Przylądek strachu (2026) – recenzja serialu [Apple]. Rozciągnięty do granic możliwości klasyk

Przylądek strachu (2026) – recenzja, opinia o serialu [Apple]. Rozciągnięty do granic możliwości klasyk

Piotrek Kamiński | Dzisiaj, 21:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Tom wsadził za kratki Maxa Cady'ego, po czym natychmiast wziął ślub z jego obrończynią. Teraz, lata po ogłoszeniu wyroku, okazuje się, że Max mógł być niewinny. Zostaje więc wypuszczony na wolność, gdzie natychmiast zaczyna zbliżać się do członków rodziny, przez którą spędził półtorej dekady za kratkami.

Klasyczna powieść Johna MacDonalda, pod tytułem „the Executioners”, została do tej pory zekranizowana dwa razy. Najpierw w 1962 roku, kiedy to Gregory Peck stawał naprzeciw niezrównoważonego Roberta Mitchuma, oraz w 1991, w absolutnie klasycznym filmie Martina Scorsese, z Robertem de Niro w roli głównej – bo nie czarujmy się, to Max Cady był głównym bohaterem tamtego filmu. Teraz, całe dekady później, Scorsese wraca jako producent nowej wersji tej klasycznej opowieści. Oryginał składał się z lekko ponad 200 stron. Jak zrobić z niego wartościowe 10 godzin telewizji? Cóż...

Dalsza część tekstu pod wideo

Pod pewnymi względami, ta nowa, telewizyjna wersja „Przylądka strachu” jest bardziej wierna oryginałowi niż najlepiej znany film z de Niro. Tutejsze rozwiązanie jest znacznie bliższe książce niż dobrze znana scena na statku, którą tak przepięknie sparodiowali „Simpsonowie” bliżej początków swojej historii, w „Cape Feare” z 1993. Prócz tego typu detali jest to jednak przede wszystkim po prostu oryginalna produkcja, biorąca tamte postacie i zastanawiająca się, co ciekawego można by z nimi zrobić. Czasami efekt jest całkiem sympatyczny, jasne, lecz częściej mamy do czynienia z najzwyklejszą watą fabularną, sztucznie wypychającą czas antenowy. Jaka jest różnica między tymi dwoma skrajami spektrum? Po mojemu patrząc, problemem jest fabularne nieprzemyślenie tych nowych wątków. Jeśli scenarzystom uda się osadzić je w opowieści tak żeby działały od początku do końca, nie kłócąc się z innymi, posiadanymi przez widza detalami, to niech sobie będą. Rzecz w tym, że jabłkowy „Przylądek strachu” jest często po prostu... głupi.

Przylądek strachu (2026) – recenzja, opinia o serialu [Apple]. Poszerzenie czy rozwodnienie materiału źródłowego?

Prócz głównej nitki fabularnej, czyli Maxa (Javier Bardem), próbującego uprzykrzyć życie swojemu prawnikowi, tutaj rozbitemu na dwie osoby – Toma Bowdena (Patrick Wilson) i jego żonę, Annę (AmyAdams) – fabuła rozpatruje wątki ich dzieci, Natalie (Lily Collias) i Zacha (Joe Anders) oraz bezpośredniej rodziny Maxa (między innymi powracająca z filmu Scorsese Juliette Lewis). Jest to całkiem nie najgorszy sposób na rozwinięcie ustalonej fabuły bez konieczności zmieniania jej całej trajektorii, ale już sposób, w jaki scenarzyści się za to zabrali jest...trudny do zaakceptowania.

Zacznijmy od dwuznaczności postaci Maxa. Showrunner serialu, Nick Antosca, powiedział, że zaplanował fabułę poszczególnych odcinków tak, żeby widz raz zdecydowanie gardził Cadym, a raz mu współczuł i nie mógł się zdecydować, czy powinien z nim sympatyzować, czy nie. Rzecz w tym, że widz praktycznie od pierwszej sceny serialu doskonale wie, że ma do czynienia z absolutnym psychopatą, który potrafi nakłonić innych ludzi, by w jego imieniu popełnili samobójstwo. O jakiej więc dwuznaczności my tu w ogóle rozmawiamy? To bardziej dychotomia, wzajemnie wykluczające się informacje, wprowadzające kompletnie niezasłużony chaos do fabuły. Bo z jednej strony widz czuje, że ma sympatyzować z antagonistą, z drugiej widzi, że nie ma absolutnie żadnego powodu, aby faktycznie to robić. Kompletna paranoja. Bowdenowie wcale nie są pod tym względem lepsi.

Przylądek strachu (2026) – recenzja, opinia o serialu [Apple]. Kto zagra bardziej wykręconą postać?!

Zdaje się, że całe clu tej wersji opowieści polega na tym, że Bowdenowie wcale nie są sympatycznymi ludźmi. Po kolei dowiadujemy się o różnych ich przewinach – od flirtów i zakraplania sobie niewielkich dawek LSD przez głowę rodziny, przez udostępnianie nagich zdjęć swojej dziewczyny przez młodego Zacha, na... mocno spoilerowych rzeczach Anny, których nie będę tu omawiał. Cały mój problem z tymi ich mini wątkami polega na tym, że stawiają ich wszystkich w bardzo niekorzystnym świetle, przez co ciężko z kimkolwiek tu sympatyzować. Ostateczny efekt jest taki, że nie do końca obchodzi mnie, czy wygra Max czy jego prawnicy – wszyscy po kolei są siebie warci.

Trzeba przyznać, że jeśli chodzi o samą grę aktorską, to praktycznie cała obsada prześciga się w tym, kto będzie bardziej intensywny, bardziej dziwny, bardziej zepsuty. Nikogo nie zdziwi zapewne, że absolutnym królem ekranu jest Bardem. Jego Max Cady jest szalenie charyzmatyczny, ale przy tym również niezwykle niebezpieczny. Potrafię zrozumieć dlaczego lecą na niego praktycznie wszystkie kobiety w serialu, a jednocześnie widzę w jego oczach grozę, przed którą wypada czuć respekt. Amy Adams gra tutaj najdziwniejszy południowy akcent, jaki w życiu słyszałem, wszystkie swoje dialogi podając jakby przed chwilą się obudziła – niby nie ma szans, żeby mogło to zadziałać, ale w połączeniu z intensywnością jej postaci, naprawdę można dać się porwać jej grze. Jest dziwnie, ale tak chyba właśnie miało być. Wilson jest takim typowym Wilsonem, kiedy trzeba być skupionym – najłatwiej porównać go z jego postacią z „Obecności”. To właściwie ten sam archetyp. Najdziwniejsze są jednak postacie dzieci. Natalie chodzi wiecznie pijana, więc pewną dozę nieoczywistości można jej odgórnie wybaczyć, ale już Zach przez znakomitą większość serialu sprawia wrażenie kompletnie zniszczonego, wyrwanego z rzeczywistości, chorego dzieciaka, który powinien być głównym motorem napędowym i być może również antagonistą całej produkcji. Tymczasem scenarzyści traktują go jako postać absolutnie drugoplanową, nieistotną w szerszym kontekście, nie zasługującą nawet na prawilne potraktowanie jej wątku. Wielka szkoda, bo mógł być z tego kawał ciekawej historii.

„Przylądek strachu” w wersji Apple to jeden wielki chaos. Jest tu kilka naprawdę przerażających sytuacji i wątków, lecz każdorazowo są one jedynie tłem dla szerszej historii, która ostatecznie zostaje pokpiona, ponieważ ktoś nie zauważył, że próbując rozwinąć materiał źródłowy, stworzył coś kompletnie innego – coś, co mogło być świetne, gdyby nie to, że fabuła ostatecznie musiała skręcić w stronę znanego finału. Szkoda. Tak samo jak szkoda, że najlepszym elementem całego serialu (może poza Bardemem) jest ścieżka dźwiękowa Jeffa Russo i to też głównie dzięki temu, że regularnie korzysta z motywu napisanego lata wcześniej przez Bernarda Herrmanna. Zamiast poświęcać dziesięć godzin życia, lepiej ponownie zapoznać się z wcześniejszymi adaptacjami filmowymi. 

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Advertisement

Atuty

  • Javier Bardem;
  • Dojmująca ścieżka dźwiękowa;
  • Kilka ciekawych paraleli i interesująco poprowadzonych wątków.

Wady

  • Kompletnie idiotyczne zachowanie większości postaci;
  • Naciągana, miejscami bardzo wygodna fabuła;
  • Akcent Amy Adams;
  • Serial regularnie kłóci się sam ze sobą w temacie tego, czym próbuje być.

„Przylądek strachu” bierze znaną fabułę i rozciąga ją do nieprzyzwoitych rozmiarów, gubiąc po drodze sens, logikę, przesłanie i wszystko to, co sprawiło, że film Scorsese do dziś uważany jest za jeden z najważniejszych w całej karierze Roberta de Niro. Wyłącz mózg, a może będziesz bawić się nieźle.

5,5
Piotrek Kamiński Strona autora
Z wykształcenia filolog, z zamiłowania gracz i kinoman pochłaniający popkulturę od przeszło 30 lat. O filmach na PPE pisze od 2019. Zarówno w grach, jak i filmach najbardziej ceni sobie dobrą fabułę. W wolnych chwilach lubi poczytać, pójść na koncert albo rodzinny spacer z psem.
cropper