Stupid Never Dies (PC) - recenzja gry. Bycie głupim to błogosławieństwo
Gdy Chińczycy masowo skupywali japońskich producentów i deweloperów, zapewniając im w teorii nieograniczone finansowanie nowych projektów, skorzystali z tego byli pracownicy Capcomu, w tym Hiroyuki Kobayashi i Eiichiro Sasaki. Kobayashi, który przez lata był motorem napędowym serii Resident Evil (a Sasaki jej spin-offów), po źle odebranej szóstej odsłonie poszedł nieco w odstawkę, więc fundusze od NetEase miały stanowić nowe otwarcie.
Stupid Never Dies od samego początku reklamowane było jako gra akcji z aspektami RPG. O oparciu wszystkiego na fundamentach roguelite’a nikt się nawet nie zająknął, przez co gracze mogą doświadczyć sporej (i niemiłej?) niespodzianki. Chyba że ktoś sprawdził demo i w ten sposób wyregulował sobie oczekiwania. Stupid Never Dies nie aspiruje do miana jednej z największych gier, niemniej w wielu miejscach widać oszczędności wpływające mimo wszystko na odbiór tej produkcji.
Człowiek wyjdzie z zombie, zombie z człowieka nigdy
Hiroyukiego Kobayashiego od dawna ciągnęło do typowych gier akcji. Poza niesławnym skrętem serii Resident Evil w kierunku typowej hollywoodzkiej młócki stoi też za serią Sengoku Basara. W ogóle więc nie zdziwiło mnie, gdy przy zapowiedzi Stupid Never Dies wyszło na jaw, że będziemy mieli do czynienia z grą akcji. Zaskoczyło mnie jednak już po odpaleniu, że akcja jest tutaj tylko dodatkiem do roguelite’a. Choć, gdyby się nad tym zastanowić, nie powinno być w tym nic szokującego. Ledwo co przecież recenzowałem Ratatan, gdzie do rytmicznej formuły doklejono „rogalika”. W debiutanckiej produkcji studia GPTrack50 zrobiono to z większym pomyślunkiem, choć niestety twórcom nie udało się przeskoczyć podstawowego problemu — Stupid Never Dies na dłuższą metę jest niestety monotonne i nie za bardzo ma co ten tytuł ciągnąć za uszy przed opadnięciem w średniactwo.
Grę osadzono w świecie, w którym 95% ludzkości zostało wybite przez armię potworów pod rządami tajemniczego KAM-a. Na powierzchni pozostały niedobitki cywilizacji i wałęsające się zombiaki. Jeśli liczycie w tym wszystkim na poważną historię, to nie ten adres. Stupid Never Dies garściami czerpie z rom-comów ery milenijnej, przyprawiając to pop-punkową ścieżką dźwiękową i stylistyką mocno przypominającą historię dokonań Goichiego Sudy. Jest kolorowo, melodyjnie, kiczowato, ale przede wszystkim głupkowato — jak nasz główny bohater. Zombiak Davy nie chciał brać udziału w wojnie z ludźmi, więc zwiał, przez co naraził się na pośmiewisko ze strony pobratymców. Inna sprawa, że w świecie gry truposzy tak naprawdę nie szanują ani potwory, ani ludzie. Davy’emu to jednak nie przeszkadza, bo jest po prostu za głupi. Jedyne, co się liczy, to uczucie, jakim obdarzył zamrożoną w centrum handlowym niewiastę. Po zeżarciu jaja Feniksa musi nawiązać współpracę z szurniętym doktorkiem, jego psim pomocnikiem i mającym pamięć złotej rybki Gargulcem.
Cel jest nadzwyczajnie prosty — korzystając z nowej mocy, Davy musi zeżreć rdzeń KAM-a, przejąć zbiorową inteligencję ludzi i… wskrzesić Julię. Nie oczekujcie od fabuły grama powagi. Cała gra jest tak durnowata, że na zmianę będziecie śmiać się pod nosem i kręcić głową z zażenowania. Typowy dla lat 2000 humor uderza tutaj ze zdwojoną siłą i… to nawet działa. Historia ma solidny fundament, wokół którego budowana jest cała reszta, i nawet przez chwilę nie wychodzi z roli, którą ma grać przed odbiorcą. Oczywiście funkcjonuje jako pretekst do entego powtarzania tych samych czynności (przecież to rogalik). Niemniej w pewnym momencie dałem się pochłonąć tej głupawce w całości, by dobrnąć do końca.
Akcja? Jak najbardziej. Rogal? Tylko na śniadanie
Schemat rozgrywki w Stupid Never Dies jest prosty jak budowa cepa. Siadamy na kibel, doktorek nas spłukuje i trafiamy do podziemi opanowanych przez potwory. Każdy, dosyć krótki poziom podzielony jest na kill roomy. Z początku pojedynczo schodzimy coraz niżej, później otrzymujemy opcję pomijania warstw, by szybciej dotrzeć do celu naszej podróży. Ma to ogromne znaczenie, gdyż każdorazowy wypad ograniczony jest licznikiem czasu i gdy dojdzie on do zera, tracimy życie, a ostatecznie giniemy, tracąc to, co zdobyliśmy od ostatniego punktu kontrolnego. Początkowo obecność licznika wydawała mi się głupim pomysłem, z czasem zacząłem jednak go doceniać. Jakakolwiek forma presji sprawiała, że nie podchodziłem do kolejnego wypadu jak do smutnego obowiązku, i podtrzymywało to we mnie jakąś formę zaangażowania. Każdorazowe wejście do lochów to od kilku do maksymalnie kilkunastu minut zabawy, więc na upartego Stupid Never Dies sprawdza się jako gra na krótkie cykle.
Skoro Stupid Never Dies jest roguelitem, to w jaki sposób gra rozwiązała kwestię zachowywania progresu, skoro każdy wypad zaczynamy tak naprawdę od zera? Krótko po rozpoczęciu gry otrzymujemy możliwość zbierania ulepszeń montowanych w ręce, nogi i, jeden raz, głowę bohatera. Podzielono je na stopnie rzadkości, z prostym założeniem — im coś jest rzadsze, tym lepsze bonusy oferuje. Dodatkowo mniej więcej w połowie gry możemy ulepszać także pasywne umiejętności i statystyki bohatera. Jednocześnie każdy wypad kończy się podniesieniem mnożnika punktów doświadczenia za pokonywanych wrogów, więc nawet jeśli startujemy z pierwszego poziomu, to zabicie pierwszej grupki powoduje, że momentalnie przeskakujemy o kilka, a nawet kilkanaście poziomów, co pozwala jednorazowo wybrać kilka kart (odgrywających rolę perków) ze wzmocnieniami bohatera. A tych na start jest sporo i wraz z postępami w grze odkrywamy ich dużo więcej.
Jak więc widzicie, rogalikowy gameplay loop jest wyjątkowo prosty. Przez to większość ciężaru na swoje barki bierze system walki. Niech nie zwiedzie Was pierwsze wrażenie, którego Stupid Never Dies nie robi najlepszego. Gimmick polega na tym, że Davy, zgodnie z fabułą, jest wiecznie nienajedzonym zombiakiem, więc jest w stanie zżerać rdzenie większych przeciwników, przejmując ich wygląd i umiejętności. Daje to dosyć szerokie pole manewru w starciach z zastępami wrogów. Co ważne, gra ciągle zmusza nas do zmiany — z danego przeciwnika możemy „korzystać” przez maksymalnie trzy poziomy lochu. Podgryzanie to także sposób na leczenie się (innego nie ma), co twórcy postanowili ograniczyć „licznikiem” zapełniającym się poprzez atakowanie wrogów.
Walka, gdy Stupid Never Dies otworzy już przed nami wszystkie swoje tajemnice, staje się dosyć dobra, choć bez większej finezji. Prosta w opanowaniu, zwłaszcza jeśli chodzi o korzystanie z kontr pozwalających oszołomić przeciwników. Najpoważniejszym zarzutem z mojej strony jest absurdalna decyzja o niezaimplementowaniu opcji zablokowania kamery na wybranym przeciwniku, przez co w nieco większych potyczkach zaczynamy mieć problemy z kontrolowaniem otoczenia. Tyle dobrze, że gra sama w sobie nie jest przesadnie trudna, co dodatkowo możemy sobie ułatwić w opcjach, jeśli nam nie idzie.
Budżet na pewno nie poszedł na warstwę techniczną
Stupid Never Dies w zgrabny sposób maskuje to, że twórcy nie mogli szaleć z budżetem produkcyjnym. Gra korzysta z Unreal Engine 5, jednak poza modelami postaci (choć mocno stylizowanymi) większość obiektów w grze jest wyjątkowo prosta. Odwiedzane przez nas lokacje są małe i pozbawione wielu detali, a dodatkowo twórcy zastosowali dziwny filtr tekstur, który rozmazuje większość poziomu. Nie sprawia to, że Stupid Never Dies jest jakoś szczególnie niegrywalne, ciężko jednak ignorować tak intruzyjny efekt wizualny. Podejrzewam, że miał on wpasować się w stylizowaną oprawę, ale nie wyszło.
Technicznie większych problemów z grą na PC nie miałem, choć irytujące jest to, że Stupid Never Dies to kolejny tytuł z Dalekiego Wschodu, który na dzień dobry w ogóle nie obsługuje rozdzielczości ultrawide i potrzebne były zabawy ze wgrywaniem plików z innych gier. Podejrzewam, że prędzej czy później to wsparcie zostanie dodane. Nie trafiłem też na większe problemy z płynnością rozgrywki, co mnie akurat nie dziwi przy tak niewielkich lokacjach i dosyć prostej grafice. Choć stuttering, jak to przy Unrealu, nadal jest obecny (ale to da się już rozwiązać nowym narzędziem).
Żadnych zarzutów nie mogę mieć za to do oprawy audio, zwłaszcza do ścieżki dźwiękowej. Jak wspomniałem na początku, Stupid Never Dies zanurza się w pełni w okresie milenium, serwując nam pop-punkową ścieżkę dźwiękową z aspektami lekkiego rocka żywcem wyjętego z MTV. Skojarzenia z Green Dayem, Avril Lavigne czy „tym jednym randomowym zespołem, co nagrał jeden popularny w tamtych czasach utwór” jak najbardziej się u Was pojawią. Nawet z perspektywy osoby, która nie słuchała tych zespołów w tamtych czasach (i nadal raczej tego nie robi), ciężko mi jednoznacznie krytykować dobór kompozycji.
Segment AA w morzu indyczych rogalików
Zastanawiam się, czy mogę zaryzykować stwierdzenie, że twórcy przy reklamowaniu Stupid Never Dies nie byli do końca z nami szczerzy, skrywając fakt bycia roguelitem za fasadą RPG-a akcji. Znam wielu ludzi, którzy są na „rogaliki” najzwyczajniej uczuleni i nie tykają niczego choćby w minimalnym stopniu zbliżonego do tego gatunku. A tutaj w każdym możliwym tekście reklamowym widniały informacje o grze akcji tudzież RPG-u. Detal, który dla mnie nie robi większej różnicy, jednak dla kogoś będzie definitywną blokadą.
Odbioru gry to oczywiście nie zmienia. Stupid Never Dies kupiło mnie głupkowato-kiczowatym klimatem i przyjemnym systemem walki wykorzystującym możliwości podgryzania potworów. Jednak warstwa „rogalikowa” nie wyróżnia się praktycznie niczym szczególnym na tle tony innych produkcji, nierzadko tańszych. Bo musicie pamiętać, że na start wydawca życzy sobie 200 złotych. W dzisiejszych standardach to rozsądna cena, zestawiając jednak Stupid Never Dies z innymi propozycjami w gatunku, nie wygląda to już tak dobrze. To nie jest ani świetna gra, ani przesadnie zła. Nie powiedziałbym też, że niczym się nie wyróżnia, bo swój styl ma. Jednak jako całokształt nawet przez chwilę nie jest w stanie przebić się przez granicę średnio dobrej produkcji.
Ocena - recenzja gry Stupid Never Dies
Atuty
- Stylizowana oprawa wizualna
- Pomysłowy system walki
- Ścieżka dźwiękowa zgrywa się z kiczowatą historią
Wady
- Rogalikowy aspekt jest zupełnie nijaki
- Gdzie, do jasnej anielki, opcja lockowania kamery na przeciwniku?
- Jako bonus, początek jest okropnie przegadany
Według twórców bycie głupkiem na swoje zalety. Bezmózga konsumpcja popkultury nikomu jeszcze nie zaszkodziła. Jeśli szukacie jednak w grach czegoś więcej niż młócki, to Stupid Never Dies tego nie zapewni.
Graliśmy na:
PC
Przeczytaj również
Komentarze (1)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych