Rok 1946. Wojna wciąż trwa, ale już niedługo, alianci mają ją wkrótce zakończyć. Doprowadzić do tego mamy właśnie my, wcielając się w rolę kapitana Williama Blazkowicza. Stojąc na czele niewielkiego oddziału, kierujemy się do położonej nad Bałtykiem nazistowskiej fortecy. Naszym celem jest Wilhelm „Trupia Główka” Strasse, stojący na czele zespołu naukowego, dostarczającego zaawansowaną technologicznie broń, żołnierzom Osi, dzięki której cały czas są w stanie nawiązać walkę z napierającymi oddziałami koalicji. Wydaje się, że nic nie może pójść niezgodnie z planem, jednak staje się inaczej, Alianci przegrywają wojnę, a sam Blazkowicz zostaje zraniony odłamkiem w głowę i zapada w stan wegetatywny. W wydarzeniach, podczas trwania II wojny światowej musimy podjąć bardzo trudną moralnie decyzję – przesądzając o życiu i śmierci, wpływamy na ukierunkowanie zdolności bohatera podczas całej nadchodzącej przygody (no spoiler).

Nowa rzeczywistość

Właściwy wątek fabularny rozpoczyna się 14 lat później. Przez cały ten czas, Blazkowicz zostaje pod opieką polskiej rodziny, prowadzącej zakład psychiatryczny. Szczególną troską amerykańskiego kapitana otacza córka właścicieli – Ania Oliwa, do której William zaczyna żywić uczucia, przypominając sobie momenty, w których bezinteresownie się nim opiekowała. Jak można się spodziewać, świat opanowany przez nazistów nie jest kolorowy, a każde ogniwo, które nie jest w ich oczach produktywne, zostaje wyeliminowane. Taki właśnie los spotyka rodzinę Ani, która zostaje wymordowana na naszych oczach, a my budzimy się w samą porę, aby ocalić siebie i kobietę, której zawdzięczamy życie. Przy okazji, Blazkowicz ma parę rzeczy do nadrobienia, między innymi to, że przegrał wojnę.

pierwszy rozdział Wolfenstein New Order

Tutaj porzucimy na jakiś czas nakreślony wątek fabularny, aby przyjrzeć się naszemu protagoniście, w końcu to w jego skórze przyjdzie nam się mierzyć przeciw hordom nazistów. Zaznaczę, że nie mamy tu do czynienia z panem w średnim wieku, użalającego się na ból w krzyżu. Twórcy serwują nam stereotypowego, amerykańskiego komandosa z krwi i kości, który mógłby spokojnie być jednym z bohaterów serii „Niezniszczalni”. Dwa karabiny maszynowe, po jeden na rękę? Nie ma sprawy. Przekręcenie kilka nazistowskich karków w kilkusekundowych odstępach? Nie takie rzeczy w życiu się robiło. Skok z lecącego samolotu na drugi? Easy. Bohater starej szkoły sprawdza się tutaj idealnie, szczególnie że poznajemy go również z drugiej strony. Pomimo swojego wizerunku twardziela, ma bardzo przyziemnie marzenia – spędzić resztę życia z ukochaną osobą, leżąc obok skwierczącego grilla w niedzielne popołudnie z dzieciakami biegającymi wokół basenu. No dobra, może powinienem zaznaczyć – przyziemne, amerykańskie marzenie. Nasz protagonista wypada naprawdę dobrze i zapada w pamięć na długi czas po skończeniu tytułu, szkoda, że nie można powiedzieć tego o postaciach drugoplanowych, które w większości są miałkie i niewyraziste.

Mięsisty gameplay

Sam gameplay w Wolfenstein New Order jest największym atutem gry. Rozgrywka nawiązująca w konwencji do old schoolowych strzelanek wypada zaskakująco świeżo na tle nowoczesnych gier FPS. Powyższe zdanie może wydawać się nieco dziwne. Jak, gra bez żadnych nowych opcji, statystyk, bajerów, gadżetów może być świeża? Odpowiedź na to można ująć w formie kulinarnej – po jedzeniu pysznych, lekkich potraw orientalnej kuchni, których nie znałeś wcześniej, po pewnym czasie masz po prostu ochotę na czyste mięcho, a właśnie tym jest gameplay tej produkcji, soczystym kawałkiem mięsa, w którym dodatki nie są ważne, bo cała uwaga skoncentrowana jest na daniu głównym. Atutem rozgrywki jest jej dynamizm, akcja jest naprawdę żywa, przerywana co rusz cut-scenkami, dzięki którym nie widzimy jedynie co Blazko trzyma w łapach. Co więcej, zabijanie nazistów w grach nigdy się nie nudzi.

misja w szpitalu Wolfenstein New Order

Staromodny FPS daje nam przede wszystkim satysfakcję z przebijania się przez coraz to nowe zastępy wrogów. Sama walka pozwala nam korzystać z kilku ogólnych strategii: walka z wejściem typu „Człowiek demolka”, gdzie wpadamy w przeciwników, niczym dzik w żołędzie. Innym rozwiązaniem jest stopniowe przesuwanie się do przodu, korzystając z odsłon i powoli zdobywając nową przestrzeń, eliminując systematycznie wrogów. Możemy również skorzystać z elementu skradanki w grze, który wykorzystujemy do cichego zakradania się do wrogów, robiąc użytek z noża. Ta ostatnia, cicha eliminacja, gdy tylko nadarza się okazja, pozostaje najlepszą opcją, szczególnie gdy pojawiają się wyższą rangą oficerowie, których najlepiej eliminować jako pierwszych (w innym przypadku wzywają posiłki). Z powyższymi stylami walki powiązane jest drzewko rozwoju umiejętności, w którym odblokowujemy nowe opcje, poprzez spełnianie danych kryteriów, jak na przykład, zabicie nożem x przeciwników, czy eliminacja, przy pomocy konkretnej broni. 

Nie za słodko o tym wszystkim? Nie tak słodko, jak myślisz.

Pierwsze rozdziały gry są naprawdę ciekawe i wciągają bez reszty. Zostajemy rzuceni w wir alternatywnej historii, która wygląda strasznie i stanowi okrutną wizję świata rządzonego przez III Rzeszę. Wypłukani z emocji naziści są osobnikami, których bardzo łatwo znienawidzić, a akcja w szpitalu psychiatrycznym poprzedzająca rozmowę z dziadkami Ani, którzy pomagają nam na początku naszej wyprawy, jest naprawdę dobrze napisana. Problem pojawia się, gdy emocje opadają, a my przemierzamy kolejne lokacje, które nie są tak udane, jak te pierwsze, dosłownie, im dalej, tym gorzej. Scenariusz w grze jest przedstawiony w nieco groteskowej konwencji, niemającej za dużo wspólnego z realizmem, lecz w pewnym momencie wątek fabularny naprawdę zaczyna tracić jakikolwiek sens. Nie będę wchodzić w szczegóły, ale odkrywanie futurystycznych wynalazków, skonstruowaną przez tajną grupę naukowców – pacyfistów, jednego dnia, by następnego, nacierać na nazistowską bazę na księżycu, jestem w stanie zaakceptować, pod warunkiem, że przedstawiono by nam jakikolwiek model przyczynowo-skutkowy i całość została odpowiednio wpleciona w scenariusz gry. Miewałem momenty, w których musiałem zastopować rozgrywkę, żeby w ogóle sobie przypomnieć „Po co ja to właściwie robię?... Aaa... no tak”. Biorąc pod uwagę, to co zostało zaserwowane w fabule, nie zdziwiłbym się, gdyby kazano mi lecieć do Amazonii, po specjalny głaz, którym musiałbym przygrzmocić w głowę nazistowskiego feldmarszałka, by zabrać mu klucz do szafki, w której trzymał drugie śniadanie – posiłek kluczowy do obrony Europy. Większość absurdów niweluje bardzo dobry gameplay i fakt, że grę trzeba traktować z przymrużeniem oka, lecz nie widzę powodu, dla którego twórcy obniżyli poprzeczkę kolejnych epizodów.


Blazkowicz w akcji

Nie tak słodko, jak myślisz – Antagoniści.

Klimat gry napędza wizja świata opanowanego przez siły III Rzeszy. Naziści w grze posiadają wszystkie najgorsze cechy, jakie można sobie wyobrazic. Przemawia przez nich poczucie wyższości, a słynna hitlerowska idea rasy-panów towarzyszy im cały czas, podsycana przez niewymiernie wielkie ego. Wywołuje to sporo emocji u gracza, który w końcu wciela się w żądnego zemsty napakowanego, amerykańskiego komandosa (całe szczęście, Blazko nie stracił przez 14 lat przebywania w stanie wegetatywnym, ani grama mięśni). Jednak to wszystko, co opisuje, nie traktuje w kategorii zalet gry, lecz niespełnionego potencjału. Spotkanych antagonistów można policzyć na palcach jednej ręki, w zasadzie mogę ich wymienić, żeby to pokazać – Wilhelm „Trupia Główka” Strasse występuje jako główny antagonista, oprócz niego spotykamy Irene Engel wraz ze swym przydupasem Bubim i... to wszyscy. Nie jestem w stanie powiedzieć, dlaczego podczas kilkunastogodzinnej przygody nie uświadczyliśmy więcej charakterystycznych postaci z obozu wroga, możecie mi wierzyć na słowo, ci pyszałkowaci wyznawcy nazistowskich wartości potrafią zagotować krew w żyłach gracza, dlatego ich nikła ilość jest niewytłumaczalna. Nie wpływa to jedynie na jakość historii, ale również na bezpośrednią rozgrywkę, a konkretnie walki z bossami. Większość, jak nie wszystkie trudniejsze starcia pod koniec rozdziałów odbywają się z maszynami, których, jakbyśmy się nie starali, nie spersonifikujemy w sposób dorównujący przeciwnikom z krwi i kości.


Audiowizualny Oldschool

Wizualnie czuć z miejsca, że jest to dzieło wyprodukowane przez Bethesdę, ponieważ gra chodzi na silniku id Tech 5, wykorzystywanym przez producenta w innych produkcjach. Na mnie, rozwiązanie to nie robi większego wrażenia w grach najnowszej generacji, w tym wypadku broni się tym, że Wolfenstein ma swoje korzenie w historii i nie potrzebuje warstwy wizualnej, która ma zwalić z nóg. Kwestia tego, czy gdyby Bethesda chciała zrobić dzieło mające mierzyć się z topowymi grami (pod względem graficznym), mogłaby w ogóle takie wypuścić (patrzę na Fallout 4 – inny silnik, ale tak samo, ograniczony potencjał). Jak więc opisać warstwę wizualną? Jeśli jesteście fanami klasycznych strzelanek i macie do nich sentyment, to będziecie bardzo zadowoleni z rozwiązań graficznych zaprezentowanych w Wolfensteinie. Jeśli Wasze doświadczenia oscylują wokół najnowszych produkcji serii Call of Duty, czy Battlefield, możecie przeżyć lekki szok, którego ukierunkowanie emocjonalne będzie indywidualnie.

Ścieżka dźwiękowa jest wykonana poprawnie, chociaż same utwory podczas bardziej istotnych pojedynków nie zapadły mi za bardzo w pamięć. To, co na pewno mogę pochwalić, to bardzo dobry voice-acting, gdzie szczególną rolę odgrywa, niski, trafiony w punkt głos Blazkowicza. Warto też dodać, że głosu Ani Oliwy użyczyła Alicja Bachleda-Curuś.

Widać gołym okiem, że twórcy nie przywiązali tyle uwagi do epizodów gry, następujących po świetnym początku. Wolfenstein New Order urzeka wizją alternatywnej historii oraz mocnym gameplayem, lecz nie widzę powodu, dla którego musiałaby przez to ucierpieć fabuła, lokacje, czy postaci drugoplanowe (szczególnie antagoniści). Potencjał gry jest o niebo większy niż jej realizacja.