Odpowiedź jest bardzo prosta - nie. Mimo, iż w ekipie tworzącej grę znaleźli się weterani z Black Isle Studios, maczający palce w pierwszych dwóch odsłonach serii, z góry wiadomo było, że to Bethesda dostarcza silnik i wszystkie narzędzia, a Obsidian ma jedynie wykonać "brudną robotę". Jeśli więc w "trójce" przemierzaliście post-apokaliptyczne tereny z uśmiechem na ustach, wypełniając poboczne zadania, zaglądając do każdej możliwej dziury i angażując się w poszukiwania zaginionego ojca, w New Vegas poczujecie się jak ryba w wodzie. Niestety, ma to również swoje złe strony, bowiem patrząc na oprawę graficzną, której niektórzy fani uniwersum wypominają "pokrewieństwo" z wiekowym Oblivionem, można odnieść wrażenie, że to gra sprzed kilku lat. Co gorsza, mimo obietnic jakie składali jej twórcy, zmian w oprawie jest jak na lekarstwo.

Fakt, naszpikowane neonami New Vegas wygląda efektownie (choć nie tak monumentalnie jak zgliszcza Waszyngtonu w Fallout 3), gwarantując lekki powiew świeżości, jednak masa elementów ani trochę się nie zmieniła. Modele postaci, mimika twarzy, animacja, tekstury, różnego rodzaju przedmioty i obiekty - to wszystko widzieliśmy już grając w "trójkę". Widocznie autorzy gry doszli do wniosku, że lekka zmiana palety barw i kilka modeli kaktusów na krzyż załatwi sprawę, tudzież wyszło na jaw ich lenistwo. Całe szczęście pozostałe elementy składowe pozwalają nam przymknąć oko na niedociągnięcia w grafice.

Scenariusz - to on w dużej mierze miał być wyznacznikiem jakości New Vegas i trzeba przyznać, że już na samym początku zabija nam niezłego ćwieka. Rzadko bowiem zdarza się, że na powitanie z grą dostajemy... kulkę w łeb. A właśnie taki przykry epizod spotyka głównego bohatera, który wędrując po pustkowiach w roli kuriera, trafia na jegomości (mało rozgarniętych), którzy postanawiają przejąć dostarczany pakunek. Napadnięci, związani i postrzeleni, mieliśmy wąchać kwiatki od spodu, na całe szczęście nasze truchło odnalazł robot imieniem Viktor, który następnie zawlókł je do medyka w mieścinie o dumnej nazwie Goodsprings. Gość okazał się cudotwórcą i po kilku dniach głębokiego snu, mogliśmy znów spojrzeć wirtualnymi oczyma na ponury świat pustkowi. A raczej przystąpić do tworzenia własnej postaci. Ten element akurat nie różni się specjalnie od tworu, z którym mieliśmy okazje zapoznać się w trzecim Falloucie, ale skoro coś funkcjonuje dobrze, nie ma sensu tego zmieniać. Wprawdzie można było pokusić się o zróżnicowanie dostępnych twarzy, jednak po raz kolejny trzeba byłoby wspomnieć o lenistwie autorów gry. Ważne, że wszystko odbywa się w miarę szybko i jest intuicyjne. Po wybraniu pożądanych przez nas umiejętności i przydzieleniu punktów do danych cech, w nasze łapki trafia kultowy Pip-Boy i możemy w końcu ruszyć na podbój pustyni Mojave, szukając odpowiedzi na fundamentalne pytanie: "Kto nas tak urządził?".

Już na samym początku gry mamy możliwość wybrania "poziomu trudności" o wiele mówiącej nazwie "Hardcore". Jeśli w poprzedniej odsłonie narzekaliście na brak survivalu z prawdziwego zdarzenia, ten tryb został stworzony właśnie dla Was. Najbardziej dającą się we znaki zmianą, jest osłabienie stimpacków, które pełniły rolę przysłowiowego leku na całe zło. Teraz nie dość, że działają z opóźnieniem (po zażyciu trzeba trochę odczekać na uzupełnienie się poziomu zdrowia), to dodatkowo nie leczą poważniejszych urazów kończyn. Wpłynęło to przede wszystkim na sposób, w jaki podchodzimy do walk, które teraz zapewniają nam znacznie większe emocje. To jednak nie koniec zmian. Podróżując po rozległych terenach pustynnych musimy także dbać o zaspokojenie pragnienia i głodu, a i sen okaże się od czasu do czasu niezbędny. Osobiście bałem się trochę, że element ten doprowadzi do ciągłych wizyt w menu, a to z kolei wpłynie na dynamikę rozgrywki, na szczęście zostało to odpowiednio wyważone. Nie można również zapomnieć o tym, że amunicja przybrała na wadzę, wymuszając od nas strategiczne podejście do napotkanych przeciwników. Można wręcz wysunąć tezę, że dopiero na poziomie hardcore, Fallout pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Oblicze, w którym niezbędne okazuje się przeszukiwanie wszystkich zakamarków w trosce o kondycję. Oblicze, które daje znamiona ciągłej walki o przetrwanie w post-nuklearnym świecie. Sam teren, po którym przyjdzie nam się przemieszczać, wielkością zbliżony jest do obszaru, z którym mieliśmy do czynienia w trójce, choć jego struktura jest nieco inna. Lokacji do odkrycia jest ponad setka, na szczęście tym razem oszczędzono nam mozolnej tułaczki po bliźniaczo podobnych do siebie tunelach metra.

Fallout: New Vegas to produkcja, która rozpędza się powoli, jednak z każdą kolejną godziną przynosi coraz większą satysfakcję. Od samego początku gry mamy dostęp zarówno do misji napędzających fabułę, jak i zadań pobocznych, zlecanych przez ludzi i frakcje zamieszkujące wysuszone tereny Mojave. Questy generalnie rzecz ujmując dzielą się na takie, których ukończenie nie zajmuje nam zbyt dużo czasu, oraz takie, którym trzeba poświęcić trochę więcej uwagi (niektóre ciągną się godzinami). Cieszy fakt, że do większości z nich możemy podejść na kilka różnych sposobów. Rozwiązanie siłowe zawsze wzbudza najwięcej emocji, jednak nie raz warto będzie posłużyć się podstępem czy siłą sugestii. Inwestując w odpowiednie umiejętności, przemoc można niemal całkowici ograniczyć. Co ważne - nasze decyzje i wybory mają teraz ogromny wpływ na losy Pustkowi i niemal na każdym kroku czuć ich ogromną wagę. Tym bardziej, że główne frakcje, z którymi możemy się zbratać są trzy, a każda z nich ma swoje racje i cele. Warto się z nimi wpierw zapoznać (nie musimy od razu stawać po czyjeś stronie), bowiem szybko okazuje się, że w świecie Fallouta nie ma podziału na czarne i białe, a w wyścigu do koryta każdy stosuje różne, niekoniecznie czyste metody.

New California Republic (NCR), to z pozoru wzorowi demokraci mający kontrolę nad tamą, za którą znajduje się jezioro z luksusowym jak na te realia dobrem – czystą, nieskażoną wodą. Podobne priorytety mają jednak niestroniący od radykalnych działań i mordów Legioniści Cezara. Obie grupy nie pogardziłyby również znajdującym się w pobliżu kompleksem o nazwie New Vegas, gdzie władze sprawuje trzecia ze wspomnianych sił. Warto również dodać, że tutaj nikt nie będzie nas prowadził za rączkę i nie powie: zrobiłeś to i to, za co czekają cie takie i takie konsekwencje. Do tego dojdziemy sami, spotykając się z negatywną bądź pozytywną reakcją danej społeczności, czy takimi szczegółami jak zmiany cen w sklepach. A przecież oprócz głównych stron konfliktu, na swojej drodze napotkamy również całą masę pomniejszych grup, mających przeważnie sprzeczne priorytety (nie zabraknie smaczków i nawiązań do dwóch pierwszych odsłon serii). Czasem przyjdzie nam stanąć w obronie mieszkańców jakiejś mieściny, ale równie dobrze będziemy mogli przyłączyć się do gangu, który je terroryzuje. A to tylko pierwszy lepszy przykład z początku gry. Im bliżej końca, tym wybory będą coraz trudniejsze, wywołując wśród nas wyrzuty sumienia. A tak emocjonalnego bagażu nie jest nam w stanie dostarczyć praktycznie żadna obecna na rynku produkcja. Nic nie stoi też na przeszkodzie, aby po ukończeniu gry rozpocząć przygodę jeszcze raz, odkrywając inne drogi do celu, czy pokusić się o przejęcie władzy nad tytułowym New Vegas na własną rękę. Oczywiście tak ogromna ilość dostępnych możliwości powoduje, że wielbiciele spójnej narracji i filmowych momentów rodem z Final Fantasy nie mają tu czego szukać, ale o tym wiadomo było przecież na długo przed premierą.

Niestety, jeśli liczyliście na jakieś rewolucyjne zmiany w systemie walki, możecie odczuć pewien niedosyt. Pojedynki toczone w systemie VATS, nie zmieniły się praktycznie w ogóle i w dalszym ciągu sprowadzają się do wyboru danej części ciała wroga, oraz obserwacji skutków naszych działań. Te zależne są oczywiście od posiadanych statystyk, więc początkowo najlepiej korzystać jest z VATS-a podczas walki w bliskim dystansie. Zmianie uległa za to rozgrywka w czasie rzeczywistym, gdzie teraz liczą się przede wszystkim manualne zdolności gracza. Będąc wyposażonym w porządną broń do walki w dalekim dystansie można bez problemu zdejmować wrogów, nie bacząc specjalnie na statystyki. Jednym takie rozwiązanie przypadnie do gustu, innym wręcz przeciwnie, choć nie ulega wątpliwości, że osoby, które dobrze opanują celowanie w czasie rzeczywistym, będą miały trochę łatwiej.

Nie można też pominąć zmian w mechanice. Mając odpowiednie surowce możemy pokusić się o stworzenie własnej amunicji, zaś przy napotkanych po drodze ogniskach przygotować pożywną szamę. Sporo frajdy przynosi też ulepszanie broni, tym bardziej, że giwer jest dużo więcej niż w trójce, a wzmocnić możemy niemalże każdy ich element. Większą rolę odgrywają też pancerze, które dorobiły się współczynnika określającego ilość punktów uderzenia, jaką są w stanie zaabsorbować. Z nowości warto też wspomnieć o czasopismach podnoszących w znaczący sposób nasze statystyki (zabawa z odpowiednimi perkami), chwała jednak producentom za to, że ich efekt jest czasowy i nie ma wpływu na balans rozgrywki. Kosmetycznej zmiany doczekało się również menu zarządzania naszymi towarzyszami, których będziemy mieli okazję zwerbować do drużyny. Dzięki kołowemu przedstawieniu opcji, szybko zmienimy ich ekwipunek i priorytety na polu walki. Nie mam też żadnych zastrzeżeń do nowego systemu reputacji. Wprawdzie karma w dalszym ciągu istnieje, jednak tym razem bardzo duże znaczenie mają nasze czyny wglądem poszczególnych frakcji czy obszarów. Co ciekawe, jeśli dobrze pokombinujemy, możliwe będzie utrzymywanie dobrych stosunków z rywalizującymi ze sobą grupami, choć bez zmysłu dyplomaty się nie obejdzie.

Lista niedoróbek Fallout: New Vegas nie jest wcale krótka, choć ginie w morzu wymienionych wyżej zalet. Nie sposób jednak nie wspomnieć o dość sporej ilości glitchy, które może i są zabawne, ale w nadmiarze zaczynają po prostu drażnić. Do śmiechu nie będzie Wam już jednak, gdy podczas wykonywania jakiegoś zadania zniknie kluczowy NPC, uniemożliwiając jego ukończenie. Dobrego słowa nie mogę też powiedzieć o tragicznym momentami SI naszych przeciwników i spadkach animacji przy większej zadymie. Drażnią też długie loadingi podczas przemieszania się miedzy niektórymi lokacjami, zwłaszcza, że oprawa szału przecież nie robi. Trzeba jednak zaznaczyć, że nie jest to wina developera, a silnika, na którym przyszło mu pracować.

Nie oszukujmy się - w przypadku New Vegas mamy do czynienia z tą samą formułą, co w Fallout 3, a to z kolei wiąże się z tymi samymi niedoskonałościami. System walki i mechanika doczekały się wprawdzie szlifów, jednak nie są one na tyle istotne, by przekonać do siebie zagorzałych krytyków trzeciej odsłony tej kultowej serii. Co by jednak nie mówić, najnowsza produkcja Obsidian nadrabia te niedociągnięcia klimatem, hardkorowym poziomem trudności, całą masą misji pobocznych, scenariuszem, świetnie napisanymi dialogami i mnogością wyborów, dzięki którym bez umiaru angażujemy się w przedstawioną w grze historię. Bawiliście się świetnie z trzecim Falloutem? Z New Vegas przepadniecie na całe tygodnie. Oczywiście jeśli tylko dobrze znacie język angielski, albowiem Cenega nie pokusiła się o spolonizowanie tej gry...