Nie moje dupeczki, nie w moim mieście! Pier**leni kosmici, zapłacicie za to!!!", by po chwili rozpętało się ukochane przez wszystkich i wyczekiwane od lat piekło.

Kto by bowiem pomyślał, że zamiast rozwalania przeciwników zostaniemy na początku zmniejszeni do rozmiarów krasnoludka? I że już na samym początku zmuszeni zostaniemy do wykonania "misji ścigałkowej", polegającej na ucieczce mini-samochodzikiem sterowanym radiowo spod kopyt nacierających na nas kosmo-świń? Co warte zaznaczenia, bez jakiejkolwiek mapy czy jasno określonego celu? Mało? Po chwili zostajemy zmuszeni do porzucenia autka i przemierzania ogromnej rezydencji Duke'a na piechotę. Wchodzimy na stół do ruletki, po czym rozpoczyna się sekwencja platformowa. Musimy dostać się do krzesełka ze skórzanym obiciem, które w magiczny sposób działa na mini-Duke'a jak trampolina, pozwalając mu dostać się w niedostępne wcześniej miejsca. By jednak dopełnić dzieła, trzeba podsunąć sobie wózek towarowy i znaleźć sposób, by Duke się na niego dostał, bowiem bez niego... nie dosięgnie on do przycisku (przecież jest rozmiarów krasnoludka!). Jest więc nie tylko strzelanie i parcie przed siebie, ale i masa kombinowania oraz główkowania, a także elementy platformowe. I tak przez całą grę. To coś, co w FPS-ach robiliśmy naprawdę bardzo dawno temu, i chyba nawet nie na konsolach, a jeśli już, to naprawdę rzadko...

Zagadka? Proszę bardzo. Na pewnym etapie gry, która obfituje nie tylko w sekwencje zręcznościowe oraz strzelankowe, zmuszeni będziemy chwycić za urządzenie do radiowego sterowania samochodzikiem. Pech chciał, że butelka, która jest naszym celem, porzucona została w "labiryncie", do którego sami nie możemy się dostać, ale po którym swobodnie poruszać może się właśnie sterowane przez nas autko. Musimy więc tak manewrować samochodzikiem, by ostatecznie przybliżył on butelkę do otworu, z którego swobodnie zabierze ją Duke. To pierwszy przykład z brzegu, tego podczas grania w Duke Nukem Forever jest dużo więcej, a same zagadki oraz łamigłówki są naprawdę satysfakcjonujące i zaskakująco... inteligentne! To coś więcej niż dzisiejsze "idź tam, wciśnij przycisk, otworzą się drzwi, dobiegnij do nich i znajdź dźwignię". Co jednak ważniejsze, owe zagadki nie są nachalne, a bardzo zgrabnie wkomponowane w gameplay, efektem czego nie ma się uczucia przewagi jakiejkolwiek materii rozgrywki nad inną.

Powiedzmy sobie szczerze i bez ogródek, Duke Nukem Forever przepakowane jest klozetowo-toaletowo-gównianym humorem, takim właśnie w stylu Duke'a. Co rusz padają kolejne zabójcze teksty Jona St. Johna, tego samego człowieka, który aż czternaście lat temu użyczył swojego głosu blondasowi w Duke Nukem 3D. Raz śmieszą, innym razem okazują się być traumatyczne wulgarne, że też wspomnę tylko o latających tu i ówdzie "fi*tach", "skur**synach" i innych "motherfucker"-ach, ale co trzeba im przyznać to fakt, że ZAWSZE brzmią doskonale i idealnie wpasowują się w "djukowski" klimat. I zawsze idealnie i w typowo "djukowski" sposób podsumowują sytuację na ekranie. Słowem, udźwiękowienie w Duke Nukem Forever nie pełni tylko roli wspomagającej. Ono w dużej mierze tworzy naprawdę unikalny klimat tej produkcji!

USA zaatakowały znane z Duke Nukem 3D świnie, kosmici wyglądający jak poplecznicy Predatora oraz wielkie kosmiczne ośmiornice, które zdają się nazywać siebie Octabrianami. Są dużo mniej wytrzymali niż Cepidy z Crysis 2, ale w żadnym wypadku nie można nazwać ich mniej wymagającymi. Kroją ogromne paski energii, umierają w fontannach krwi oraz w akompaniamencie bluzgów Duke'a i... zdecydowanie częściej niż przysłowiowe "od czasu do czasu" popisują się naprawdę tragiczną sztuczną inteligencją. Poważnie, dawno nie widziałem tak skaszanionego AI. Narzekałem na ten element w Operation Flashpoint: Red River, ale tutaj całość naprawdę woła o pomstę do nieba. Już pomijam fakt, że przeciwnicy czasami potrafią stanąć w miejscu i w ogóle nie reagować na to, co dzieje się dookoła nich. Ale żeby nie zauważyć faktu, iż właśnie wali się na ich łeb wielka kolumna wraz z dziesiątkami ton gruzu? Żeby blokować się w przejściach? Za fotelami? Drogie kosmo-świnie, chcecie zabić najwspanialszego i najprzystojniejszego Duke'a, a problem sprawia Wam... krzesło? Lub barierką, w którą potraficie bezmyślnie pruć ołowiem? Żeby jednak nie było, naprawdę kiepsko zrealizowana sztuczna inteligencja nie jest dla Duke Nukem Forever tak dotkliwa, jak była właśnie w Operation Flashpoint. W tamtym tytule stawialiśmy bowiem na realizm i niejako w interesie twórców leżało, by zaoferować nam jak najabrdziej "ludzkie" reakcje. Duke Nukem Forever to od początku gra skierowana do ludzi, którzy pragną się "przez chwilę pobawić przed konsolą", i właśnie dlatego, paradoksalnie, wiele archaizmów modnych i popularnych w latach 90-tych ubiegłego stulecia, mogą niektórym graczom nawet i dziś przypaść do gustu...

...chociażby w walkach z bossami. Zazwyczaj to albo przerośnięte maszyny albo obrzydliwe ogromne maszkary, na które blondasek musi znaleźć odpowiedni sposób. Nie ma jednak mowy o jakimkolwiek zawahaniu i główkowaniu, tak jak miało to miejsce chociażby w God of War, bo "czułe punkty" każdego z większych przeciwników zawsze oznaczone są w tak jaskrawy i przekolorowany sposób, jakby producenci chcieli dać nam do zrozumienia, że albo niedowidzimy, albo jesteśmy daltonistami.

Całe szczęście, że gdy w końcu zostajemy przywróceni do normalnych rozmiarów, to mamy czym kosić okupujące USA kosmo-świnie. Gearbox Software zaoferowało pełen przekrój klasycznych, a także kilka nowych pukawek. Jest bardzo podobny do tego z Duke Nukem 3D pistolet (ten kształt!), shotgun działający praktycznie na tej samej zasadzie, mamy karabin maszynowy, rakietnicę, karabiny wmontowane w stalowe rękawice, urządzenie służące do zmniejszania oponentów do rozmiarów krasnoludka (można ich potem rozgnieść butem!) i kilka innych, naprawdę odjechanych gadżetów. Jest nawet karabin snajperski, którym trafiamy kosmitów w którąkolwiek część ciała i... obserwujemy istną kanonadę latających w powietrzu kończyn. O pięści oraz bucie apokalipsy Duke'a nawet nie wspomnę, bo finishery fundowane kosmitom każdy z Was zobaczyć powinien na własne oczy. Że to wszystko nielogiczne? A kto Cię ku*wa pytał o zdanie, może sam najprzystojniejszy i najwspanialszy Duke!? Niestety, nie możemy korzystać z pełnego arsenału nieustannie, albowiem kieszenie Księcia zmniejszyły się od ostatniego razu, i teraz może on nosić jedynie 2 sztuki broni w jednym momencie. To nie jedyne odejście od staroszkolnych rozwiązań.

