Szeptacz (2026) - recenzja filmu [Netflix]. Robert De Niro i Adam Scott zasługiwali na znacznie więcej

Szeptacz (2026) - recenzja filmu [Netflix]. Robert De Niro i Adam Scott zasługiwali na znacznie więcej

Łukasz Musialik | Dzisiaj, 21:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

„Szeptacz” miał wszystko, czego potrzeba do stworzenia porządnego, dusznego thrillera - popularny literacki pierwowzór, złowrogą historię seryjnego mordercy, świetną obsadę z Robertem De Niro, Adamem Scottem i Michelle Monaghan oraz reżysera, który wcześniej udowodnił, że potrafi budować atmosferę prawdziwego dyskomfortu. Problem w tym, że z tych wszystkich elementów Netflix nie zdołał złożyć filmu, który naprawdę zostaje w głowie.

„Szeptacz” chwilami działa, momentami nawet potrafi nieprzyjemnie zaniepokoić, ale ostatecznie okazuje się kolejnym thrillerem, który bardziej przypomina obietnicę dobrego kina niż jego spełnienie.

Dalsza część tekstu pod wideo

Szeptacz (2026) - recenzja i opinia o filmie [Netflix]. Dobry pomysł, który zbyt szybko traci swój pazur

„Szeptacz” Jamesa Ashcrofta jest ekranizacją bestsellerowej powieści Alexa Northa z 2019 roku. Film bierze na warsztat historię, która sama w sobie ma wyjątkowo wdzięczne dla kina fundamenty - dziecięce zaginięcie, dawno rozwiązane zbrodnie, seryjnego mordercę obrosłego miejską legendą i rodzinę, która zostaje wciągnięta w sprawę znacznie bardziej osobistą, niż początkowo mogłoby się wydawać. W centrum znajduje się Tom Kennedy, pisarz i samotny ojciec, który po rodzinnej tragedii próbuje rozpocząć nowe życie wraz z synem. Wkrótce okazuje się jednak, że miejsce, do którego przyjechali, skrywa wyjątkowo ponurą przeszłość. Kiedy znów pojawiają się ślady zbrodni przypominających te sprzed lat, do sprawy wraca emerytowany detektyw Pete Willis, ojciec Toma. To właśnie on przed dekadami zajmował się sprawą tytułowego Szeptacza.

I tutaj „Szeptacz” zaczyna być filmem, którym bardzo chce być, ale którym ostatecznie nie zostaje. Ashcroft wyraźnie celuje w thrillery kryminalne z lat 90. Widać fascynację kinem pokroju „Siedem” czy „Milczenia owiec” - są mroczne wnętrza, deszczowe noce, ponura atmosfera, ślady dawnej zbrodni i przeciwnik, którego obecność działa na bohaterów niczym cień. Reżyser potrafi zresztą stworzyć kilka naprawdę sugestywnych obrazów. Początek filmu ma odpowiednią temperaturę, a gotycka przestrzeń, w której zamieszkują bohaterowie, daje poczucie, że za kolejnymi drzwiami może czekać coś znacznie gorszego niż zwykła tajemnica. Ashcroft ma wyczucie nastroju, co nie powinno dziwić po jego wcześniejszych thrillerach „Coming Home in the Dark” i „The Rule of Jenny Pen”.

Szkoda tylko, że scenariusz Bena Jacoby'ego i Chase'a Palmera zbyt często rozbraja napięcie, które reżyser próbuje zbudować. „Szeptacz” sugeruje znacznie bardziej niepokojącą historię, niż faktycznie pokazuje. Zamiast pozwolić widzowi siedzieć na krawędzi fotela, film regularnie wybiera najbezpieczniejsze rozwiązanie. Nie chodzi nawet o brak brutalności. Znacznie większym problemem jest brak odwagi, by naprawdę wejść w psychikę swoich bohaterów i sprawić, aby ich strach stał się również naszym strachem.

Szeptacz (2026) - recenzja i opinia o filmie [Netflix]. Robert De Niro, Adam Scott i problem niewykorzystanego potencjału

Największą zagadką „Szeptacza” pozostaje jego obsada. Robert De Niro, Adam Scott, Michelle Monaghan, Hamish Linklater i Michael Keaton to nazwiska, które powinny być dla thrillera potężnym paliwem. Tymczasem film często zachowuje się tak, jakby nie do końca wiedział, co zrobić z własnymi aktorami. Scott radzi sobie przyzwoicie jako Tom, szczególnie wtedy, gdy musi pokazać desperację ojca szukającego swojego dziecka. Problem polega na tym, że scenariusz daje mu niewiele ponad zestaw podstawowych cech - ojciec, pisarz, wdowiec, człowiek zmagający się z traumą. Trudno zbudować na tym bohatera, którego los rzeczywiście będzie dla nas ważny. Podobne problemy ma postać grana przez Monaghan - kompetentna i interesująca na papierze policjantka zostaje potraktowana raczej jako element mechanizmu fabuły niż pełnoprawna bohaterka.

Najwięcej kontrowersji wzbudza jednak Robert De Niro. Pete Willis powinien być jednym z fundamentów całej historii - emerytowany policjant, człowiek naznaczony dawną sprawą i ojciec, który musi skonfrontować się z konsekwencjami własnych decyzji. Tymczasem De Niro gra go z taką powściągliwością, że chwilami trudno stwierdzić, czy oglądamy świadomie wykreowaną rezerwę, czy po prostu aktora, któremu zabrakło materiału. Nie jest to kwestia wieku ani braku umiejętności - De Niro wciąż potrafi stworzyć znakomitą kreację, kiedy dostaje odpowiednią rolę. Tutaj jednak jego obecność jest bardziej przypomnieniem o tym, jak dobry mógłby być ten film, niż dowodem jego jakości. Część zagranicznych krytyków zwracała uwagę właśnie na ten rozdźwięk między potencjałem obsady a rezultatem.

Co ciekawe, jedną z najbardziej przyciągających uwagę postaci okazuje się Norman Collins grany przez Hamisha Linklatera. Aktor otrzymuje niewielką, ale znacznie bardziej charakterystyczną rolę i wykorzystuje każdą minutę na ekranie. Jest w nim coś niepokojącego, czego „Szeptaczowi” często brakuje - poczucie, że za spokojnym zachowaniem kryje się coś, czego zdecydowanie nie chcielibyśmy poznać. Podobnie Michael Keaton potrafi nadać swoim scenom odpowiednią dawkę dziwaczności i energii. To właśnie momenty z udziałem tych aktorów pokazują, że materiał miał znacznie większy potencjał.

Szeptacz (2026) - recenzja i opinia o filmie [Netflix]. Thriller, który boi się własnego cienia

Największym problemem „Szeptacza” jest jednak przewidywalność. Sam fakt, że widz jest w stanie wcześniej od bohaterów domyślić się pewnych rozwiązań, nie musi być wadą. Dobry thriller może być przecież fascynujący nawet wtedy, gdy znamy kierunek, w którym zmierza. Tutaj problem polega na czymś innym. Film nie potrafi odpowiednio wykorzystać napięcia wynikającego z oczekiwania. Zamiast prowadzić widza przez kolejne tropy i stopniowo zmieniać jego perspektywę, zbyt często odkłada rozwiązania na później, jakby sam czas miał automatycznie stworzyć tajemnicę. W efekcie część bohaterów zaczyna zachowywać się tak, jakby znajdowali się w zupełnie innym filmie niż widz.

To szczególnie irytujące, ponieważ „Szeptacz” ma kilka elementów, które mogłyby stworzyć naprawdę mocny kryminał. Motyw przekazywanej z pokolenia na pokolenie traumy, relacja ojca z synem, legenda seryjnego mordercy, wpływ nierozwiązanej przeszłości na kolejne pokolenie - wszystko to jest interesujące. Problem w tym, że scenariusz traktuje te tematy bardziej jako dekorację niż fundament opowieści. Film próbuje mówić o rodzinnych ranach, ale nie daje bohaterom wystarczająco dużo czasu, byśmy rzeczywiście poczuli ich ciężar.

Nie oznacza to jednak, że „Szeptacz” jest kompletną porażką. Nie jest. To film wystarczająco sprawnie zrealizowany, żeby przez większą część seansu nie nudzić. Ma kilka dobrze wyreżyserowanych scen, niezłą atmosferę i momenty, w których naprawdę można poczuć niepokój. Dla widzów spragnionych klasycznego kryminału o seryjnym mordercy będzie to całkiem bezpieczna propozycja na wieczór. Problem w tym, że „bezpieczna” to chyba ostatnie słowo, którego powinno się używać przy thrillerze o Szeptaczu porywającym dzieci.

Szeptacz (2026) - recenzja i opinia o filmie [Netflix]. Podsumowanie

„Szeptacz” jest przykładem filmu, którego największym wrogiem nie jest zła realizacja, lecz niewykorzystany potencjał. Netflix dostał do ręki bestseller, solidny scenariusz wyjściowy, interesującego reżysera i obsadę, której pozazdrościłby niejeden kinowy thriller. Powstał natomiast film poprawny, chwilami dobry, ale zdecydowanie zbyt zachowawczy.

Najbardziej szkoda Jamesa Ashcrofta, bo w jego realizacji widać przebłyski znacznie mroczniejszego i ciekawszego filmu. Kiedy pozwala obrazowi oddychać, buduje napięcie ciszą, przestrzenią i sugestią, „Szeptacz” zaczyna działać. Kiedy natomiast scenariusz przyspiesza, tłumaczy bohaterów i prowadzi ich po dobrze znanych ścieżkach gatunku, cała magia znika.

To nie jest thriller, który trzeba omijać szerokim łukiem. Jest po prostu kolejnym przykładem produkcji, przy której po napisach końcowych pojawia się pytanie - co by było, gdyby twórcy odważyli się zrobić z tym materiałem coś więcej? Odpowiedź prawdopodobnie dałaby film znacznie lepszy niż ten, który właśnie trafił na Netflix.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Advertisement

Atuty

  • Atmosfera
  • Obsada
  • Zdjęcia

Wady

  • Przewidywalność
  • Scenariusz
  • Niewykorzystany potencjał

„Szeptacz” nie szepcze więc wystarczająco przekonująco. Czasem próbuje krzyczeć, ale wtedy jest już za późno.

6,0
Łukasz Musialik Strona autora
Dla niego gry to nie tylko piksele na ekranie, ale przede wszystkim emocje i historie, które zostają w głowie na lata. Kolekcjoner wspomnień, który potrafi docenić zarówno wysokobudżetowe hity, jak i niszowe perełki od twórców niezależnych. Wierzy w ideę „gaming łączy, a nie dzieli”, dlatego z równym entuzjazmem podchodzi do każdej platformy, która ma do zaoferowania coś ciekawego. Gdy nie trzyma pada w dłoniach, pewnie planuje, w jaki sposób zmieścić na dysku kolejną wielką produkcję, obiecując sobie, że tym razem na pewno ją ukończy.
cropper