Valor Mortis - recenzja gry. Krocząc przez mrok w służbie Napoleona

Valor Mortis - recenzja i opinia o grze [PC, PS5, XSX]. Krocząc przez mrok w służbie Napoleona

Maciej Zabłocki | Dzisiaj, 15:40
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Napoleon wygrał pod Waterloo, Europa nadal płonie, a jego wierni żołnierze powracają na front nawet w obliczu śmierci. W takich okolicznościach trudno oczekiwać przyjemnego spaceru po tej mrocznej prowincji. Valor Mortis zaprasza do niezwykłego świata, w którym wojskowa dyscyplina spotyka się z biologicznym horrorem i nietuzinkowym projektem. Polacy z One More Level przygotowali soulslike’a z własnym charakterem.

Miałem okazję zagrać w Valor Mortis podczas Gamescomu w 2025 roku i dzisiaj widzę dużą różnicę na plus. Pomysł na napoleoński horror już wtedy przyciągał uwagę, ale obecna wersja znacznie lepiej pokazuje, co z niego wynika. Walka, rozwój bohatera i eksploracja składają się na przygodę, która potrafi zatrzymać przy komputerze na długie godziny. Nie obyło się bez drobnych błędów, bugów i problemów, a do tego kilka elementów wymaga jeszcze poprawy, ale polskie studio ma niewątpliwie bardzo ciekawy tytuł w rękawie. 

Dalsza część tekstu pod wideo

Za grę odpowiada krakowskie One More Level, studio znane z obu części Ghostrunnera, współpracujące tutaj z Lyrical Games. Valor Mortis buduje cały system walki na perspektywie pierwszej osoby. Zmienia się jednak tempo względem klasycznych gier pierwszoosobowych. Zamiast nieustannego pędu, dostajemy ostrożne podejście do przeciwnika, ocenę jego zasięgu i szukanie momentu na blok i kontrę. Znajomość Ghostrunnera pomaga przy poruszaniu się, lecz bezmyślny atak szybko kończy się naszą śmiercią. Oj Valor Mortis zdecydowanie nie jest prostą grą, a wielokrotnie wręcz rzucałem myszką, bo zabrakło mi dosłownie trochę wytrzymałości lub refleksu. No i wszystko trzeba zaczynać od nowa...

Valor Mortis zabiera nas do niezwykłego, brutalnego świata

Akcja rozgrywa się w 1820 roku, pięć lat po alternatywnym zwycięstwie Bonapartego pod Waterloo. Cesarska propaganda przypisuje sukces geniuszowi dowódcy i poświęceniu armii, ale za militarną przewagą kryje się tajemnicza substancja. Neftoglobina wiąże się z plagą zmieniającą ludzi w potwory i z przekraczaniem granicy śmierci. Obietnica wiecznej służby brzmi znacznie gorzej, gdy zobaczymy, w jakim stanie żołnierze wracają do wykonywania rozkazów.

Wcielamy się w Williama Dowsetta, młodego brytyjskiego oficera pozbawionego wspomnień i pewności co do własnej tożsamości. Bohater zostaje uwikłany w działania Legii Cudzoziemskiej Gwardii Cesarskiej, a jego powrót do życia uruchamia pytania ważniejsze od tego, którędy prowadzi następna ścieżka. Dlaczego właśnie on się przebudził i jaką cenę płaci armia za zwycięstwa? Odpowiedzi szukamy na terenie wyniszczonej wojną Europy Wschodniej. Napoleon przemawia do Williama w jego głowie, głosem Vincenta Cassela. Słuchamy opowieści o wielkości imperium, oglądając jednocześnie ludzi, których to imperium zużyło. Przeciwko Bonapartemu występuje tajemnicza The Shrike, bezwzględna przywódczyni oporu pozostawiająca makabryczne ślady działalności.

Opowieść jest prowadzona wyraźniej niż w wielu soulslike’ach: mamy rozmowy, sceny fabularne, dziennik i postacie związane z wydarzeniami. Fabularny pomysł robi jednak większe wrażenie niż tempo jego rozwijania. Wojna, propaganda i wskrzeszanie poległych tworzą świetny punkt wyjścia, lecz kolejne wyjaśnienia nie zawsze dobrze się ze sobą zgrywają. Tutaj bardziej od fabuły istotna jest koncepcja rozgrywki. Warto jednak zaglądać do dziennika, bo wpisy dotyczą również przeciwników oraz ich słabości. To wiedza przydatna przy następnej potyczce, a zarazem sposób poznawania pochodzenia oglądanych deformacji. Zadania poboczne dają opowieści bardziej ludzką perspektywę. Jest tutaj taki ciekawy wątek osieroconych dzieci, nazywanych Mice, który pokazuje mieszkańców ruin próbujących znaleźć oparcie w świecie zniszczonym przez cesarza. 

To typowy soulslike, ale z perspektywy pierwszoosobowej

Podstawy walki są proste na papierze. Mamy do wyboru lekki i ciężki atak, blok, parowanie oraz szybki unik. Nad wszystkim wisi pasek wytrzymałości. Jeśli wydamy go na niepotrzebne uderzenia, może nam zabraknąć energii na obronę, kiedy wróg zacznie własną kombinację. Często więcej daje jedna przemyślana kontra po bloku, niż seria nerwowych kliknięć.
Zresztą właśnie parowanie sprawiało mi najwięcej satysfakcji. Odbicie ciosu osłabia postawę przeciwnika i przybliża moment, w którym można wyprowadzić brutalny finisher. Opłaca się zostać blisko wroga, obserwować jego ruchy i rozbić obronę, zamiast długo zwlekać z atakiem. Jest w tym coś z Sekiro, ale kontakt z ostrzem odbywa się bezpośrednio przed oczami.

Perfekcyjny blok zużywa wytrzymałość, a część utraconego przy obronie zdrowia możemy odzyskać, odpowiadając atakiem. Perfekcyjny unik także nagradza właściwy moment reakcji i otwiera drogę do mocniejszej kontry. Perspektywa pierwszej osoby mocno zmienia pojedynki. Wróg znajduje się na wyciągnięcie ręki, ostrze zajmuje sporą część obrazu, a gabaryty większych oponentów potrafią przytłoczyć. Trzeba jednak nauczyć się oceniać zasięg i zostawiać sobie przestrzeń na reakcję. W zwarciu fragment animacji może zniknąć poza kadrem. Ustawienie postaci bywa wtedy równie ważne jak znajomość sekwencji ataków. Tutaj uniki musimy robić bardzo często, bo wrogowie są przeróżni. Trafimy na snajperów, miotaczy granatów czy przeróżne bestie zdolne wyprowadzić atak długą lancą. 

Gorzej wypadają sytuacje z kilkoma zagrożeniami jednocześnie. Zajęci odbijaniem ciosów jednego żołnierza nie widzimy, co dzieje się za plecami. Obracanie kamery, wycofanie na szerszy teren i rozdzielanie przeciwników stają się koniecznością. Czasem pomaga skradanie i wyeliminowanie słabszego wroga od tyłu, zanim zacznie się regularna walka - ale to też nie działa dobrze na każdego wroga, bo tych mocniejszych, nawet jak zajdziemy od tyłu, to i tak nie pokonamy jednym ciosem. Przy liczniejszej grupie łatwo stracić kontrolę nad sytuacją. Znaczenie ma rodzaj broni. Szabla jest szybka i pozwala korzystać z klasycznego bloku, więc ułatwia początek przygody. Rapier mocniej premiuje precyzyjne pchnięcia oraz parowanie, ale odbiera możliwość zwykłego blokowania. Dostępny jest także cięższy claymore. Różnice zachęcają do sprawdzania stylów walki, bo wymiana ostrza wpływa również na obronę. Przy rapierze trzeba pewniej reagować na ruch przeciwnika. 

Broń palna uzupełnia szermierkę i niesamowicie się przydaje. Pistolet pozwala trafiać w odsłonięte słabe punkty, a garłacz daje mocniejsze uderzenie z bliska. Amunicję warto oszczędzać, bo nie ma jej wcale tak dużo. Ciekawie działa przygotowanie walki za sprawą ostrza, poprawienie pozycji i oddanie strzału tam, gdzie przyniesie największy efekt (każdy z wrogów ma dość jasno oznaczone słabsze punkty). Przydają się także granaty, a eksplozje elementów otoczenia pozwalają znacznie ranić wrogów, a nawet kontrolować całe tłumy (np. za sprawą wybuchających beczek). 

Transmutacje, czyli nadnaturalne zdolności zasilane neftoglobiną, rozszerzają ten zestaw. Ogień pozwala nakładać podpalenie, staza zatrzymywać przeciwników, a moc ochronna pomaga przetrwać nagromadzenie przeciwników czy presję związaną z ich liczebnością. Magia zużywa osobny zasób, więc także wymaga rozsądnego gospodarowania. Momentalnie miałem skojarzenia z Bioshockiem, gdy uzbrojona dłoń współpracuje z drugą, w której gromadzi się energia. Najlepsze starcia zachęcają do łączenia rozbijania postawy z ostrzałem i magią. Kombinowanie z wykorzystaniem wielu różnych możliwości jest największym atutem Valor Mortis i dostarcza ogromnej satysfakcji. 

Zdolności przydają się również poza walką. Zatrzymanie mechanizmu może umożliwić przejście, a inne moce otwierają drogę do elementów służących pokonywaniu przestrzeni. Ogień, staza i tarcza spełniają swoje zadania, choć znamy je z innych gier. O charakterze Valor Mortis decyduje przede wszystkim sposób ich połączenia z szermierką oraz napoleońskim horrorem. Rozwój Williama odbywa się przy latarniach, za katalizatory pełniące funkcję soulsowej waluty. Podnosimy zdrowie, wytrzymałość i zasób neftoglobiny, ale rozwijamy również umiejętności. Część ulepszeń ma cztery stopnie. Poprawa bloku zmniejsza zużycie wytrzymałości i zwiększa ilość zdrowia możliwego do odzyskania. Wśród dalszych ulepszeń są choćby spowalnianie czasu podczas celowania w powietrzu i większa szansa na zdobywanie amunicji z przeciwników.

To sprzyja budowaniu bohatera pod własne nawyki. Większy zapas zdrowia daje margines na naukę, a ulepszony blok pomaga utrzymywać pozycję. Rozwój nie zastępuje jednak poznania przeciwnika i właściwej reakcji na cios. Drugą warstwę tworzą bursztyny, w angielskiej wersji Ambers. Znajdujemy je podczas eksploracji, a kolejne miejsce na modyfikator odblokowuje się co pięć poziomów. Potrafią mocniej zmienić styl gry niż zwykłe podniesienie statystyki. Dobrym przykładem jest wariant odbierający butelki leczące w zamian za odzyskiwanie zdrowia po zabójstwach. Osobno ulepszamy leczenie: butelka z ferrofluidem przywraca zdrowie, a znalezienie pustego flakonu pozwala zwiększyć liczbę ładunków, choćby z trzech do czterech. Skrzepy katalizatora dają walutę po użyciu. Niezwykły Skrzep zapewnia 100 katalizatorów. Warto zachować je do chwili, gdy przy latarni brakuje niewielkiej kwoty do awansu.

Po śmierci wracamy do ostatniej aktywowanej, zwykli przeciwnicy odradzają się, a pokonani bossowie pozostają martwi. Katalizatory zostawiamy tam, gdzie polegliśmy, i możemy je odzyskać. Kolejna śmierć przed dotarciem do zguby oznacza utratę poprzedniej puli. Chęć odzyskania środków zamienia powrót w wyprawę ze stawką i zachęca do pośpiechu, za który gra chętnie wystawia rachunek. Valor Mortis jest trudne i nie pozwala wybrać poziomu trudności. Trzeba przyjąć narzucone warunki, nauczyć się parowania i korzystać z rozwoju postaci. Wymagająca walka pasuje do założeń, a wygrany pojedynek z bossem daje nam ogromną satysfakcję. Problemem pozostaje nierówny poziom wyzwania. Gra potrafi nagle postawić znacznie większą przeszkodę przed naszymi oczami, choć poprzedni fragment nie przygotował nas do niej wystarczająco dobrze. No ale to soulslike, tu nie ma miękkiej gry. 

Przy bossach szczególnie widać granicę między nauką, a zniechęceniem. Duże obrażenia i dłuższe sekwencje oznaczają niewielki margines błędu, a źle oceniony zasięg przekreśla udaną próbę na wyprowadzenie ciosu. Chciałbym równie starannie przemyślanej skali wymagań, jak samej mechaniki parowania. Początkowe starcia potrafią sprawić większy kłopot niż późniejsze, gdy rozwój i szerszy zestaw narzędzi dają więcej możliwości walki i reakcji. Na początku będziemy się często denerwować, ale z czasem wszystko zacznie nam przychodzić dużo łatwiej. 

Przemierzając mrok i kapitalny świat

Eksploracja zapewnia przerwę od walki. Przechodzimy kolejne obszary i rozdziały (podzielone na wczytywane wcześniej lokacje), ale po drodze są odnogi, sekrety, zadania poboczne oraz opcjonalni silniejsi przeciwnicy. Nowe zdolności pozwalają otwierać wcześniej niedostępne przejścia, dlatego warto zapamiętywać zauważone przeszkody. To ewidentna inspiracja metroidvanią - boczna ścieżka może przynieść przedmiot potrzebny do rozwoju albo dodatkowe wyzwanie. Gra nagradza ciekawość, choć nie buduje wokół niej ogromnego labiryntu. Nie oczekujcie jednak swobody znanej choćby z Elden Ringa. Valor Mortis ma wyraźny, liniowy kierunek, a szybka podróż przy latarniach pomaga przemieszczać się między odblokowanymi miejscami. Nie mamy klasycznej mapy do śledzenia każdego zakrętu. Orientujemy się w terenie na podstawie poznawanego otoczenia i przeglądu obszarów. Centralna baza pozwala wrócić do rozmów oraz przygotowań. 

Jest oczywiście kilka elementów wyjętych z Ghostrunnera. Mamy więc bieg po ścianach, przyciąganie do odpowiednich punktów i przemieszczanie się po elementach zawieszonych nad ziemią - to wszystko fajnie urozmaicają wyprawę. Parkour daje pożądane przyspieszenie między pojedynkami, ale ma także słabszą stronę. Bardziej oskryptowane sekwencje wymagają poznania konkretnej trasy, co potrafi zamienić swobodny ruch w serię powtórek. Klimat pozostaje jedną z największych zalet tej produkcji. Pobojowiska, spalone zabudowania i resztki wyposażenia opowiadają o konflikcie, który przekroczył ludzką miarę. Potwory nadal noszą ślady i blizny dawnych żołnierzy. Grenadier może być makabrycznym połączeniem dwóch ciał, a odpowiednik soulsowego psa okazuje się człowiekiem wykręconym do biegu na czterech kończynach. Napoleońska Europa nadaje grze mroczną, brutalną tożsamość, a biologiczne deformacje robią kapitalny użytek dla atmosfery.

Technicznie jest dość nierówno 

Muzykę przygotowali Arkadiusz Reikowski i Oskar Bała. Reikowski ma w dorobku między innymi remake Silent Hill 2. Znaczenie mają też głosy postaci, choć sama obecność znanego aktora nie gwarantuje, że każda kwestia cesarza zapadnie w pamięć. Przy walce z pierwszej osoby warto również słuchać tego, co dzieje się poza kadrem, kiedy oczy pozostają skupione na najbliższym ostrzu.

Graficznie jest nierówno, ale ogólny efekt pozostaje ładny. Valor Mortis korzysta z Unreal Engine 5 i potrafi zbudować sugestywny widok dzięki oświetleniu, architekturze i projektom przeciwników. Nie każdy fragment prezentuje równie wysoki poziom szczegółowości, lecz estetyka dobrze spaja całość. Bardziej od technicznej perfekcji zapamiętuje się ten szczególny obraz Europy, w której wojna przerodziła się w chorobę. Grałem na laptopie Lenovo Legion 7i wyposażonym w procesor Intel Core Ultra 9 275HX, 64GB RAM i kartę GeForce RTX 5090 Laptop. Na maksymalnych dostępnych detalach, z MFG x3, licznik wskazywał średnio około 190-210 klatek na sekundę. Przez większość czasu nie miałem problemów z płynnością obrazu. 

Nawet na tym sprzęcie zdarzają się jednak mikroprzycięcia i spadki płynności w okolicznościach, które trudno wyjaśnić samą złożonością sceny. Potrafią zakłócić rozgrywkę wymagającą reakcji w odpowiednim momencie. Raz gra wyrzuciła mnie również do pulpitu. Średni wynik wygląda więc bardzo dobrze, ale stabilność pozostaje osobnym problemem. Większy kłopot mam z błędami sztucznej inteligencji i wyszukiwania ścieżek. Postacie potrafią się blokować, a zachowanie przeciwników nie zawsze pasuje do sytuacji. To kłopotliwe, bo uczymy się przewidywać ruchy wrogów. Gdy potyczkę zakłóca problem z poruszaniem się, trudno traktować rezultat jako uczciwy sprawdzian umiejętności. Nawet błąd działający na naszą korzyść psuje satysfakcję: pokonanie oponenta, który utknął, nie daje takiej satysfakcji, ale ufam deweloperom, że szybko takie wpadki wyeliminują. 

Mimo tych zastrzeżeń, Valor Mortis z pewnością znajdzie fanów wśród miłośników soulsowych wyzwań i mrocznych przygód z perspektywy pierwszej osoby. Parowanie daje nam ogromną satysfakcję, rozwój bohatera pozwala go dobrze i unikalnie ukształtować, a broń palna oraz transmutacje rozszerzają możliwości podczas walki. Po Gamescomie byłem ciekaw, czy Polacy przełożą efektowną koncepcję na grę, w której chce się zostać na dłużej. Po ograniu tej gry wiem już, że tak. Potrzeba dosłownie kilku łatek, żeby było lepiej, ale w ogólnym rozrachunku bardzo polecam sprawdzić ten tytuł. Z pewnością nie będziecie rozczarowani. 

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Advertisement

Ocena - recenzja gry Valor Mortis

Atuty

  • Unikalny klimat napoleońskiej Europy połączonej z biologicznym horrorem
  • Satysfakcjonująca szermierka, świetne parowanie i brutalne finishery
  • Udane połączenie broni białej, palnej i nadnaturalnych zdolności
  • Rozwój postaci i bursztyny pozwalające zmieniać sposób gry
  • Eksploracja nagradzająca ciekawość, urozmaicona sprawnym poruszaniem się
  • Pomysłowe, makabryczne projekty przeciwników

Wady

  • Błędy AI, wyszukiwania ścieżek i blokujące się postacie
  • Mikroprzycięcia, sporadyczne spadki płynności i wyrzucenie do pulpitu
  • Nierówny poziom trudności, szczególnie w starciach z bossami
  • Mniejsza czytelność pola walki z kilkoma przeciwnikami jednocześnie
  • Nierówna jakość oprawy graficznej

Valor Mortis wciąga satysfakcjonującą walką i klimatem, którego na próżno szukać w innych grach tego typu. Polacy dobrze połączyli szermierkę z bronią palną, nadnaturalnymi zdolnościami i rozwojem bohatera, dając fanom soulslike’ów sporo możliwości. Nierówny balans oraz błędy techniczne potrafią zepsuć udane starcie, ale nie odbierają przygodzie jej największych zalet. To mocna propozycja dla miłośników wymagających gier i sugestywnego horroru, choć cesarskiej armii przydałoby się jeszcze trochę dyscypliny. Tak czy inaczej, polecam!

Maciej Zabłocki Strona autora
Swoją przygodę z recenzowaniem gier rozpoczął w 2005 roku. Z wykształcenia dziennikarz, ale zawodowo pracujący też w marketingu. Na PPE odpowiada głównie za testy sprzętów i dział tech. Gatunkowo uwielbia RPG, strategie i wyścigi. Uzależniony od codziennego czytania newsów i oglądania konferencji.
cropper