Elden Ring: Tarnished Edition - recenzja gry. Kolos na Nintendo Switchu 2

Elden Ring: Tarnished Edition - recenzja i opinia o grze [Switch2]. Kolos na Nintendo Switchu 2

Wojciech Gruszczyk | Dzisiaj, 16:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Elden Ring to jeden z największych fenomenów ostatnich lat. Gra FromSoftware zachwyciła miliony graczy, zdobyła setki nagród i na dobre zapisała się w historii branży jako jedna z najważniejszych produkcji swojej generacji. Teraz ten gigant trafia na Nintendo Switcha 2 w rozbudowanym wydaniu Tarnished Edition. Czy jednak tak ogromna i wymagająca przygoda rzeczywiście dobrze odnajduje się na hybrydowej konsoli Nintendo? Przeczytajcie naszą recenzję.

W dniu zapowiedzi Elden Ring: Tarnished Edition byłem bardzo mocno zaskoczony. Mówimy przecież o jednej z największych, najbardziej rozbudowanych i najbardziej wymagających produkcji ostatnich lat, która nagle miała trafić na niewielką, hybrydową konsolę Nintendo. Sama perspektywa przemierzania Ziem Pomiędzy na małym ekranie brzmiała niezwykle atrakcyjnie i bardzo szybko rozbudziła oczekiwania.

Dalsza część tekstu pod wideo

Jednak pierwsze zeszłoroczne raporty skutecznie jednak mój ostudziły entuzjazm. Wczesna wersja miała problemy z płynnością, a kolejne materiały sugerowały, że FromSoftware będzie musiało wykonać naprawdę dużo pracy, by doprowadzić port do odpowiedniego poziomu. Ostatecznie twórcy zdecydowali się przełożyć premierę i poświęcić dodatkowy czas właśnie na optymalizację… i to była naprawdę dobra decyzja, bo w przypadku Elden Ring każdy problem z płynnością animacji może bardzo szybko odbić się na jakości całego doświadczenia.

Właśnie dlatego z dużą ciekawością podchodziłem do finalnego wydania. Chciałem zobaczyć nie tylko, jak ten ogromny świat prezentuje się na Nintendo Switchu 2, ale przede wszystkim czy można komfortowo walczyć, eksplorować i mierzyć się z wymagającymi bossami bez ciągłego myślenia o ograniczeniach sprzętu… i już teraz mogę już teraz napisać jedno: zespół odpowiedzialny za optymalizację naprawdę nie zawiódł.

Elden Ring to świat, którym może nas pochłonąć

Nie jest żadną tajemnicą, że Elden Ring to gigant. Gracze przez wiele miesięcy odkrywali kolejne sekrety, analizowali najmniejsze elementy historii i próbowali połączyć wszystkie fragmenty niezwykle rozbudowanej mitologii stworzonej przez FromSoftware. Ja jednak, podchodząc do recenzowanego Elden Ring Tarnished Edition, postanowiłem zrobić coś zupełnie innego – po prostu cieszyć się tym światem. Nie chciałem ponownie obsesyjnie śledzić każdego wątku i zastanawiać się nad znaczeniem kolejnych wydarzeń. Wsiadłem na Torrenta, wybrałem kierunek i ruszyłem przed siebie, szukając miejsc, przeciwników oraz sekretów, które mogłem ominąć podczas wcześniejszych wypraw.

Oczywiście w tle nadal rozgrywa się gigantyczny dramat. Elden Ring zabiera nas do Ziem Pomiędzy, krainy pogrążonej w chaosie po roztrzaskaniu tytułowego Pierścienia Elden. Potomkowie królowej Mariki przejęli jego fragmenty w postaci Wielkich Run, a zdobyta w ten sposób potęga doprowadziła do wyniszczającej wojny pomiędzy półbogami. Konflikt nie wyłonił jednak żadnego zwycięzcy i ostatecznie pozostawił Ziemie Pomiędzy w ruinie. Właśnie do takiej rzeczywistości powracają Zmatowieńcy – niegdyś pozbawieni łaski i wygnani z Ziem Pomiędzy, a teraz ponownie prowadzeni przez jej światło. Nasz bohater wyrusza w podróż, podczas której mierzy się z półbogami, zdobywa należące do nich Wielkie Runy i stopniowo zbliża się do wielkiego celu. Brzmi jak klasyczna historia o bohaterze mającym przywrócić porządek w zniszczonym świecie, ale FromSoftware oczywiście nigdy nie podaje nam wszystkiego na tacy.