Kolejnym jest chociażby zrezygnowanie z klasycznych apteczek i zastąpienie ich paskiem życia o nazwie "EGO", który samoczynnie odnawia się w momentach, w których schowamy się za osłoną i zaczniemy przysłowiowe "ssanie kciuka". Ale czy aby na pewno tylko o "ssanie kciuka" tutaj chodzi? Otóż nie! Duke, jako prawdziwy samiec-alfa (nikt nie ma chyba wątpliwości, co?), powiększa sobie swoje ego (pasek energii)... odlewając się do kibla, pijąc piwo z puszki i robiąc różne inne, najczęściej chamskie i odmóżdżające czynności. Kupując ten tytuł tak naprawdę oczekujemy chamstwa w najczystszej postaci, więc... dobra nasza!

W Duke Nukem Forever szokuje interaktywność otoczenia. Podobnie jak i w Duke Nukem 3D, także i tutaj dużą część "świata" można rozwalić, zniszczyć lub naruszyć. To wspaniałe uczucie, gdy widzimy tak staroszkolny i kiepsko wyglądający tytuł, który jednak w materii gameplayu oferuje nam dużo więcej, aniżeli najnowsi przedstawiciele gatunku FPS. To wspaniałe uczucie, kiedy rozwalić lub naruszyć możemy zdecydowaną większość filarów, płotków czy innych rzeczy "wystających ze ścian". Jeszcze fajniejsze jest to, że, podobnie zresztą jak chwalone przez nas Crysis 2, także i tutaj możemy rzucać różnego rodzaju przedmiotami pokroju puszek czy rozsianych tu i ówdzie statuetek (najczęściej przedstawiających właśnie... Duke'a). Co więcej, w grze możemy zagrać w maszynę hazardową(!), podnosić sztangę(!!), zabawić się w hydraulika i zakręcać oraz odkręcać kran z wodą czy... najzwyczajniej w świecie wziąć do ręki kupę(!!!) i zacząć obrzucać nią otoczenie lub przeciwników. Serio, takich akcji nie uświadczycie dziś w żadnym FPS-ie. Duke to relikt minionej epoki!

 

Multiplayer w Duke Nukem Forever to w mojej opinii kpina, ale pewnie uważam tak, bo przyzwyczajony jestem do rywalizacyjnego stylu rozgrywki, do którego przyzwyczaiło mnie kilka ostatnich odsłon Call of Duty oraz Battlefield: Bad Company 2. Bawić można się w maksymalnie 8 graczy jednocześnie, po czterech w drużynie, a tryby rozgrywki nawiązują do absolutnej klasyki gatunku, mamy więc różne odmiany Deathmatchu, tryb Hail to the King! będący odpowiednik King of the Hill oraz Capture the Babe, które ostatecznie wydaje się być zabawą w przejmowanie flag, które tutaj zastąpione zostaną przez... lasencje. Prawdę powiedziawszy, bitwy prowadzone są na naprawdę niewielką skalę. Mamy co prawda możliwość wykorzystania kilku fajnych gadżetów, ale prawda jest taka, że... ileż można pomniejszać tych przeciwników i żreć kolejne pigułki?

Niestety, Duke Nukem Forever, mimo naprawdę przyjemnych patentów i dobremu pomysłowi na siebie, cierpi z powodu obrzydliwie długiego czasu produkcji gry. Już pal licho fakt, że tworzono ją czternaście lat i od dawna oczywistym było, że graficznego "szokera" nie mamy co oczekiwać. Ale żeby straszyły nas wielkie rozpaćkane piksele wielkości cegły? Jasne, otoczenie i gra nie wyglądają może pięknie, i dla mnie w sumie nie ma to w przypadku Duke Nukem Forever większego znaczenia, ale co powiecie na fakt, że jeżeli podczas misji zdarzy Wam się zginąć, to ostatecznie gra wczytać musi CAŁY ETAP, co niejednokrotnie trwa około... 60 sekund?

Zresztą, sama gra wygląda tak, jakby Gearbox Software starało się udoskonalić to, co naprawdę prezentowało się dobrze i zupełnie olać elementy graficzne, który były skaszanione i takimi pozostały. Bronie wykonane zostały bardzo ładnie, z kolei przeciwnicy to jakieś nieporozumienie. Etapy we wnętrzach budynków może nie mają się czym pod względem oprawy pochwalić, ale przynajmniej nie mamy do czynienia z takimi przekłamaniami tekstur oraz wyskakującymi zewsząd tragicznymi pikselami, jak na otwartych przestrzeniach. Serio, tekstury są masakrycznie słabe. Co prawda sytuację ratują trochę napalone na Duke'a dziewczyny, które co rusz chcą z nim chędożyć (nieważne, że właśnie trwa inwazja i że to one są głównym jej celem), ale ich wielkie cycki (yeah!) absolutnie nie mogą przesłonić niedzisiejszej oprawy. Niestety, kuleją też kwestie techniczne... Fajne jest jednak to, że otrzymujemy naprawdę szeroki przekrój lokacji, wśród których znajdziemy między innymi wspomnianą już wcześniej willę Duke'a, ale również i podziemia miasta, wielkie kaniony tak charakterystyczne dla amerykańskich filmów, zdezelowane miasta USA czy kilka innych miejscówek. Co więcej, przemieszać się po nich można częstokroć również i pojazdem, co, warto tutaj zaznaczyć, nie jest w żaden sposób oskryptowane. Dodatkowo, nie jesteśmy jak idioci nieustannie prowadzeni za rączkę, a gra wymaga od gracza czegoś więcej, niż tylko ślepego podążania za "strzałką" pokazującą cel misji. Powód jest prosty. W Duke Nukem Forever taka strzałka nie istnieje.

By wyśmienicie bawić się z Księciem w świecie Duke Nukem Forever, trzeba ten tytuł tylko "zaakceptować" oraz zapomnieć o istnieniu takich tuzów gatunku, jak Crysis 2, Killzone czy Halo z Xboxa 360, albo zwyczajnie skupić się na nietuzinkowym klimacie produkcji. Jeżeli przymkniesz oko na tragiczne niedociągnięcia w materii oprawy i kwestii technicznych, a także nieco mniejsze, ale jednak niedociągnięcia w sztucznej inteligencji przeciwników, jeżeli dasz temu tytułowi szansę mimo naprawdę mało przekonującego "opakowania" to okryjesz, że w całej reszcie elementów on zwyczajnie błyszczy. Mamy tu toaletowy humor, i aż żal, że Cenega nie pokusiła się choć o kinową polonizację. Mamy zróżnicowaną rozgrywkę, podzieloną na elementy zręcznościowe, skradankowe, logiczne oraz akcji. Jest też doskonałe udźwiękowienie, znane wszystkim fanom odzywki Duke'a, a całość trwa około 12-13 godzin, co jak na FPS w dzisiejszych czasach jest wynikiem zaiste godnym podziwu. A że multiplayer jest raczej płytki i mało absorbujący? W czasach, w których Duke Nukem 3D święciło tryumfy, w ogóle go nie było. A jako, że Duke Nukem Forever to pozycja nastawiona wyłącznie na fanów blondwłosego wybawiciela ludzkości, toteż fakt płytkości owego trybu z pewnością nie będzie im przeszkadzał. Poza tym, heloł, czekaliśmy na Duke'a bite 14 lat! Czy ktoś w ogóle wyobraża sobie, żeby nie zagrać w tytuł, który już dawno przestał być zjawiskiem czysto branżowym, a stał się elementem szeroko rozumianej popkultury? Cóż, tak myślałem...