Tulsa King (2022) – recenzja 4. sezonu serialu [SkyShowtime]. Nowe porządki

Tulsa King (2022) – recenzja, opinia o serialu [SkyShowtime]. Nowe porządki

Piotrek Kamiński | Dzisiaj, 22:30
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Kończy się powoli kolejny rok, więc SkyShowtime przypomina nam, co tam słychać u naszego ulubionego gangstera z Tulsy. Biznesy Dwighta kwitną za sprawą jego niecodziennego, łączącego uczciwość z typowo mafijnymi zagrywkami stylu zarządzania. I tak jak co roku, tak i tym razem na horyzoncie pojawia się kolejna opcja zarobkowa i kolejni ludzie, którzy chcieliby aby pan Manfredi najlepiej wziął i zniknął – albo chociaż wrócił do Nowego Jorku i dał im spokój. Ale Król Tulsy przecież nie może się tak po prostu poddać, tylko dlatego, że ktoś próbuje mu dopiec, prawda?

Napisałem taki bardzo ogólny wstęp aby zwrócić uwagę na to, jak bezpardonowo schematyczny jest serial Taylora Sheridana. Trudno w końcu nie zauważyć, że za każdym razem w mieście pojawiają się jakieś dwie, zwykle nie zaznajomione ze sobą osoby, które mają coś do Dwighta (Sylvester Stallone) – może być to prywatna sprawa, jak Bill Bevilaqua (Frank Grillo) w drugim sezonie, czy Cichy Ray (James Russo) w obecnym, a może to być coś związanego z binesem – farma zioła tu, destylarnia tam, klub jeszcze gdzie indziej. Tym razem idziemy pod tym względem szerzej, ponieważ w fotelu gubernatora Oklahomy rozsiada się niejaka Amanda Clak (Gretchen Mol), kobieta o tytanowym kręgosłupie moralnym, której wymiotować che się już na samą tylko myśl o bandziorach takich, jak Dwight. Zamierza więc poruszyć niebo i ziemię aby zmusić go do podjęcia zupełnie samodzielnej decyzji o opuszczeniu jej stanu. Tak więc, w tym sezonie, ekipa Manfrediego atakowana jest dosłownie na każdym froncie jednocześnie.

Dalsza część tekstu pod wideo

Rzecz w tym, że ten słodko-pierdzący styl pisania serialu, gdzie wszyscy szanują i/lub boją się naszego głównego bohatera, podczas gdy on sam jest absolutnym arcymistrzem planowania jakichś stu tysięcy kroków do przodu, oznacza, że już maksymalnie w połowie sezonu zaczynasz domyślać się, jak się on skończy. I niby jakiś tam poziom przewidywalności to nic takiego, ale kiedy z sezonu na sezon powtarzają się całe szkielety wątków, zmieniając tylko odrobinę detale, to przestaje to być zabawne i urocze, a staje się irytujące i lekko nudne. Nie będę tu pisał, co dokładnie dzieje się na przestrzeni tych dziesięciu odcinków, ale niech wystarczy ci, że w najszerszych pociągnięciach pędzla jest to po raz kolejny to samo, z tymi samymi wygodnymi, często komicznie niedorzecznymi zwrotami akcji co zawsze. I niby liczą się detale, niby postacie wciąż sympatyczne, ale trudno jest po raz kolejny dać się porwać fabule, kiedy przez większość seansu odnosisz wrażenie, że już to widziałeś.

Tulsa King (2022) – recenzja, opinia o serialu [SkyShowtime]. Garść nowych wątków i melancholijny Stallone

Jakie nowe przedsięwzięcie planuje więc Generał tym razem? Zależy gdzie spojrzeć. Bodhi (Martin Starr) czystym przypadkiem znajduje ciekawy biznes związany z produkcją wina; Mitch (Garrett Hedlund) i Spencer (Scarlet Rose Stallone) kupują konia wyścigowego; Tyson (Jay Will) natomiast odkrywa w sobie talent artystyczny. Ta pierwsza historia jeszcze jako tako łączy się z głównym wątkim Dwighta, ale generalnie są to nasze historie poboczne na ten sezon. Najmniej zajmująca, bez dwóch zdań jest historia Mitcha i Spencer – coś tam robią, coś tam kombinują, a później sezon się kończy, bez żadnych wielkich zwrotów akcji, bez ogromnej dramaturgii. Ale hej, Stallone chciał żeby córka grała w serialu, więc córka gra w serialu. Znacznie ciekawiej wypada nowa ścieżka kariery Tysona – dostajemy tu i sporo humoru i kilka stresujących sytuacji, a nawet pomniejszego antagonistę, który powinien zapewnić widzowi odrobinę dobrej zabawy. Szkoda jedynie, że samo zakończenie tej historii jest raczej nijakie, proste i niesatysfakcjonujące.

Istotnym elementem czwartego sezonu „Tulsa King” są relacje międzyludzkie, więzi które tworzymy, radości i smutki, które dzięki temu razem przeżywamy. Najjaśniejszym tego przykładem jest sam Dwight, który przez sporą część sezonu jest nieobecny i zamyślony. Dopiero przyjaciele i współpracownicy, otwierając się przed nim, sympayzując z nim, odciągają go od krawędzi, nad którą zdecydowanie się znalazł. Dzięki temu i my możemy dowiedzieć się odrobinę więcej o części ekipy, w naturalny sposób trochę lepiej ich poznać. Część z tych rewelacji jest nieprzyjemnie „retconowa”, ale nigdy nie razi tym jakoś bardzo. Szkoda jedynie, że Sly od czasu do czasu zdaje się zapominać, że ma być wycofanym, zranionym mężczyzną i rzuca sobie żartami i ambitnymi, słownikowymi frazami, jak zawsze. Niby można robić dobrą minę do złej gry, ale jakoś nie zgrywały mi się te fragmenty z tym, co wiemy jako widzowie o postaci.

Tulsa King (2022) – recenzja, opinia o serialu [SkyShowtime]. Wszędzie tylko śmierć i zdrady

Czwarty sezon jak jeszcze żaden wcześniej zakręca intrygę do granic wytrzymałości – kilka, jak nie kilkanaście wątków i detali miesza się ze sobą, każdy zdradza każdego i układa się z kimś innym, nie wiadomo komu można ufać, kto stoi za którym atakiem i czego właściwie chce. Jak już wspominałem, ostatecznie rozwiązanie tego węzła gordyjskiego nie jest specjalnie oryginalne, ale po drodze chce się oglądać dalej dla samej tylko wartości rozrywkowej. To ten specyficzny typ fabuły, gdzie jakakolwiek wiarygodność i subtelność dawno wyleciały przez okno, aby zrobić miejsce tanim, acz przy tym skutecznym zwrotom akcji strzelającym w widza z częstotliwością karabinu maszynowego. Czego by jednak nie mówić o logice „Tulsa Kinga”, wypada przyznać, że koniec końców wszystkie te wątki składają się w jedną całość i zostają należycie domknięte – jedynie ten Mitch i Spencer...

Serial Sheridana nadal wygląda bardzo dobrze, ze zgrabnie zrobionymi i oświetlonymi wnętrzami, długimi ujęciami, okazjonalnie odrobiną akcji i znacznie częściej przemocy. To wciąż serial Stallone'a – jest jednym z producentów, napisał kilka odcinków i gra główną rolę – więc wiadomo, że kiedy tylko można, to patrzeć mamy przede wszystkim na niego. Obserwujemy jak wchodzi do budynków, rozmawia przez telefon, czaruje ludzi swoją erudycją i elokwencją, pozwala się podziwiać. Lubię go jako aktora, więc jakoś bardzo mi to nie przeszkadza, ale jest to jednak do pewnego stopnia problem. Sezon w sezon Dwight jest po prostu... zbyt idealny. Jest wyrozumiały, inteligentny, pewny siebie, silny. Niby scenarzyści dorzucili mu w tym sezonie jedno mocno traumatyczne przeżycie, żebyśmy mogli zobaczyć w nim odrobinę człowieka, ale udało się im to tylko połowicznie. Prawda jest taka, że Dwight jest po prostu niezbyt ciekawy jako postać. Wszystko, co miał do zaoferowania dostaliśmy już w pierwszym sezonie, może w pierwszych dwóch.

Czwarty sezon „Tulsa King” to niby nowe wątki i nowe postacie, ale tak naprawdę po raz kolejny dostajemy z grubsza tę samą oś fabularną, podobne zwroty akcji i na koniec wygodny powrót do statusu quo. Jeśli lubisz klimat, który Stallone i Sheridan sobie tutaj zbudowali, to i czwarty sezon powinien ci się spodobać. To bardzo niemądra, ale przy tym przyjemna w odbiorze produkcja. Nic się pod tym względem przez te lata nie zmieniło.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Advertisement

Atuty

  • Mocny twist z życiem osobistym Dwighta, z którego wychodzi kilka ciekawych wątków i sytuacji;
  • Poskręcana, zagmatwana fabuła, którą chce się poznać, nawet jeśli zakończenia już się spodziewamy;
  • Od czasu do czasu robi się szczerze zabawny.

Wady

  • Stallone od czasu do czasu zdaje się zapominać, co powinien w danej scenie grać;
  • To wciąż ten sam szkielet opowieści, z tymi samymi problemami, co zawsze;
  • Niby wyraziści, ale jednak trochę niedopieczeni antagoniści.

Jeśli „Tulsa King” pociągnie jeszcze kilka sezonów, to Dwight pewnie zostanie prezydentem USA. Wrogowie przychodzą i odchodzą, a jego imperium stale rośnie. Wiadomo czego się spodziewać, acz nie zmienia to faktu, że całość ogląda się przyjemnie.

6,0
Piotrek Kamiński Strona autora
Z wykształcenia filolog, z zamiłowania gracz i kinoman pochłaniający popkulturę od przeszło 30 lat. O filmach na PPE pisze od 2019. Zarówno w grach, jak i filmach najbardziej ceni sobie dobrą fabułę. W wolnych chwilach lubi poczytać, pójść na koncert albo rodzinny spacer z psem.
cropper