Znacznie ważniejsze od samego celu jest tutaj odkrywanie tego, co właściwie wydarzyło się w Ziemiach Pomiędzy. Historia Mariki, Radagona, Godfreya, Ranni, Morgotta, Malenii, Miquelli czy Radahna jest rozrzucona po całej grze – poznajemy ją podczas rozmów, czytając opisy przedmiotów, wykonując zadania i obserwując otoczenie. Czasami pokonujemy wielkiego przeciwnika i dopiero kilka godzin później znajdujemy przedmiot, którego opis pozwala lepiej zrozumieć znaczenie tamtego spotkania. Można próbować składać tę gigantyczną układankę kawałek po kawałku albo, tak jak zrobiłem to tym razem, pozwolić wydarzeniom istnieć gdzieś w tle i po prostu doświadczać świata.

Bo Ziemie Pomiędzy nadal fenomenalnie zachęcają do eksploracji. Na horyzoncie widzimy wielki zamek, więc ruszamy w jego stronę. Po drodze dostrzegamy ruiny, zatrzymujemy się na moment, znajdujemy zejście pod ziemię, pokonujemy przeciwników i zdobywamy nową broń. Wychodzimy na powierzchnię, ale nagle zauważamy coś jeszcze. Pierwotny cel? Po dwóch godzinach kompletnie o nim zapomniałem. Elden Ring nadal jest pełne gigantycznych bestii, półbogów, smoków i stworzeń, przy których nasz Zmatowieniec wygląda jak mała rybka w wielkim akwarium.

I wiecie co? Mam wrażenie, że właśnie w takim podejściu Nintendo Switch 2 sprawdza się kapitalnie. Najnowsze wydanie pozwoliło mi potraktować Elden Ring trochę inaczej niż wcześniej – wyciągamy Switcha 2, wskakujemy do Ziem Pomiędzy, przemierzamy niewielki fragment świata, eliminujemy tuzin przeciwników, zdobywamy trochę run, rozwijamy postać przy Miejscu Łaski i możemy zakończyć sesję z poczuciem, że faktycznie coś osiągnęliśmy. Ta gra nadal idealnie nadaje się do wielogodzinnych sesji, bo powiedzmy sobie szczerze – czasami naprawdę trudno oderwać się od ekranu, gdy właśnie trafiliśmy do nowej lokacji, znaleźliśmy tajemnicze przejście i za każdym kolejnym rogiem czeka coś interesującego, ale edycja na Switcha 2 daje nam opcję, by po prostu grać w ten tytuł dosłownie w każdym miejscu. Trzeba jedynie pamiętać o charakterystycznej konstrukcji produkcji FromSoftware: samo wejście do menu nie zatrzymuje świata. Jeśli więc nagle odłożycie konsolę w niewłaściwym miejscu, po powrocie może się okazać, że jakiś przypadkowy przeciwnik właśnie kończy żywot waszego bohatera.

Elden Ring na Switchu 2 działa zaskakująco dobrze

Nie ukrywam, że właśnie działania Elden Ring: Tarnished Edition obawiałem się najbardziej, bo zeszłoroczne pokazy potwierdziły, że gra może mieć gigantyczne problemy - dziennikarze raportowali spadki znacząco poniżej 30 klatek na sekundę. FromSoftware zdecydowało się więc przesunąć premierę i przeznaczyć dodatkowe miesiące na optymalizację. Teraz, grając w finalne wydanie, mogę napisać jedno: ten czas zdecydowanie nie został zmarnowany.

