Struś Pędziwiatr i zemsta Kojota (2026) - recenzja, opinia o filmie [Monolith] Nawet kreskówki nie lubią korpo
Kojot Wiluś od siedemdziesięciu siedmiu lat próbuje złapać Strusia Pędziwiatra gdzieś pod Albuquerque. Kiedyś trzeba jednak powiedzieć dość, więc wkurzony wybiera się do miasta aby pozwać autorów swojego cierpienia - korporację Acme.
Chyba każdy dzieciak oglądający lata temu przygody Kojota i Strusia Pędziwiatra choć raz poczuł przypływ sympatii do Wilusia i stwierdził, że to przez te trefne gadżety nigdy nie udaje mu się schwytać swojego wymarzonego obiadu. Ale wtedy byliśmy dziećmi i najwyżej na takiej prostej obserwacji się skończyło. Ian Frazer był już jednak dorosłym człowiekiem i pracował w New Yorkerze. Dla żartów napisał więc w 1990 roku "dokument sądowy" przedstawiający sprawę Kojot kontra Acme, czyli zasadniczo opis odcinka kreskówki, ale w bardzo oficjalnym, sądowym stylu. Lata później na artykuł musiał natknąć się James Gunn, który w 2015 przedstawił Warnerowi pomysł na film oparty na tym pomyśle.
Na przestrzeni lat do projektu dołączali kolejni scenarzyści i producenci. W 2019 zdecydowano, że na stołku reżysera zasiądzie David Green, którego widzowie kojarzyć mogą z filmów takich jak "Wojownicze żółwie ninja: Wyjście z cienia" i "Ziemia wzywa Echo", choć kręcił się on również za kulisami paru innych produkcji, choćby drugiego i trzeciego "Spider-Mana" Sama Raimiego. Zdjęcia ruszyły w 2022 i, a rok później... Warner postanowił odłożyć gotowy film na półkę żeby odpisać sobie od podatku coś około 30 milionów dolarów. Zabawne, biorąc pod uwagę, że już wywalili na niego 70. Na szczęście, pod naporem negatywnych opinii, zdecydowano się sprzedać prawa do dystrybucji filmu komuś z zewnątrz. W 2025 zakupu dokonało Ketchup Entertainment, a od nich prawa na polski rynek nabył Monolith. I całe szczęście, bo tak jak nie jest to film idealny, tak serce kroi mi się na samą myśl o tym, że mógłby się nigdy nie ukazać.
Struś Pędziwiatr i zemsta Kojota (2026) - recenzja, opinia o filmie [Monolith]. Kojot kontra Acme
Wysoki sądzie. Mój klient, pan Kojot, jest uczciwym obywatelem, samozatrudnionym łowcą dzikiej zwierzyny i regularnym klientem pozwanego, firmy Acme. W trakcie tego procesu dowiedziemy ponad wszelką wątpliwość, że poprzez wprowadzanie na rynek wadliwych, niewłaściwie oznakowanych produktów, pozwany naraził mojego klienta na niebezpieczeństwo oraz uszczerbek na zdrowiu, wynikiem którego nie był on zdolny do wykonywania codziennej pracy, swojego jedynego źródła utrzymania. Mój klient zamówił z firmy Acme ponad osiemdziesiąt różnych urządzeń, z których żadne nie działało zgodnie z opisem producenta. Przedstawię kilka przykładów.
