Witajcie w Hope (2026) - recenzja i opinia o filmie [Monolith]. Policja kontra koniec świata
Zaskakujące zgłoszenie o zabitej krowie wzbudza zwykle trochę podejrzeń. Dla miejscowego policjanta oznacza kolejny wyjazd w teren i rozmowę z ludźmi, którzy przekonani są o swojej nieomylności. Na Hong-jin właśnie od takiej codzienności zaczyna „Witajcie w Hope”, a później z zadziwiającą konsekwencją odbiera swoim bohaterom grunt pod nogami. Wyszło z tego brutalne, momentami absurdalnie zabawne widowisko. Warto pójść do kina dla samych pościgów!
Po „Lamencie” można było oczekiwać kolejnej opowieści o mroku i rozlewającym się złu, które wchodzi mieszkańcom w krew. Tym razem jednak reżyser znacznie chętniej wciska gaz. Nadmorskie Hope leży niedaleko granicy z Koreą Północną, więc podejrzliwość jest tutaj częścią lokalnego krajobrazu. Tyle, że nawet mieszkańcy przyzwyczajeni do ostrzeżeń przed infiltracją nie są przygotowani na to, co zaczyna demolować ich okolicę. Policjant Bum-seok ma ustalić, co się wydarzyło, a my razem z nim próbujemy poskładać fakty. Niestety, im dalej, tym gorzej - kolejne ślady prowadzą prosto w sam środek katastrofy.
Najlepszy pomysł Na Hong-jina polega na ograniczeniu naszej wiedzy. Początkowo oglądamy przede wszystkim skutki czyjejś obecności: zniszczone budynki, porozrzucane ciała, przestrzeń, w której wyraźnie wydarzyło się coś koszmarnego. Zagrożenie jednak słychać i niemal czuć, dosłownie otacza nas z każdej strony. Poczucie napięcia jest tutaj budowane z wyjątkową gracją, toteż każde wejście w następną uliczkę wywołuje delikatne ciarki na plecach. Trzeba sprawdzić, co jest za zakrętem, chociaż rozsądek podpowiada, żeby natychmiast zawrócić.
Małe miasteczko, wielka demolka
Kiedy rusza właściwa akcja, film mocno zaimponował mi swoją pomysłowością. Samochody, ludzie i bronie zostają wciągnięte w serię coraz bardziej szalonych prób opanowania sytuacji. Jest w tym dużo fizycznych starć i najazdów kamery. Widzimy wszechobecne ciasne uliczki, duże przeszkody, podziwiamy gwałtowne manewry i desperackie szukanie drogi ucieczki. Każda kolejna próba odzyskania kontroli może jeszcze pogorszyć sprawę. Właśnie to napędza najlepsze fragmenty „Witajcie w Hope”. Bohaterowie reagują na coś, czego nie rozumieją, a reżyser umiejętnie wykorzystuje ich niewiedzę przeciwko nim.
Zdjęcia Hong Kyung-pyo, operatora „Parasite” i „Płomieni”, pozwalają docenić skalę tej demolki. W porannym świetle oglądamy zdewastowane miasteczko i ludzi próbujących przedrzeć się przez nie samochodami. Później część wydarzeń przenosi bohaterów do lasu, a do pojazdów dołączają niemal dzikie konie. Zmieniają się warunki ucieczki i możliwości bohaterów. Przy całym szaleństwie tych sekwencji widać, ile pracy włożono w ich realizację. Równie istotny jest dźwięk. Hałas dobiegający z każdej strony, przeróżne krzyki i świsty regularnie podtrzymują niepewność. Delikatnie narastająca muzyka podkręca tempo, a odgłosy destrukcji nadają zagrożeniu olbrzymią skalę, chociaż bohaterowie początkowo nie są w stanie jej dobrze ocenić. To jeden z tych filmów, przy których dobre kinowe nagłośnienie ma konkretne uzasadnienie. Zanim zobaczymy źródło zamieszania, zdążymy już zrozumieć, że zwykła interwencja dawno wymknęła się spod kontroli.
Przy całej brutalności, reżyser znalazł zaskakująco dużo miejsca na humorystyczne wstawki. Mieszkańcy Hope oczywiście przeklinają, kłócą się i reagują na zagrożenie na przeróżne sposoby (mniej czy bardziej groteskowe). Producenci potrafią doprowadzić wybraną scenę do poziomu niemal kreskówkowej przesady, a chwilę później przypomnieć, że konsekwencje tego zamieszania są bardzo krwawe i przykre. Podoba mi się ta bezczelność, chociaż żarty zahaczające o fizjologię wymagają odpowiedniej tolerancji. „Witajcie w Hope” chętnie sprawdza, ile widz jest w stanie przyjąć i jestem przekonany, że nie każdemu przypadnie to do gustu.
W odpowiednim odegraniu tego humoru pomagają odpowiednio dobrani aktorzy. Hwang Jung-min daje Bum-seokowi wystarczająco dużo nerwowości i irytacji, żeby za mundurem dało się zobaczyć człowieka, którego przerosła cała ta robota. Zo In-sung jako Sung-ki dobrze odnajduje się w bardziej brawurowej części widowiska. Najłatwiej jednak zapamiętać Hoyeon. Jej Sung-ae wnosi pewność siebie i sprawność, których rozpaczliwie brakuje reszcie towarzystwa. Przy tak rozgadanej, chaotycznej grupie ktoś, kto potrafi przejść do działania, natychmiast przyciąga uwagę. Szkoda tylko, że film nie daje wszystkim momentu oddechu czy czasu na zapoznanie się z nim, poza samym uczestnictwem w akcji. O poszczególnych postaciach częściej świadczy to, jak radzą sobie pod ostrzałem, niż to, kim są i czego chcą. W krótszym, bardziej zwartym widowisku łatwiej byłoby to zaakceptować. Przy dwóch godzinach i czterdziestu minutach niektórzy bohaterowie byli dla mnie totalnie obojętni, bo w sumie nic o nich nie wiedziałem.
Świetny początek, słabszy finisz
Podobny problem mam z efektami komputerowymi. Dopóki zagrożenie pozostaje nie do końca rozpoznane, moja wyobraźnia skutecznie dopowiadała sobie różne wzory i stwory. Gdy cyfrowe istoty dostają więcej miejsca na ekranie, ich jakość wykonania okazuje się bardzo nierówna. Niektóre ujęcia wypadają znacznie słabiej od otaczającej je scenografii i samochodowej demolki. Przy takiej skali produkcji ten rozdźwięk zwyczajnie przeszkadza. Szczególnie że film mocno opiera się na stworzeniach, które powinny przekonywać samą obecnością.
Michael Fassbender i Alicia Vikander uczestniczą w tym widowisku poprzez kreacje wykorzystujące motion capture. Warto wiedzieć o tym przed seansem, żeby nie oczekiwać klasycznych ról rozpoznawalnych z plakatu gwiazd. Ich nazwiska nie rozwiązują też podstawowego problemu - rozbudowywana z czasem opowieść o przybyszach jest mniej wciągająca niż wcześniejsze próby przetrwania. Film znakomicie podsyca ciekawość, ale nie wszystkie późniejsze wyjaśnienia są równie przekonujące. Dla mnie najbardziej odczuwalne to było w dalszej części seansu. Kolejne ucieczki i starcia nadal są widowiskowe, ale pojawia się niepokojąca powtarzalność. Zmiana otoczenia pomaga tylko częściowo, bo znów oglądamy ludzi próbujących wyrwać się przeciwnikowi, który ma nad nimi ogromną przewagę. Przydałoby się więcej scen zmieniających nasze rozumienie sytuacji albo relacje między postaciami. Samo podnoszenie skali zagrożenia w końcu przestaje wystarczać, a dodatkowe wyjaśnienia wyhamowują opowieść w mało dogodnym momencie.
Zakończenie również pozostawia niedosyt. Oczywiście nie chcę tutaj zdradzać szczegółów, ale „Witajcie w Hope” wyraźnie otwiera sobie drogę do dalszej historii. Sam pomysł kontynuacji jest zrozumiały, bo świat oferuje bardzo duże możliwości. Gorzej, że po tak długim seansie chciałoby się dostać mocniejsze domknięcie tego, co właśnie obejrzeliśmy. Mimo tych zastrzeżeń polecam „Witajcie w Hope”, szczególnie na dużym ekranie. Na Hong-jin ma wyczucie akcji, potrafi wykorzystać dostępne środki i zderzyć strach z humorem w sposób, który nadaje filmowi fajny, oryginalny charakter. Najlepsze sekwencje mają dość pomysłów i energii, żeby wynagrodzić nam słabsze fragmenty. Żałuję przede wszystkim, że druga połowa nie utrzymuje poziomu otwarcia. Jeśli jednak macie ochotę na brutalne, szalone kino o ludziach próbujących przetrwać absolutnie beznadziejną sytuację, to tutaj będziecie się dobrze bawić.
Atuty
- Pomysłowe, intensywne pościgi i inscenizacja scen akcji
- Udane budowanie zagrożenia za sprawą detali, obrazów i ujęć kamery
- Czarny humor i wyrazista obsada, zwłaszcza Hoyeon
- Bardzo dobre udźwiękowienie
Wady
- Nierówna jakość efektów komputerowych
- Powtarzalność części scen i zbyt długi metraż
- Zakończenie, który wyjątkowo mi nie siadło, ale nie chcę spoilerować
- Humor, który... być może nie każdemu przypasuje
Brutalne i pomysłowo zrealizowane kino o spotkaniu z czymś obcym. Świetna akcja, wyrazisty humor i gra aktorska Hoyeon mocno przemawiają za wybraniem się do kina. Niestety, nie obyło się bez zgrzytów. Dostajemy nierówne CGI, przeciągnięty metraż i niedomkniętą historie, przez co muszę obniżyć ocenę. Ale to fajny, całkiem udany film i jeśli lubicie takie klimaty, polecam!
Przeczytaj również
Komentarze (3)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych