Bleach: Thousand-Year Blood War (2022) - recenzja, opinia o serialu [Disney]. Koniec wojny
Świat chyli się ku końcowi. Przepełniony potęgą Króla Dusz Yhwach zasiada na swoim tronie i czeka aż będzie gotów na stworzenie świata na nowo, według własnej wizji. Gotei 13, Arrancary, Vizardzi, Fullbringerzy i nawet zwykli ludzie łączą swoje siły aby raz jeszcze, po raz ostatni spróbować stawić mu opór. Czy im się powiedzie?
Palec pod budkę, kto pamięta czytanie co tydzień kolejnych rozdziałów mangi "Bleach" dziesięć lat temu, kiedy historia dobiegła (jakby) końca. Jej autor, Kubo Tite już od jakiegoś czasu praktycznie przestał zawracać sobie głowę rzeczami takimi jak tło czy fabuła - dostawaliśmy po prostu kolejne walki, kozackie pozy i najwyżej jakieś retrospekcje czy inne rewelacje na temat walczących. Mówiło się wtedy, że autor mocno podupadł na zdrowiu, że ledwo już daje radę z rysowaniem kolejnych rozdziałów tydzień w tydzień. Zauważyć można to było również poprzez spadającą popularność tytułu w ankietach z Weekly Shonen Jumpa. W końcu podjęta została decyzja, że komiks nie będzie ciągnięty do zapełnienia kolejnego tomiku, a zakończy się jakoś w ciągu (nie pamiętam) trzech czy czterech tygodni. Efekt był druzgocący. Walka z Yhwachem zakończyła się totalnie nagle i, za przeproszeniem, z dupy, zostawiając po sobie masę niedopowiedzeń, pytań bez odpowiedzi i ogólnego rozgoryczenia.
Tak więc, kiedy kilka lat temu świat obiegła informacja, że anime wraca w nowej, nieocenzurowanej formie i, że sam Kubo jest jego konsultantem, płomyk nadziei na prawilne zakończenie historii Ichigo odżył. Producenci zamierzali podejść do tematu z szacunkiem, autor zaczął tworzyć nowe materiały do scenariusza, działo się. I pierwsze sezony rzeczywiście pozwoliły fanom mieć nadzieję. Dowiadywaliśmy się nowych rzeczy o postaciach, widzieliśmy nowe bankaie, a w scenariusz wplecionych zostało nawet kilka elementów noweli "Can't fear your own world", dopowiadającej kilka ciekawych rzeczy już po wojnie z Quincy. Lecz czwarty, ostatni sezon wciąż miał jeszcze wiele rzeczy do podomykania, wiele pragnień widzów do spełnienia. Czy udało się domknąć serial tak, aby zadowolić wszystkich? Oczywiście, że nie, co to w ogóle za pytanie?! Więc czy udało się chociaż poprawić zakończenie, sprawić żeby było pełniejsze, mniej dziurawe? Cóż. I tak i nie.
Uwaga: to będzie bardziej omówienie sezonu i porównanie z materiałem źródłowym niż taka klasyczna recenzja. Będę starał się nie spoilować za dużo, ale pewne aspekty postaci czy fabuły chciałbym omówić aby móc pochwalić albo zganić tworów serialu za ich poprawę/popsucie/zostawienie bez zmian.
Bleach: Thousand-Year Blood War (2022) - recenzja, opinia o serialu [Disney]. Czasami brak zmian może wyjść na plus
Czwarty sezon musiał na dzień dobry domknąć walki Askina i Gerarda oraz pokazać starcie Ishidy z Jugramem. Ten pierwszy już w komiksie dostał tonę uwagi, więc nie trzeba było nawet specjalnie niczego poprawiać. Wystarczyło nie zepsuć nowych form Yoruichi i Urahary i wszystko jest okej. Na szczęście tak też właśnie się stało. Sama mechanika walki, ze względu na moc oponenta, jest trochę chaotyczna i narracyjnie wygodna, ale to akurat można powiedzieć o większości starć z Quincy I o "Bleachu" w ogóle - ktoś ma bardzo specyficzną moc, która czyni go niemalże niepokonanym, dosłownie miażdży naszych bohaterów, po czym nagle albo pojawia się ktoś z idealną kontrą albo okazuje się, że Ichigo czy ktoś tam akurat ma w zanadrzu coś dokładnie na taką okazję. Absurd i raczej tanie budowanie napięcia i emocji, ale tu się sprawdza, bo dosłownie cała ta marka zbudowana jest na tego typu zagraniach. Tak więc, jeśli ktoś jest fanem, to nie będzie miał z tym większego problemu.
Ale co w sytuacji, kiedy autor praktycznie zapędził się w kozi róg i stworzył postać, której praktycznie nie da się pokonać? Oto Gerard Valkyrie, boży wojownik, który odradza się potężniejszy za każdym razem, kiedy się go pokona. I jak tu sobie z kimś takim poradzić? Oryginalnie, walka ta nie miała zbyt satysfakcjonującego końca. Trudno powiedzieć, czy autorowi zabrakło czasu, czy skończyły się pomysły, choć fani szybko dopatrzyli się, że potencjalne rozwiązanie jego problemu zostało zasugerowane, tylko po prostu nigdy nic z tym nie zrobiono. Sam Kubo przyznał po latach, że owszem, tak to sobie właśnie zaplanował. Tak więc rozumiesz, jak wielki był mój smutek, kiedy okazało się, że serial zostawił ten sam wygodny, niesatysfakcjonujący w najmniejszym nawet stopniu finał, który czytaliśmy w mandze. Przecież można było to poprawić, można było dopowiedzieć tych kilka dodatkowych minut i dać kolejnym postaciom coś ciekawego do roboty. Jasne, jest w końcu Gerarda jakiś tragizm, ale to nie tak, że nie widzieliśmy już czegoś takiego w poprzednich odcinkach.
Bleach: Thousand-Year Blood War (2022) - recenzja, opinia o serialu [Disney]. Super Sexy Style
Bardzo dobrze wypada natomiast walka Ishidy, która została mocno rozbudowana względem oryginału, pokazując nowe taktyki, moce i bronie wojowników. Pewne detale zostały lekko pozmieniane, ale wyszło to bardzo na plus, jako że starcie stało się dzięki temu bardziej dramatyczne. Niby podobna sytuacja, jak w przypadku Gerarda, ale tutaj znacznie lepiej zastosowana. No i na plus wypada również uznać rozbudowane wyjaśnienie mocy obu panów. Jasne, w dalszym ciągu są to abstrakcje takiej kategorii, że jeśli Twój wiek nie kończy się na -naście, to pewnie będziesz przewracać oczami słysząc kolejne, bardzo wygodnie rozplanowane detale obu zdolności, ale wchodzi tu w życie tak zwane "rule of cool". Czytaj: jeśli coś fajnie wygląda, to nie jest głupie.
Ostatnie dwa odcinki serialu zostały przesunięte o dobry miesiąc, ponieważ studio musiało "dopracować animację". I tak jak od samego początku nie można było powiedzieć o jakości animacji w "Thousand-Year Blood War" złego słowa - można było najwyżej narzekać, że praktycznie cały czas kolory były przestylizowane, nie pozwalające przyjrzeć się faktycznym odcieniom włosów czy ubrań poszczególnych osób - tak faktycznie ta finałowa batalia, pod względem animacji, stylu i pomysłowości, wyrywa z kapci. Ostateczne cięcie na długo pozostanie w mojej pamięci. Sama walka została też rozbudowana, choć nie do końca w taki sposób, w jaki bym sobie życzył. Kubo powiedział w wywiadzie, że nie ma już ochoty na serializowane kontynuowanie "Bleacha", więc jest absolutnie prawdopodobne, że nigdy nie zobaczymy już bankai wielu postaci, część obsady nic w końcu nie zrobiła, a samo podejście do wspomnianego już, ostatniego cięcia, wciąż jest zagadkowe, aby nie powiedzieć, że niedorobione. No i tak jak poszerzenie batalii o dodatkowe postacie dodaje całej sytuacji epickości, tak ostatecznie średnio zgrywa się z tym, co naprawdę było tu ważne. No i trudno raczej podniecać się starciem z nie ruszającą się breją z naćkanymi gdzie popadnie oczami. Można było postarać się o coś bardziej widowiskowego, dać Yhwachowi coś do roboty, jakąś faktyczną siłę sprawczą.
Tak więc, na dłuższą metę, choć "Thousand-Year Blood War" zdecydowanie rozbudował część wątków i postaci, poprawiając odrobinę zakończenie mangi, tak koniec końców sam finał jest dokładnie tak samo mało satysfakcjonujący, szybki i trochę nagły - zwłaszcza ostatni odcinek - że choć po drodze bawiłem się bardzo dobrze, nie potrafię nie czuć lekkiego zawodu. Twórcy serialu mieli do dyspozycji ocean możliwości, a zadowolili się morzem. Mam nadzieję, że zasugerowany kilka lat temu one-shotem Hell Arc jednak powstanie, bo jeśli to już naprawdę koniec, tym razem definitywny, to "Bleach" jako całość jest szalenie wręcz stylową, ale tylko niezłą opowieścią - a jestem z nią już od ponad dwudziestu lat, więc piszę to z ciężkim sercem.
Atuty
- Świetnie animowane walki;
- Rozbudowane względem oryginału walki, z paroma zupełnie nowymi formami i mocami;
- Szersze, angażujące więcej elementów fabuły i postaci zakończenie;
- Wpadające w ucho kawałki na otwarcie i zamknięcie.
Wady
- Część postaci wciąż nie dostała swoich pięciu minut;
- Koniec dwóch najpotężniejszych przeciwników nie został poprawiony względem mangi i nadal pozostawi niedosyt;
- Chaotyczny, niewyjaśniony, niesatysfakcjonujący epilog;
- To w zasadzie same walki, bez fabularnych zmian pomiędzy.
Świetna animacja, epickie walki i niepodrabialny styl Kubo Tite PRAWIE pozwalają nie zauważać braku faktycznej fabuły i zbyt szybkiego, zapominającego o jakkolwiek sensownym epilogu zakończenia całej historii.
Przeczytaj również
Komentarze (0)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych