Austriacki wydawca po przejęciu kilku IP od upadłego THQ postanowił raz jeszcze zarobić na grach z poprzedniej generacji konsol. W ostatnich latach mogliśmy sprawdzić m.in. odświeżone wersje dwóch odsłon Darksiders czy Baja: Edge of Control, jednak firma w żadnym wypadku nie skończyła z "remasterowaniem" wspomnień. Od premiery ostatniej odsłony cyklu Red Faction, wypuszczonego w 2011 roku Armageddon, minęło siedem lat, aby więc o serii nie zapomniano, THQ Nordic zleciło deweloperowi Kaiko Games przygotowanie remastera zdecydowanie wyżej ocenionej części, czyli wydanego dwa lata wcześniej Guerrilla. Gra stworzona z myślą o PlayStation 3 i Xboksie 360 w dalszym ciągu wyróżnia się na tle konkurencji, jednak w 2018 roku dużej popularności z pewnością nie zdobędzie.

Było jak było, jest jak jest

Akcja gry przenosi nas w przyszłość, w której ludzie skolonizowali Marsa. Rządy na Czerwonej Planecie żelazną ręką sprawuje organizacja Earth Defense Force. Przeciwko wprowadzonemu reżimowi występuje ruch oporu, tytułowe Red Faction. Awatarem gracza jest Alec Mason, który przyleciał na Marsa do pracy. Mimo iż na początku nie jest w ogóle zainteresowany walką o wyzwolenie planety, to po incydencie, w którym ginie jego brat, bohater postanawia dołączyć do ruchu oporu i stanąć w szranki z EDF. Scenariusz pełni jednak w tym przypadku rolę marginalną, będąc jedynie pretekstem do zabawy w otwartym środowisku. Mimo że w rolę Masona wcielił się Troy Baker, czyli znakomity Joel z The Last of Us czy Joker z Batman: Arkham Origins, jego postaci brakuje charakteru i charyzmy, podobnie zresztą jak praktycznie wszystkim bohaterom drugoplanowym. Głodna fabuła i płaskie postaci to jednak w tym wypadku ostatni powód, dla którego ktokolwiek sięgnie po dzieło Volition. Red Faction: Guerrilla powstało z myślą o graczach ponad wszystko ceniących akcję i niczym nieskrępowaną zabawę. Warto w tym miejscu wspomnieć, iż oryginał z 2009 roku był w skali serii rewolucyjny, zmieniając konwencję z FPS-a na grę akcji z widokiem zza pleców postaci, dodając do tego duży, otwarty świat. Gra w swoim czasie została przyjęta bardzo ciepło zarówno przez recenzentów, jak i graczy, niestety to, co dziewięć lat temu wydawało się świeże i atrakcyjne, w tej chwili trąci już nieco myszką.

Red Faction Guerrilla Re-Mars-tered - recenzja gry. Średnio udany powrót na Marsa

Red Faction Guerrilla Re-Mars-tered - recenzja gry. Średnio udany powrót na Marsa

Recenzowana pozycja jest dziś typową, nowożytną przygodówką akcji w konwencji sandboksa, od samego początku zasypującą gracza ogromną liczbą aktywności fabularnych i fakultatywnych. Rozległa, podzielona na części mapa, której kolejne obszary odkrywamy wykonując misje główne i poboczne? Jest. Systematyczne odbijanie stref, gdzie swoje bazy zainstalowały siły EDF? Wygląda to dokładnie tak samo, jak w produkcjach Ubisoftu. Schematyczne zadania polegające na niszczeniu konkretnych obiektów, przejmowaniu wskazanych obszarów czy odbijaniu więźniów z rąk nieprzyjaciela? Są. Dostępne w grze misje to zresztą ten element, który w największym stopniu zdecydował o tym, iż nie odebrałem Red Faction: Guerrilla pozytywnie. W uproszczeniu, lwia część misji polega na zrównaniu z ziemią specyficznych obiektów i wyeliminowaniu wszystkich adwersarzy w zasięgu wzroku. Niezależnie od tego, jaki jest cel danej misji, w praktyce finał niemal zawsze wygląda tak samo. Oczywiście, każda gra posiada pewien schemat rozgrywki, na którym bazuje od początku do końca, jednak w tym przypadku formuła wyczerpuje się już po ok. dwóch - trzech godzinach zabawy, podczas których można zobaczyć w zasadzie wszystko, co Guerrilla ma do zaoferowania, zupełnie jak w Just Cause 3. Kolejne felery to bardzo słaba sztuczna inteligencja przeciwników, którzy nadrabiają liczebnością, jak również dyskusyjny model jazdy w warunkach marsjańskiej grawitacji. Czy oznacza to, iż lepiej niż poprawnie nie działa tutaj nic? Bynajmniej.

Człowiek demolka

Tym, co odróżniało Red Faction: Guerrilla w dniu premiery od innych gier w otwartym świecie, był rozbudowany system zniszczeń. I trzeba przyznać, że pod tym względem produkcja Volition wrażenie robi nawet dziś. Zrównać z ziemią możemy niemal każdy sztuczny element środowiska (budynki, instalacje, pojazdy, niektóre fragmenty otoczenia) i cieszyć się z samej destrukcji, jednak system ten ma znaczenie przede wszystkim podczas walki. W ten sposób możemy zdobyć przewagę, np. przebijając się na tyły wroga, zrzucając na grupę adwersarzy część stalowej konstrukcji czy zniszczyć konkretny cel wjeżdżąc w niego pojazdem. Gra zachęca do niszczenia wszystkiego, gdyż walutą w grze jest pozyskiwany w ten sposób złom, dzięki któremu uzyskujemy dostęp do nowych broni lub ulepszamy już posiadane. Wachlarz broni palnej jest stosunkowo szeroki, bo znajdziemy tutaj karabiny, strzelby, wyrzutnie rakiet, miny, ładunki wybuchowe, jak również mniej konwencjonalne narzędzia mordu. Brak amunicji nie stanowi przy tym problemu, gdyż Alec zawsze nosi przy sobie wielki młot. Zaproponowany przez dewelopera model zabawy daje sporo satysfakcji przez kilka godzin, jednakże nie jest w stanie skutecznie "wypełnić" kampanii rozpisanej na piętnaście - dwadzieścia godzin, w zależności od zaangażowania w wykonywanie questów pobocznych. Remaster zawiera ponadto trzygodzinne DLC wydane osobno na PS3/X360 oraz moduł zabawy wieloosobowej (zdobywanie/obrona punktu z wykorzystaniem narzędzi, które pozwalają zespołowi broniącemu na naprawianie zniszczeń). Twórcy przygotowali także tryb dla dwóch graczy przy jednej konsoli.

Red Faction: Guerrilla zadebiutowało na konsolach poprzedniej generacji w połowie 2009 roku i nawet wówczas pod kątem oprawy graficznej nie rzucało na kolana - technicznie gra wykonana była "tylko" dobrze, w dodatku spory wpływ na ostateczny odbiór miała stonowana kolorystyka. W związku z powyższym leciwa produkcja musiała otrzymać sporą dawkę cyfrowego koksu, by na PlayStation 4 oraz Xboksie One prezentować się przynajmniej godnie. Efekt końcowy dużego wrażenia nie robi, choć trzeba przyznać, iż Kaiko Games dołożyło sporo od siebie. W wielu miejscach nałożono zupełnie nowe tekstury, dodano świeże elementy graficzne i efekty, zdecydowanie lepiej wyglądają cienie, znacznie poprawiono również oświetlenie. Do minimum zredukowano zjawisko aliasingu, autorzy zadbali też o implementację wyższych rozdzielczości. Na standardowym modelu PS4 tytuł działa w 1080p, z kolei posiadacze Pro oraz XOne X mogą liczyć na większe wartości. Niezależnie od platformy, Re-Mars-tered oferuje sześćdziesiąt klatek animacji na sekundę, z okazjonalnymi spadkami i występującym od czas do czasu screen-tearingiem na PlayStation 4. Szkoda, że nie zrobiono nic z ubogą geometrią obiektów, bardzo przeciętnymi modelami postaci czy archaicznym HUD-em. Jednak, pomimo drobnych niedoróbek, wersja na współczesne konsole wygląda i rusza się wyraźnie lepiej niż niemal dziesięcioletni oryginał. W dodatku, jeśli posiadamy edycję z 2009 roku na Steam, to automatycznie otrzymamy bezpłatną aktualizację do Re-Mars-tered. Dobrze, że chociaż w tej wersji cena nie została "zremasterowana".

Red Faction Guerrilla Re-Mars-tered - recenzja gry. Średnio udany powrót na Marsa