Mój klient zamówił pocztą wysyłkową rękawice magnetyczne [dowód A], których zamierzał użyć w celach zawodowych. Wysypał na drogę garść stalowych kulek, które następnie wymieszał z ziarnem dla ptaków, a następnie wsunął na dłoń dowód A. Kiedy wkrótce po tym, na horyzoncie pojawiła się zwierzyna, pan Kojot zajął strategiczną pozycję i czekał na rozwój wypadków. Ptak z rodziny strusiowatych skonsumował pozostawioną przynętę, po czym zaczął się oddalać. Mój klient ustawił się na drodze i uruchomił rękawicę, lecz ta po chwili doznała usterki, wpierw zaprzestając działania, a następnie uruchamiając się ponownie. Niestety, w tym czasie zwierzę zdążyło się już oddalić, a mój klient zaczął być przyciągany w kierunku nadjeżdżającego z przeciwnej strony samochodu ciężarowego nieznanej marki. Nie mogąc wyłączyć urządzenia, wpadł on pod koła pojazdu, skutkiem czego były liczne złamania kości w całym ciele, wstrząs mózgu i miejscowa utrata sierści. Po długotrwałym okresie rekonwalescencji, mój klient postanowił raz jeszcze zaufać pozwanemu, firmie Acme, zamawiając odrzutowe wrotki [Dowód B], produkt, który, ponownie, miał umożliwić mu skuteczne wykonywanie wyuczonego zawodu. Ukryta usterka, brak dołączonej insrukcji, a także niedopuszczalne błędy na poziomie projektowania produktu, takie jak brak pilota do sterowania wrotkami czy nieobecność hamulca, nie tylko nie pozwoliły panu Kojotowi schwytać ofiary, ale odpowiadają również za kolejne szkody fizyczne i psychologiczną traumę, z którą mój klient będzie musiał żyć przez długi czas, potencjalnie nawet do końca życia. W pierwszych sekundach po uruchomieniu, wrotki ledwie pchały naprzód pana Kojota, aby już po chwili ruszyć niespodziewanie z pełną mocą. Jakież było zdziwienie mojego klienta, kiedy jego nogi rozciągnęły się nagle na dziesiątki metrów, doprowadzając do trwałych uszkodzeń mięśni i stawów. Chwilę później reszta ciała podążyła za nogami i gdy wydawać by się mogło, że od tej pory wszystko powinno już działać jak należy, samoczynnie uruchomił się dowód A, wpierw tworząc niebezpieczny chaos przy znacznej prędkości, a następnie, kiedy pan Kojot założył ponownie rękawiczkę, próbując nad nią zapanować, przyciągając mojego klienta do przelatującego tamtędy myśliwca. Samoczynnie poruszające się teraz w powietrzu wrotki zostały obrane na cel przez pilota myśliwca, który, co zrozumiałe, nie mógł spodziewać się, że mój klient jest właśnie przyczepiony do jednego z jego pocisków rakietowych. Pierwsza eksplozja spowodowała upadek pana Kojota ze znacznej wysokości, powodując liczne złamania i obrażenia organów wewnętrznych. Druga, już na ziemi, doprowadziła do spopielenia jego sierści i wibrysów. To tylko dwa pierwsze przykłady pokazujące jak wielkie szkody potrafi wyrządzić niechlujność firmy Acme. Zanim ta sprawa dobiegnie końca, wykażemy, że pan Kojot jest niczemu niewinną ofiarą pozwanego i należy mu się rekompensata za wszelkie poniesione straty, tak fizyczne, moralne, jak i materialne.
Struś Pędziwiatr i zemsta Kojota (2026) - recenzja, opinia o filmie [Monolith]. Batalia sądowa jako film dla maluchów?
Tak, z grubsza, przedstawia się początek filmu, opisany w sposób imitujący oryginalny artykuł. Chwilę po tym Kojot udaje się do miasta, do kancelarii Avery&Maltese&Jones (ładne odniesienie do ikonicznych autorów kreskówek Looney Tunes). I choć Kevin Avery (Will Forte) z początku nie jest zbyt zainteresowany faktycznym procesowaniem się z Acme, zwariowany zbieg okoliczności ustawia go na kursie kolizyjnym z ich szefem działu prawnego, Buddym Crane'em (John Cena). Rozpoczyna się szukanie brudów na przeciwnika, zbieranie świadków, materiału dowodowego i odkrywanie sekretów Acme.
Fabuła "Zemsty Kojota" skonstruowana jest trochę jak film sensacyjny. Z jednej strony mamy temat sądowy, gdzie wymieszane są typowo komediowe tropy i prawniczy żargon, z drugiej zaś odkrywanie głęboko skrywanych tajemnic korporacji i spisku wymierzonego w animowanych. Nasi bohaterowie włamują się więc w różne miejsca, rozmawiają z informatorami, są ścigani, a na ich samochody regularnie spadają pianina i kowadła. Nie powiedziałbym aby zbudowany w ten sposób klimat wrzucał ciarki na plecy, ale sama intryga zdecydowanie wciąga i żwawo pcha widza naprzód. Lekkie wątpliwości miałem natomiast co do tematów sądowych. Rozprawianie o braku dowodów czy inne sprzeciwy i przesłuchania nie kojarzą mi się z czymś, co miałoby szansę porwać wyobraźnię młodego widza, ale podpytałem obecnego ze mną na sali kinowej syna, jak mu się te fragmenty podobały i bez mrugnięcia okiem stwierdził, że bardzo, więc co ja się tam znam! Zwrócił bym jedynie uwagę na zastosowany w nich typ humoru - raczej mało zwariowany, mało fizyczny jak na Looney Tunes. Niby jest zabawnie, ale stare wygi mogą mieć odrobinę inne oczekiwania.
Struś Pędziwiatr i zemsta Kojota (2026) - recenzja, opinia o filmie [Monolith]. 3D udaje 2D z różnym skutkiem
O postaciach czy jakichś tam relacjach między nimi nie ma się co rozpisywać, bo to nie o tym jest ten film. Starczy powiedzieć, że zarówno Cena, jak i Forte oraz partnerująca mu Lana Condor są dostatecznie zabawni. To w większości raczej proste archetypy postaci - bezwzględny korporacyjny krawaciarz, pozbawiony motywacji, zmęczony życiem ex-idealista, który musi odzyskać wiarę w sens tego, co robi i głośna, niepoprawnie optymistyczna siosrzenica, która mu to umożliwi. Proste, ale skuteczne. Jedynym wyjątkiem, do jakiegoś tam stopnia, jest relacja Kevin-Kojot. Z początku nasz rysunkowy bohater jest raczej niemiły, złośliwy wręcz, ale z czasem zaczyna patrzeć na swojego prawnika znacznie bardziej przychylnym wzrokiem. Nie napiszę, że to od razu świetnie przedstawiona relacja, bo i ciężko byłoby takową zbudować, biorąc pod uwagę fakt, że jedna z postaci nie umie nawet mówić, ale dzieje się tutaj zdecydowanie coś sympatycznego, co pod koniec filmu może nawet lekko wzruszyć.
W ogóle animowane postacie często wypadają trochę... Nie tak, jak powinny. Nie do końca. Wiluś większość czasu jest po prostu złośliwy i mało ekspresyjny. Daffy niby szaleje, jak to on, ale bliżej końca sprawia wrażenie jakby lekko przygaszonego. Tweety od początku do końca wypada bardzo ciekawie, choć nie do końca podoba mi się rola, jaką mu w tym scenariuszu przypisano, a Bugs niby wciąż jest sobą, ale ponownie, czegoś mu brakuje. Po jednym seansie nie jestem do końca pewien czego, może chodzi o zbyt zachowawczą animację ruchów, może zbyt mało wyrazistą mimikę, trudno powiedzieć. Green podszedł do tematu mieszania live action z animacją inaczej niż dawno temu Robert Zemeckis i zastosował trójwymiarowe modele, które poprzez odpowiednie cieniowanie mają udawać klasyczną animację. Może to przez to? To napisawszy, chciałbym dodać, że w 90% sytuacji wszystko wygląda tak, jak należy, a postacie zostały bardzo dobrze wkomponowane w obraz. Doskwiera mi jedynie tych pozostałych 10%.
"Struś Pędziwiatr i zemsta Kojota" to nie do końca to samo, co klasyczne kreskówki z lat dawno minionych, ale widać, że wszyscy starają się aby jak najlepiej uchwycić ten absurdalny, kreskówkowo brutalny styl Looney Tunes. Znajdziemy tu odrobinę znanych, jak i całą masę nowych gagów, fabuła ma na siebie pomysł, a całość po prostu dobrze się ogląda. Nie rozumiem jak Warner mógł chcieć zakopać ten film.
Atuty
- Ciekawy, dobrze zrealizowany pomysł;
- W większości bardzo dobry mariaż live action i animacji;
- Masa udanych gagów, zarówno fizycznych, sytuacyjnych, jak i dialogowych;
- Zdrowa dawka nostalgii wymieszana z dzisiejszymi czasami.
Wady
- Animacja postaci sporadycznie robi dziwne wrażenie;
- Kilka specyficznych decyzji scenariuszowych, zwłaszcza dotyczących postaci animowanych;
- Przydałoby się więcej typowego dla Looney Tunes hardkoru.
Czy Kojot wygra batalię sądową z wielką korporacją i zje w końcu pieczonego strusia? Aby się o tym przekonać, trzeba wybrać się do kina. To ponad 100 minut dobrej, lekko nostalgicznej zabawy dla całej rodziny, więc myślę, że warto.
Przeczytaj również
Komentarze (5)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych