Carrie (2026) - recenzja serialu [Amazon]. Mike Flanagan uwspółcześnia Kinga

Carrie (2026) - recenzja, opinia o serialu [Amazon]. Mike Flanagan uwspółcześnia Kinga

Piotrek Kamiński | Dzisiaj, 16:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Debiut literacki Stephena Kinga doczekał się kolejnej adaptacji! Po oryginalnym filmie z 1976, z Sissy Spacek w tytułowej roli oraz trochę zbędnym, mocno repetetywnym rimejku z 2013 z Chloe Moretz przyszła pora na serial. Tak, Mike Flanagan postanowił przerobić tę raczej prostą i krótką historię na dziesięć odcinków telewizji. Odważny pomysł, nie powiem. 

Z Flanaganem jest trochę tak, że nie zawsze trafia ze swoimi projektami, ale jak już trafia to w dychę! Bodajże pierwszym jego projektem, jaki oglądałem był "Hush" z 2016 roku. Sam pomysł był ciekawy - morderca czai się na głuchoniemą kobietę, spędzającą samotnie noc w swoim domu w lesie - i reżyser wiedział jak z powodzeniem zbudować napięcie, które będzie towarzyszyło widzowi przez większość filmu, ale sama fabuła była trochę pusta. To tylko ta jedna koncepcja, rozpisana na 80 minut. Później przyszła "Gra Gerarda" - też na podstawie prozy Kinga - a wkrótce po niej serial, który do dziś uważam za jego najpełniejsze dzieło - "Nawiedziony dom na wzgórzu" robił niesamowitą robotę i konstrukcyjnie i aktorsko i narracyjnie i zdjęciowo, a ostatnie odcinki wyrywały z kapci. Późniejszy "Nawiedzony dwór w Bly" stał na straconej pozycji, bo nie miał podjazdu do swojego poprzednika. Kilka lat później ukazał się "Klub północny", skierowany do raczej młodszego widza, jak dla mnie trochę nijaki, a po nim poprawna, ale nie wyróżniająca się z tłumu "Zagłada domu Usherów" oraz "Życie Chucka" - ponownie na podstawie Kinga, ale w zupełnie innym stylu. Skaczemy dwa lata do przodu i oto na Amazona zaraz wskakuje "Carrie". Czy jest to dzieło wybitne, po prostu poprawny horror, czy może kompletny niewypał? Sprawdźmy! 

Dalsza część tekstu pod wideo

Warto zacząć od zaznaczenia, że "Carrie" Flanagana nie jest po prostu kolejną, wierną adaptacją książki - i całe szczęście, bo byłoby to zwyczajnie nudne, zbędne i mocno niedzisiejsze. Twórczy umysł reżysera spłodził scenariusze przenoszące akcję do dzisiejszych czasów i nie chodzi wyłącznie o to, że dzieciaki noszą dzisiejsze ubrania i mają smartfony. Cała fabuła, wszystkie motywy i postacie zostały przeniesione w 21. wiek. To bez wątpienia w dalszym ciągu ta sama Carrie White, ale taka, jaką można by spotkać w liceum dzisiaj, snującą się samotnie po korytarzach. Przytrafia jej się z grubsza wszystko to samo, co w powieści, ale narzędzia, którymi Flanagan opowiada tę historię są zdecydowanie bardziej "na czasie". Już spieszę z wyjaśnieniem. 

Carrie (2026) - recenzja, opinia o serialu [Amazon]. Niby to samo, ale inaczej, szerzej 

Carrie (Summer H. Howell) mieszka sama ze swoją zaborczą, mocno religijną i żyjącą według bardzo stanowczych zasad matką, Margaret (Samantha Sloyan), odkąd jej tata zginął w nieszczęśliwym wypadku. Przez zbieg sprzyjających (lub niesprzyjających, zależy jak na to spojrzeć) okoliczności, Margaret musi puścić swoją córkę do publicznej szkoły - po raz pierwszy w życiu, ponieważ do tej pory była trzymana pod kloszem i uczona przez matkę w domu. Na miejscu szybko zapoznaje się z kilkoma dziewczynami, między innymi sympatyczną Sue (Siena Agudong) oraz popularną Chris (Alison Thornton). I być może do późniejszych, tragicznych wydarzeń nigdy by nie doszło, gdyby pech nie chciał, aby to właśnie w szkole, podczas przebierania się na W-F dostała swojego pierwszego okresu - a był to temat zupełnie jej nieznany. To jedno wydarzenie uruchomiło lawinę kolejnych, która ostatecznie zrujnuje życie praktycznie całego miasteczka. 

Jeśli znasz książkę lub któryś z filmów, to wiesz, co będzie dalej. Różnica tkwi jednak w szczegółach - od tego, w jaki sposób dokładnie wyszydzana jest główna bohaterka, przez dużo wyraźniej zaakcentowany motyw przemocy wśród młodzieży szkolnej - zarówno fizycznej, jak i psychicznej - reakcję jej matki i w ogóle cały jej rys psychologiczny, na detalach, takich jak poruszanie tematu szkolnych strzelanin w Stanach Zjednoczonych, kończąc. Osiem, około czterdziestopięciominutowych odcinków oznacza, że mamy czas i miejsce aby odpowiednio wyraziście przedstawić poszczególne postacie i pozwolić historii rozwijać się w spokojniejszym, bardziej naturalnym tempie. Konflikt narasta powoli, oglądamy próby deeskalacji sytuacji, słuchamy rozmów między postaciami, mogąc tym samym zrozumieć lepiej ich intencje i punkt widzenia. Sprawia to, że postacie stają się znacznie bardziej trójwymiarowe, niż tylko proste łatki, w stylu "popularna dziewczyna", "przystojny osiłek", "szara myszka". Nie wiem natomiast, czy podoba mi się sposób, w jaki reżyser postanowił zakończyć serial. Finał to oczywiste nawiązanie do "Mrocznej wieży", którą Flanagan bardzo chciałby wraz z Amazonem zrealizować, ale wydaje mi się, że trochę za mocno odbiega on od sedna całej tej opowieści, wprowadza na ostatnią chwilę ten szeroki świat, nie tłumacząc go w żaden sposób, prosząc jedynie by widz zainteresował się na tyle, by chcieć sprawdzić kolejny jego projekt aby przekonać się, co to za ludzie, czego chcą i tak dalej.

Carrie (2026) - recenzja, opinia o serialu [Amazon]. Świetnie zrealizowane, wyraziste postacie 

Podoba mi się sposób, w jaki Flanagan wkomponował w swój serial epistolarne elementy powieści. Sam początek serialu pokazuje nam obietnicę przyszłości miasteczka Chamberlain (obowiązkowo w stanie Maine) - pożar, krzyki, płacz, wszechobecny chaos. Następnie przed kamerą siadają kolejne postacie i opowiadają swojemu rozmówcy, jak do tego doszło. Jakbyśmy oglądali program dokumentalny. Później, oczywiście, narracja zanika i oglądamy klasycznie zrealizowany dramat telewizyjny - spokojna miejscowość, typowe liceum, pozornie wpisujące się w stereotypy postacie uczniów, stojący nad nimi dyrektor (Matthew Lillard) i wychowawczyni klasy Carrie, panna Desjardin (Amber Midthunder). Przez znaczną część serialu śledzimy rozwój sytuacji szkolnej Carrie i innych osób zainteresowanych i wypada przyznać, że reżyser podchodzi do tematu bardzo poważnie, przyglądając mu się uważnie z wielu różnych stron - praktycznie cały czas słuchamy dyskusji na ten temat, oglądamy pokłosie tego typu działań - to jak dotykają one zarówno ofiarę, jak i sprawcę - punkt widzenia młodzieży i punkt widzenia ich rodziców i wychowawców. Trochę szkoda, że w zasadzie od początku wiemy, kto stoi za profilem Carrie Red na Tik Toku czy innym Instagramie, bo mogła być to dodatkowa atrakcja dla widza - zgadywanie, kto w szkole jest aż tak dwulicowy. Biorąc jednak pod uwagę, jak głęboko reżyser sięga w psychikę winowajcy, myślę, że można mu to wybaczyć. 

Obsada "Carrie" dopasowana została pierwszorzędnie. Howell świetnie łączy niewinność i lęk tytułowej bohaterki z przyjaznym, szczerym nastawieniem do ludzi. Być może mógłbym napisać, że jest najlepszą postacią w całym serialu... Gdyby nie wcielająca się w jej mamę Samantha Sloyan. To, co ona tutaj stworzyła, to jest istny majstersztyk. Tutejsza Margaret nie jest już po prostu ultra religijnym odludkiem. To kobieta przez dekady trzymana w domu przez męża, nieufna, ale przy tym zdecydowana i inteligentna. Jej lęk o córkę jest znacznie bardziej zrozumiały dla widza, niż dla czytelnika, ponieważ widzimy ile przeszła, a także sympatyzujemy wręcz z niektórymi jej decyzjami. Każdy kij ma jednak dwa końce, więc i Margaret posiada znacznie bardziej mroczne oblicze, ale o tym, czym się ono dokładnie objawia nie będę się tu rozpisywał. Warto przekonać się samemu, bo to naprawdę świetnie zrealizowana, pełna postać. Młodzi aktorzy spisują się porządnie. Nie znalazłem nikogo, kto wystawałby jakoś wyraźnie z tłumu, ale też nikt nie ma się czego wstydzić. To dzieciaki, grające dzieciaki - trudno tu coś zepsuć. Bardzo spodobał mi się natomiast Lillard w roli dyrektora Grayle'a - głos rozsądku i rozjemca starający się zapanować nad rozprzestrzeniającym się po całej szkole i miasteczku chaosem. To rzadkość zobaczyć go w pozytywnej roli, a wydaje mi się, że zdecydowanie częściej powinien mieć szansę używać tego swojego szczerego, pełnego serca i dobrych chęci spojrzenia w stylu Kudłatego ze "Scooby-Doo". Tak samo jednak jak każdy inny bohater tego dramatu, tak i on nie jest nieskazitelnie białym rycerzem na koniu. Tutaj każdy musi podejmować trudne decyzje, czasami krzywdzące innych. Jedni jednak robią to przypadkiem, inni z braku innych możliwości, a jeszcze kolejni z premedytacją i dziką przyjemnością.

Mike Flanagan przepisał debiut Kinga na opowieść o problemach młodzieży w wieku szkolnym. Niby książka też porusza ten temat, lecz w wersji serialowej, został on znacznie rozwinięty, kompleksowo omówiony. Jasne, to wciąż również opowieść o dziewczynie, która potrafi przesuwać przedmioty samą myślą i na jej końcu czeka na nas tragedia, ale Flanagan dopilnował, abyśmy możliwie najlepiej poczuli i zrozumieli jej skalę. W paru miejscach posługuje się trochę topornymi narzędziami, aby ten zamysł zrealizować, lecz efekt końcowy jest jak najbardziej satysfakcjonujący. Tylko tę "Mroczną wieżę" mógłby sobie na razie darować, bo rozmywa mu się przez nią lekko finał.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Advertisement

Atuty

  • Świetne Carrie i Margaret;
  • Plejada wyrazistych, wielowarstwowych postaci;
  • Sprawnie przenosi historię napisaną w latach siedemdziesiątych do dzisiejszych czasów, dostosowując poszczególne jej elementy pod dzisiejszego widza;
  • Znajomo wyglądająca, ale wciąż robiąca wrażenie scena balu maturalnego.

Wady

  • Reżyser lekko wyolbrzymia pewne elementy konfliktu dla lepszego zilustrowania swojego celu, ale miejscami zdarza mu się przesadzić;
  • Elementy wprowadzające "Mroczną wieżę" trochę od czapy.

"Carrie" w wersji Mike'a Flanagana to studium życia szkolnego i zjawiska przemocy wśród młodzieży w Stanach Zjednoczonych. Kompleksowe ukazanie problemu, a przy tym obsadzenie fabuły na tyle ciekawymi postaciami, by widz nie czuł się, jakby oglądał program edukacyjny - a mimo to mógł wyciągnąć coś z seansu. Sprytne.

8,5
Piotrek Kamiński Strona autora
Z wykształcenia filolog, z zamiłowania gracz i kinoman pochłaniający popkulturę od przeszło 30 lat. O filmach na PPE pisze od 2019. Zarówno w grach, jak i filmach najbardziej ceni sobie dobrą fabułę. W wolnych chwilach lubi poczytać, pójść na koncert albo rodzinny spacer z psem.
cropper