Dink (2026) - recenzja, opinia o filmie [Apple]. Czy słyszałeś już o naszym panie i zbawcy, pickleballu?
Kolejna komedia sportowa w jednym miesiącu?! Po netflixowym "Jak" (recenzja wkrótce), Apple uderza ze swoim "Dink", pożyczając sobie nawet część tych samych aktorów. Kto jednak zrobił to lepiej? Przekonamy się.
Dustin "the Hammer" Boyd był świetnie zapowiadającym się tenisistą. W wieku kilkunastu lat bywał już gościem telewizyjnym, wygrywał wszystko, co się dało. Jego kariera została jednak zakończona przedwcześnie przez nieszczęśliwy wypadek w trakcie meczu. Teraz spędza dni w klubie tenisowym swojego ojca, uczy młodzież i wciąż twardo wierzy, że gdyby tylko chciał, mógłby być królem świata. Kolejny wypadek sprawia jednak, że zostaje skazany na Pickleball - taki tenis, tyle że mniejszy, wolniejszy, łatwiejszy. Czyli, dla Dustina, najgorsza możliwa rzecz na świecie. Jeśli jednak zamierza wrócić na szczyt, będzie musiał nauczyć się odrobiny pokory i zrozumieć co jest w życiu naprawdę ważne.
Czy jest coś bardziej podstawowego niż sportowa komedia o dużym dziecku? Przecież to są tematy, które niemal dosłownie same się piszą. Sportowe zaplecze oznacza, że można ponabijać się z co dziwniejszych zasad, wrzucić do filmu masę gościnnych występów gwiazd rzeczonego sportu, a i na koniec rzucić w widza satysfakcjonującym zakończeniem, bo jak sport to i jakiś turniej/mecz, wielka dramaturgia i ostateczne zwycięstwo. Z kolei "duże dzieci" mogą zachowywać się niedorzecznie, rzucać czym popadnie, przeklinać i robić sobie wszędzie wrogów - czasami w nawet zabawny sposób - aby ostatecznie dojrzeć i stać się lepszym człowiekiem. Mówię - dosłownie samo się pisze. Nie oznacza to jednak, że film od razu musi być nijaki. Napisz dobre gagi, sympatyczne postacie i masz udany, nawet jeśli mało ambitny film. Pytanie jest więc następujące: czy "Dink" posiada wszystkie te cechy? Sprawdźmy.
Dink (2026) - recenzja, opinia o filmie [Apple]. Nie każdy potrafi dobrze zagrać wieczne dziecko
Cały problem Dustina zaczyna się, kiedy podczas meczu w klubie ojca (Ed Harris) próbuje przeskoczyć przez siatkę do przeciwnika i ponownie uszkadza dobie nadgarstek - nic się nie połamało, ale stan zapalny oznacza, że nie może się na razie przemęczać. Tenis więc odpada, ale aby nie wyjść z wprawy, może grać w Pickleball - sport dla dziadków, którzy chcieliby jeszcze szaleć na korcie, ale już nie mogą. I nie dość, że część tych dziadków jest od niego zwyczajnie lepsza, to jeszcze trafia mu się najgorsza możliwa partnerka - kobieta, którą nie tak dawno temu wywalił z klubu taty, niejaka Candace (Mary Steenburgen). Dalej jest dokładnie tak typowo, jak możesz sobie to wyobrazić - wrogowie stają się przyjaciółmi, Pickleball okazuje się być ważniejszy od tenisa i tak dalej i tak dalej.
Odrobinę zawiodłem się naszym głównym bohaterem. Tak jak zazwyczaj bardzo lubię Jake'a Johnsona, tak tutaj jakoś nie udało mu się niczym błysnąć. Niby przechodzi tę oczywistą przemianę, o której wspominałem, niby piekli się jak małe dziecko, ale brakuje w tym wszystkim duszy. Na szczęście, prócz niego mamy tu jeszcze całą plejadę barwnych postaci, więc sam on całego filmu nie położy. Candace to taka typowa, sympatyczna babka, która musi bardziej uwierzyć w siebie. Na szczęście scenarzysta, Sean Clements, miał na tyle oleju w głowie, aby nie robić z nich pary. Bardzo zabawnie wypada Aaron Chen jako PJ, kolejny pracowni klubu tenisowego, który traktuje Dustina niemal jak boga - prosty, ale bardzo skuteczny gag. Na dwie sceny wpada jak zawsze niezawodny Ben Stiller, dziwny, gościnny występ zalicza Fortune Feimster, którą oglądać możemy również we wspomnianym już "Hawku" - jest kogo oglądać, a miejscami również z czego się pośmiać. Choć raczej gromkich salw śmiechu nie przewiduję.
Dink (2026) - recenzja, opinia o filmie [Apple]. Ojciec roku
Na własny akapit zasługuje natomiast ojciec naszego głównego bohatera, pan Chuck Boyd. Ja rozumiem, że to tylko komedia i postać może być trochę przerysowana dla podbicia efektu, ale rany boskie, jaki to jest doszczętnie podły człowiek. Najgorszy na świecie, bez dwóch zdań. Oto człowiek, który postanowił zrealizować swoje własne marzenie o sławie rękoma swojego syna. Podporządkował całe jego życie treningom, praktycznie odebrał mu dzieciństwo, po czym odtrącił go jak zwierzęta porzucają kulawe i cherlawe młode, kiedy ten miał czelność zawieść jego oczekiwania. I jeszcze mu to regularnie wypomina! Jak dla mnie to on powinien być największym antagonistą tego filmu i na koniec dostać solidną nauczkę, a oni jeszcze dają mu coś na wzór happy endu. To chyba pojedynczy, najsłabiej zrealizowany element całego tego filmu. No, ale zabawnie za to było zobaczyć Harrisa w komicznej blond peruce w retrospekcjach. Zawsze coś!
Od strony technicznej nie ma tu ani czego chwalić, ani do czego się przyczepić. Bardzo typowa praca kamery i kadry Carla Herse'a są absolutnie poprawne, pozwalając wygodnie i bezproblemowo śledzić akcję, sceny sportowe to głównie szybki montaż, pozwalający zamaskować ewentualny brak doświadczenia i ekspertyzy aktorów, a muzyka country w ścieżce dźwiękowej dobrze pasuje do filmu tematycznie, ale nie ma w niej jakichś potężnych bangerów, które zostałyby z widzem na dłużej.
Największym plusem "Dink" jest to, że dowiedziałem się dzięki niemu o takim sporcie jak Pickleball i chętnie bym go teraz spróbował. Poza tym jednak jest to bardzo, ale to bardzo mało ambitna komedia, robiona pod stuletni wzór - miejscami nawet zabawna i ostatecznie nieszkodliwa, ale nic specjalnego. W wolnej chwili można sprawdzić.
Atuty
- Kilka solidnych gagów;
- Prosta, ale urocza fabuła;
- Dobre tempo;
- Sympatyczna relacja Dustina i Candace.
Wady
- Dustin nie jest zbyt ciekawym głównym bohaterem;
- Trochę niesatysfakcjonująco zakończony wątek ojca.
"Dink" to tylko i aż kolejna komedia sportowa. Poprawna, miejscami nawet zabawna, oczywista i przewidywalna do bólu. Ale generalnie niezła.
Przeczytaj również
Komentarze (0)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych