Upadek wieloryba (2026) - recenzja filmu [Disney]. Bardzo specyficzna żałoba

Upadek wieloryba (2026) - recenzja, opinia o filmie [Disney]. Bardzo specyficzna żałoba

Piotrek Kamiński | Dzisiaj, 21:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Najbardziej pechowy chłopak świata ląduje w żołądku ogromnego wieloryba, gdzie kwasy próbują go rozpuścić, mięśnie zmiażdżyć, a mieszanka tlenu i azotu z butli namieszać w głowie. Czy uda mu się wydostać i "narodzić na nowo" , czy przyjdzie mu dokonać żywota w trzewiach zwierzęcia, które tak kochał jego ojciec?

Kiedy przeczytałem opis fabuły nowego filmu Briana Duffielda, nie potrafiłem powstrzymać śmiechu. Całe życie człowiek słyszał o czytał o tym jak to wieloryby, mimo swoich pokaźnych rozmiarów, mają bardzo małe przełyki, przez które trudno byłoby przepchnąć nawet grejpfruta, a tu nagle film o facecie siedzącym w żołądku kaszalota, w dodatku z taką ilością miejsca w środku, że może tam wręcz czołgać się z lewej na prawą. Jaja jak berety!

Dalsza część tekstu pod wideo

Okazuje się jednak, że autor oryginalnej książki, Daniel Kraus, spędził niemało czasu badając temat, starając się żeby jego powieść była możliwie wiarygodna i gdzieś tam jacyś naukowcy stwierdzili, że teoretycznie byłoby możliwe, aby kaszalot połknął dorosłego człowieka, ponieważ jego przełyk jest asymetryczny, z jedną dziurą znacznie większą od drugiej, co pozwala mu połykać wielkie kałamarnice, stanowiące podstawę jego diety. Rzecz w tym, że jest to szalenie mało prawdopodobne, a i sam człowiek musiałby być odpowiednio niewielki żeby w ogóle zmieścić się w relatywnie niewielkiej paszczy zwierzęcia. Wątpię natomiast, czy sytuacja w środku byłaby tak komfortowa, jak pokazano to w filmie, ale wypada przyznać, że autor książki i filmowcy rzeczywiście uwzględnili wszystkie najważniejsze problemy, zagrażające życiu głównego bohatera. Tak więc jest to zdecydowanie bajka, ale orbitująca gdzieś na granicy realizmu.

Upadek wieloryba (2026) - recenzja, opinia o filmie [Disney]. Ojciec i syn. I wieloryb

Jay
resize icon

Mitt Gardiner (Josh Brolin) o oceanie wiedział chyba wszystko. Rozumiał potrzeby tego ekosystemu, znał jego zagrożenia, potrafił poruszać się między nimi. Gorzej szło mu na lądzie. Pragnął przekazać całą tę wiedzę synowi, lecz brakowało mu podejścia. W dodatku rak kompletnie zniszczył jego płuca, praktycznie odcinając go od ukochanych głębin. Czując zbliżający się koniec, postanowił sam wybrać miejsce spoczynku, gdzieś na dnie oceanu. Rok później, jego syn Jay (Austin Abrams) targany złością i wyrzutami sumienia, postanawia ruszyć pod wodę i odnaleźć szczątki ojca. Bardzo nieszczęśliwy zbieg okoliczności sprawia, że ląduje w żołądku wielkiego kaszalota, z niecałą godziną tlenu w zapasie. Rozpoczyna się dramatyczna walka o przetrwanie. 

Fabuła skacze pomiędzy chwilą obecną, czyli przygotowaniami Jaya do nurkowania i jego późniejszym położeniem, a wspomnieniami ojca. Bardzo szybko i łatwo zaczynamy rozumieć dlaczego relacja obu panów była raczej napięta, lecz z czasem, kiedy głębiej wgryzamy się w materiał, zaczynamy dostrzegać jej złożoność i tragizm, co pozwala do jakiegoś stopnia empatyzować z oboma postaciami. Piszę "do jakiegoś stopnia", ponieważ moim zdaniem reżyserowi nie udało się do końca wyważyć emocjonalnej warstwy filmu, przez co nigdy nie poczułem aby scenariuszowi udało się dojść do jakiegoś punktu kulminacyjnego tej relacji, nic nie chwyciło mnie za serce, co wydaje mi się o tyle niepokojące, że ja przecież praktycznie zawsze zalewam się łzami, jeśli tylko dać mi najmniejszy, acz dobrze napisany powód. W całym filmie naliczyłem dosłownie jeden moment, który faktycznie można uznać za nacechowany potężnymi uczuciami. Rzecz w tym, że z tyłu głowy cały czas powtarzałem sobie, że ta scena nie ma sensu, że nie powinna mieć miejsca, więc albo jest to błąd w sztuce albo halucynacje głównego bohatera - tak czy inaczej źle. 

Upadek wieloryba (2026) - recenzja, opinia o filmie [Disney]. Jak ten film wygląda i brzmi!

Wnętrze wieloryba
resize icon

Mam wrażenie, że reżyser wziął się za ten projekt głównie dlatego, że chciał nakręcić te sceny z wnętrza żołądka wieloryba. Bo tak jak z fabułą można mieć pewne problemy, tak od strony technicznej "Upadek wieloryba" robi mocne wrażenie. Już same podwodne zdjęcia robią dobre wrażenie. Mimo kręcenia w wielkim zbiorniku, dzięki czemu można było kontrolować światło i nadać oceanicznej toni odpowiednią filmowość, Duffieldowi udało się złapać niezły balans pomiędzy realizmem, a jaskrawością "Gdzie jest Nemo". Bliżej końca dostajemy natomiast bardzo szerokie kadry, ze zwierzętami wyglądającymi jakby płynęły w kosmosie, przywodzącymi lekko na myśl plemniki i jajeczka, co bardzo dobrze pasuje do przewodniego motywu odrodzenia się głównego bohatera. Czego by jednak nie mówić, największe wrażenie robią sceny z wnętrza kaszalota. Ponoć tłumacząc swoją wizję tych ujęć, reżyser pokazywał obsadzie filmiki z kolonoskopii i po obejrzeniu skończonego produktu absolutnie jestem w stanie w to uwierzyć. Mięsiste, wysłane żyłami ściany żołądka cały czas pracują, na dnie pływa niewielka ilość trudnej do zidentyfikowania cieczy, z przełyku co jakiś czas wlatują morskie stworzenia i kolejne litry wody, a zastawka oddzielająca tę pierwszą komorę żołądka od drugiej wygląda jak... No! Czekoladowa rozgwiazda. Jest obrzydliwie i klaustrofobicznie, wszystkie ujęcia na Abramsa ustawione są bardzo blisko niego, przez co czasami ciężko wręcz powiedzieć, co się właściwie dzieje, co tylko dodatkowo potęguje nieprzyjemne wrażenia towarzyszące widzowi. Myślę, że ekipa ma szanse na zostanie docenioną w sezonie nagród. 

Teoretycznie zobaczymy w filmie nazwiska takie jak Elisabeth Shue czy Emily Rudd, lecz w praktyce są one jedynie w pierwszych kilku scenach. To jest film Abramsa, wspomaganego regularnie przez Brolina. Josh to klasa sama w sobie, wiadomo, choć, jak już wspominałem, nie udało mu się ostatecznie "odczarować" swojej postaci. Nie sądzę jednak, aby wina leżała po jego stronie. To po prostu scenariusz mógłby być lepszy. Tak czy inaczej, większość filmu na swoich barkach dźwigać musi Abrams. Na szczęście to już drugi projekt w tym roku, w którym jego postać przez znakomitą większość czasu jest skazana na gadanie do siebie, bo wokół ani żywej duszy, więc powiedziałbym, że ma sytuację pod kontrolą. Jest z początku coś nienaturalnego w tym, że gada do siebie na głos, mimo sytuacji i mimo trzymania między zębami aparatu do oddychania, ale idzie szybko się przyzwyczaić. Z początku wydawać by się mogło, że będzie to raczej mało porywająca rola, lecz im bardziej dramatyczna robi się sytuacja, im gorszy jest stan głównego bohatera, tym wyraźniej Abrams pokazuje swój kunszt aktorski. Trzeba mieć w sobie to "coś" aby utrzymać cały film niemalże wyłącznie na sobie i "Upadek wieloryba" jest kolejnym dowodem na to, że on to coś ma. 

"Upadek wieloryba" to pokaz technicznie świetnie zrobionego kina, pełnego pięknych, intrygujących i bardzo oryginalnych kadrów, w połączeniu z reżyserią dźwięku niemalże dosłownie przenoszących widza do wnętrza żołądka olbrzymiego ssaka wodnego. Szkoda jedynie, że pod względem fabuły nie można mówić o równie wysokim poziomie. Intencje reżysera widoczne są jak na dłoni, lecz ich wykonanie mogłoby być lepsze, ponieważ to aż wstyd żeby po obejrzeniu filmu o takiej tematyce widz nie czuł praktycznie niczego. Dla storny audiowizualnej warto wybrać się do kina. Fabuła lepiej sprawiłaby się na Disney+. 

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Atuty

  • Piękne podwodne zdjęcia;
  • Wnętrze wieloryba;
  • Zajmujący Austin Abrams;
  • Świetnie zrealizowany dźwięk.

Wady

  • Centralnej relacji brakuje bardziej satysfakcjonującego zakończenia;
  • Masa trudnych do przełknięcia decyzji postaci i często sztuczne dialogi.

"Upadek wieloryba" to poetycka, wypełniona (grubo ciosanymi) metaforami opowieść, która nie może równać się ze świetnie przygotowaną warstwą audiowizualną filmu. To istna uczta dla oczu i uszu, ale jako narracja nie powala.

6,5
Piotrek Kamiński Strona autora
Z wykształcenia filolog, z zamiłowania gracz i kinoman pochłaniający popkulturę od przeszło 30 lat. O filmach na PPE pisze od 2019. Zarówno w grach, jak i filmach najbardziej ceni sobie dobrą fabułę. W wolnych chwilach lubi poczytać, pójść na koncert albo rodzinny spacer z psem.
cropper