Recenzowany Elden Ring: Tarnished Edition celuje w 30 klatek na sekundę. Jasne, dla osób przyzwyczajonych do 60 FPS na mocniejszych platformach pierwsze minuty wymagają przestawienia się na niższą płynność, ale bardzo szybko przestałem zwracać na to uwagę. Eksplorowałem wielkie przestrzenie, przemierzałem Ziemie Pomiędzy na Torrencie, walczyłem z grupami przeciwników i przede wszystkim sprawdzałem najbardziej wymagające starcia. Nawet wtedy, gdy ogromny boss zajmował pół ekranu, dookoła pojawiały się kolejne efekty, a ja dosłownie rozpaczliwie próbowałem uniknąć następnego ataku, konsola nie zaczynała się nagle dławić.

I stabilną rozgrywkę otrzymujemy także w starciach z najbardziej wymagającymi bestiami. Elden Ring jest produkcją, w której płynność bezpośrednio wpływa na gameplay – trzeba obserwować ruchy przeciwnika, odpowiednio reagować, wykonywać uniki i wykorzystywać niewielkie okna na kontratak. Tymczasem największe pojedynki, które sprawdziłem, działały naprawdę dobrze. Nie doświadczyłem męczących przycięć, które nagle wybijałyby mnie z rytmu, ani gwałtownych spadków sprawiających, że śmierć mógłbym zrzucić na konsolę. Czy Ginąłem? Oczywiście, bo przecież Elden Ring… ale przynajmniej nie mogłem zwalać winy na Switcha 2.

Największe wrażenie robi jednak skala poprawy względem tego, o czym słyszeliśmy w zeszłym roku. Wczesne hands-ony opisywały handheldową wersję potrafiącą spaść nawet w okolice 13-18 FPS, a późniejsze prezentacje zaczęły już wskazywać na znacznie stabilniejsze 30 FPS. Finalne wydanie, które mam teraz w rękach, potwierdza przede wszystkim jedno: dodatkowe miesiące pracy były tej grze bardzo potrzebne. Trudno uwierzyć, że mówimy o porcie, którego pierwsze prezentacje wywoływały tak duże obawy.

Oczywiście nikt nie powinien oczekiwać, że Nintendo Switch 2 nagle oferuje jakość znaną z PlayStation 5 Pro i Elden Ring działa tutaj w 60 klatkach przy maksymalnych ustawieniach. Są kompromisy i do nich jeszcze przejdę, ale pod względem samego komfortu rozgrywki otrzymałem dokładnie to, czego oczekiwałem od dobrego portu. Jednak biorąc pod uwagę zeszłoroczne raporty, można wręcz mówić o małym, pozytywnym cudzie. Wtedy port wyglądał jak projekt, którego być może nie uda się doprowadzić do odpowiedniego stanu, a teraz mogę zabrać Elden Ring do ręki i bez większych problemów mierzyć się nawet z największymi bestiami. FromSoftware potrzebowało więcej czasu, dostało go i najwyraźniej bardzo dobrze go wykorzystało. Tarnished Edition nie pokazuje, że Switch 2 potrafi dokonywać cudów – pokazuje coś znacznie ważniejszego: jak wiele można wyciągnąć z tej konsoli, gdy deweloperzy naprawdę przyłożą się do optymalizacji.

Elden Ring na małym ekranie potrafi zachwycić

Równie pozytywnie jestem zaskoczony oprawą Elden Ring: Tarnished Edition. Oczywiście deweloperzy musieli pójść na kompromisy i wykorzystują między innymi DLSS, by okiełznać tak gigantyczną produkcję na znacznie słabszym sprzęcie, ale efekt końcowy jest naprawdę znakomity. Obraz pozostaje ostry jak na standardy platformy (1080p), lokacje zachowują ogromną liczbę detali, a podczas normalnej rozgrywki bardzo szybko przestałem zastanawiać się, gdzie właściwie dokonano największych cięć. To oczywiście nie jest poziom najmocniejszych konsol czy wypasionego PC, ale patrząc na Elden Ring działające na urządzeniu trzymanym w dłoniach, trudno nie być pod wrażeniem.

Szczególnie cieszy mnie sposób, w jaki Switch 2 radzi sobie z ogromem Ziem Pomiędzy. Elden Ring bardzo często pokazuje graczowi wielkie przestrzenie, gdzie na horyzoncie znajdują się zamki, gigantyczne konstrukcje, góry czy kolejne fragmenty świata, do których za jakiś czas rzeczywiście możemy dotrzeć. W wielu wymagających portach właśnie tutaj pojawia się problem – dalszy plan jest bardzo ubogi, obiekty agresywnie doczytują się kilka metrów przed bohaterem, a roślinność wyrasta praktycznie pod nogami. W Tarnished Edition nie miałem poczucia, że świat został w ten sposób brutalnie pocięty. Oczywiście pewne różnice względem mocniejszych platform są widoczne, ale podczas normalnej eksploracji nie obserwowałem irytującego, ciągłego doczytywania elementów krajobrazu, które przypominałoby mi co chwilę o ograniczeniach sprzętu.

Bardzo dobrze prezentują się również przeciwnicy. To szczególnie ważne podczas najbardziej dynamicznych starć, gdy ogromny boss znajduje się kilka metrów przed bohaterem, na ekranie pojawiają się kolejne efekty, a kamera próbuje nadążyć za szalejącą bestią. Nie zauważyłem tutaj sytuacji, w których modele nagle zamieniałyby się w rozmyte „mleko”, a rekonstrukcja obrazu przestawałaby sobie radzić z ruchem. DLSS wykonuje naprawdę dobrą robotę – nawet podczas szybkich uników, obracania kamery czy widowiskowych ataków całość zachowuje odpowiednią czytelność, co w grze wymagającej ciągłego obserwowania zachowania przeciwnika ma przecież ogromne znaczenie.

Skala tego osiągnięcia robi jeszcze większe wrażenie, gdy przypomnimy sobie, jak różnorodny jest Elden Ring. Zielone Limgrave, monumentalne zamki, podziemne krainy, bagna, pustkowia Caelid czy znacznie bardziej fantastyczne obszary późniejszej przygody potrafią całkowicie zmienić charakter oprawy w ciągu jednej sesji. Dochodzą do tego zmienne warunki atmosferyczne, efekty cząsteczkowe, gigantyczni przeciwnicy oraz ogromne konstrukcje dominujące nad krajobrazem. Switch 2 musi jednocześnie wyświetlić naprawdę sporo elementów i właśnie dlatego tak pozytywnie zaskakuje mnie fakt, że wizualna tożsamość gry została zachowana.

Najlepiej wszystko prezentuje się oczywiście w trybie przenośnym. Na mniejszym ekranie naturalnie trudniej dostrzec część kompromisów, natomiast wysoka jakość rekonstrukcji obrazu sprawia, że całość wygląda bardzo czysto. Zdarzało mi się zatrzymać Torrenta na wzniesieniu, spojrzeć na znajdujące się w oddali konstrukcje i zwyczajnie pomyśleć: to naprawdę działa na Switchu 2. Nie dlatego, że wcześniej nie widzieliśmy dużych produkcji na sprzęcie Nintendo, ale Elden Ring jest gigantycznym, otwartym światem, który nawet na znacznie mocniejszych urządzeniach potrafił być wymagający.

Co oferuje Elden Ring: Tarnished Edition?

Muszę jeszcze na chwilę zatrzymać się przy zawartości przygotowanej specjalnie dla Elden Ring: Tarnished Edition, ponieważ FromSoftware dorzuciło kilka nowych elementów. Najważniejsze są dwie dodatkowe klasy startowe – Rycerz Idusu oraz Ciężkozbrojny Rycerz. Ja zdecydowałem się na tego drugiego i był to naprawdę przyjemny sposób na rozpoczęcie kolejnej podróży. Bohater od początku jest przygotowany do cięższej walki, zakłada masywną stalową zbroję i korzysta z potężnego zakrzywionego miecza. To taki mały czołg, którego możemy później rozwijać dokładnie według własnego pomysłu. Oczywiście klasy w Elden Ring nigdy nie definiują całej przygody i po kilkunastu godzinach możemy całkowicie zmienić kierunek rozwoju postaci, ale nowy punkt startowy jest bardzo dobrym pretekstem, by jeszcze raz rozpocząć podróż od pierwszego Miejsca Łaski.

Rycerz Idusu oferuje natomiast zupełnie inne podejście – jest lżejszym i bardziej zwinnym wojownikiem, który na starcie biega z lekkim, wielkim mieczem Milady, wcześniej dostępnym w Shadow of the Erdtree. Na dwóch klasach nowości się jednak nie kończą. Tarnished Edition dodaje również cztery nowe zestawy pancerzy oraz trzy warianty wyglądu Torrenta, więc naszego wiernego wierzchowca możemy wreszcie trochę spersonalizować. Oczywiście trudno mówić tutaj o elementach zmieniających Elden Ring nie do poznania. Nie dostajemy nowego regionu czy kolejnego gigantycznego rozszerzenia – to przede wszystkim garść dodatków pozwalających odświeżyć dobrze znaną przygodę.

I chyba właśnie w taki sposób najlepiej traktować te nowości. To żadne game-changery, ale bardzo sympatyczne bonusy, które w moim przypadku dodatkowo zachęciły do stworzenia nowego Zmatowieńca i ponownego rozpoczęcia wyprawy. Jeśli ktoś spędził wcześniej setki godzin w Ziemiach Pomiędzy, nowe klasy czy pancerze mogą być kolejnym pretekstem do eksperymentowania z buildem – o ile ktokolwiek rzeczywiście potrzebuje pretekstu, żeby ponownie uruchomić Elden Ring… a i niektórzy mogą chętnie zagrać w rozbudowane wydanie ze względu na wspomniane Elden Ring Shadow of the Erdtree Edition - dodatek jest oczywiście także dorzucony do zestawu.

Oczywiście nowa zawartość nie pozostanie ekskluzywna dla Nintendo Switcha 2. Posiadacze Elden Ring na pozostałych platformach będą mogli kupić Tarnished Pack za 4,99 euro. Pakiet zaoferuje te same dwie klasy startowe, cztery zestawy pancerzy oraz trzy warianty Torrenta, więc FromSoftware nie zamyka nowych elementów wyłącznie na platformie Nintendo.

Elden Ring: Tarnished Edition na Switchu 2? To działa!

Recenzowany Elden Ring: Tarnished Edition na Nintendo Switchu 2 to dla mnie jeden z najlepszych portów wcześniej wydanych gier, jakie trafiły na nową konsolę Nintendo. Przy tak ogromnej skali świata, liczbie przeciwników, bossów, efektów i lokacji spodziewałem się znacznie większych kompromisów, tymczasem produkcja działa i wygląda naprawdę fantastycznie. FromSoftware nie przygotowało zwykłej ciekawostki dla fanów, ale pełnoprawne wydanie, przy którym bardzo szybko przestaje się myśleć o ograniczeniach sprzętu.

Z ogromną przyjemnością wróciłem do Ziem Pomiędzy i ponownie zacząłem odkrywać sekrety, które wcześniej mogły mi umknąć. Właśnie tutaj hybrydowy charakter Switcha 2 sprawdza się idealnie. Tak wielka produkcja w przenośnym formacie po prostu działa, bo możemy wskoczyć do gry praktycznie w każdym miejscu, zrobić kilka kroków naprzód, pokonać bossa albo po prostu eksplorować kolejną część świata. Sam większość czasu spędziłem z Elden Ring podczas urlopu, grając między innymi nad basenem, i szczerze mówiąc trudno było mi znaleźć lepszy sposób na spokojne odkrywanie kolejnych zakątków tej przygody.

Dla wielu graczy to właśnie Nintendo Switch 2 może okazać się najlepszym miejscem do poznania Elden Ring. Nie dlatego, że dostajemy tutaj najładniejszą albo najbardziej płynną wersję, ale dlatego, że otrzymujemy kompletne doświadczenie w formie, która idealnie pasuje do charakteru tej gry. Jedynym wyraźnym ograniczeniem pozostaje bateria. Elden Ring potrafi naprawdę mocno drenować konsolę i podczas moich sesji maksymalny czas zabawy oscylował w okolicach dwóch godzin. Jeśli więc planujecie dłuższą wyprawę poza domem, powerbank powinien być praktycznie obowiązkowym elementem wyposażenia.

Muszę jednak zaznaczyć, że moje obecne wrażenia dotyczą niemal wyłącznie rozgrywki offline. Przed premierą nie miałem możliwości dokładnego sprawdzenia działania funkcji sieciowych, pojedynków z innymi graczami ani kooperacji - trudno było znaleźć chętnych do gry. Nie mogę więc jeszcze ocenić stabilności połączeń czy tego, jak Switch 2 radzi sobie w bardziej wymagających sytuacjach online, dlatego ten element zostawiam do osobnego sprawdzenia po uruchomieniu pełnych serwerów.

Czy warto zagrać Elden Ring: Tarnished Edition na Nintendo Switchu 2?

Zazwyczaj kończąc recenzję, staram się odpowiedzieć na jedno podstawowe pytanie: czy warto zagrać? W przypadku Elden Ring: Tarnished Edition odpowiedź jest wyjątkowo prosta – trzeba. FromSoftware przeniosło na Nintendo Switcha 2 jedną z największych i najlepszych produkcji ostatnich lat, a przy tym zrobiło to w sposób, który jeszcze po zeszłorocznych doniesieniach wydawał się niezwykle trudny do osiągnięcia. To nie jest port, któremu wybaczamy problemy tylko dlatego, że działa na przenośnym sprzęcie. To po prostu bardzo dobre wydanie Elden Ring.

Największe wrażenie robi oczywiście skala całego przedsięwzięcia. Ogromne Ziemie Pomiędzy, wielcy bossowie, dziesiątki mniejszych lokacji i setki godzin potencjalnej zabawy możemy teraz zabrać ze sobą praktycznie wszędzie. Gra wygląda znakomicie, działa zaskakująco płynnie, a kompromisy wynikające z możliwości Switcha 2 nie przeszkadzały mi w ponownym zatopieniu się w tym świecie. Wręcz przeciwnie – mobilny charakter konsoli sprawił, że kolejny raz zacząłem zaglądać w każdy kąt, szukać sekretów i walczyć z przeciwnikami, których wcześniej mogłem ominąć.

Elden Ring: Tarnished Edition pokazuje również, jak wiele można osiągnąć, gdy deweloperzy dostaną odpowiednio dużo czasu na optymalizację. FromSoftware nie zawiodło i przygotowało port, który powinien zachwycić fanów, a jednocześnie może być kapitalnym sposobem na pierwsze spotkanie ze Zmatowieńcem dla zupełnie nowych odbiorców. Jeśli macie Nintendo Switcha 2 i jeszcze nie poznaliście tego świata – trudno znaleźć dobrą wymówkę. W Elden Ring po prostu trzeba zagrać, a Tarnished Edition daje ku temu kolejną znakomitą okazję.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Advertisement

Ocena - recenzja gry Elden Ring Tarnished Edition

Atuty

  • Bardzo dobra jakość grafiki na małym ekranie,
  • Ogromny świat bez irytującego doczytywania elementów,
  • Świetne wykorzystanie DLSS,
  • Elden Ring w przenośnym wydaniu sprawdza się kapitalnie,
  • Nadal fenomenalna eksploracja i system walki,
  • Świetna optymalizacja względem zeszłorocznych pokazów.

Wady

  • Około 2 godziny działania na baterii,
  • 30 FPS z drobnymi spadkami.

Elden Ring: Tarnished Edition to znakomity port jednej z najlepszych gier ostatnich lat, który pomimo ogromnej skali działa i wygląda na Nintendo Switchu 2 zaskakująco dobrze. FromSoftware świetnie wykorzystało dodatkowy czas na optymalizację, dzięki czemu Ziemie Pomiędzy możemy teraz komfortowo odkrywać praktycznie wszędzie. Jeśli macie Switcha 2, w Elden Ring nie tylko warto zagrać – trzeba.
Graliśmy na: NS2

Wojciech Gruszczyk Strona autora
Miał przyjść do redakcji zrobić kilka turniejów, ale cytując klasyka „został na dłużej”. Szybko wykazał się pracowitością, dzięki której wyrobił sobie pozycję w redakcji i zajmuje się różnymi tematami. Najchętniej przedstawia wiadomości ze świat gier, rozrywki i technologii oraz przygotowuje recenzje gier i sprzętu. Jeśli jest zadanie – Wojtek na pewno się z nim zmierzy. 
cropper