Martwe zło: Ogień (2026) - recenzja, opinia o filmie [UIP]. Give me fuel, give me fire
Will i Alice poznali się na wakacjach, po których szybko wzięli ślub. Ich małżeństwo nie należy do najbardziej udanych, lecz wkrótce i tak nie będzie to już miało znaczenia, ponieważ Will pochodzi z rodziny czynnie walczącej z demonami zapieczętowanymi przez Necronomicon, a te mają do niego sprawę...
Kiedy byłem nastolatkiem, trylogia "Martwego zła" Sama Raimiego (oraz jej prekursor, "Within the Woods") to były jedne z moich ulubionych horrorów. Reżyser miał talent do bardzo efektywnego wykorzystywania mocno ograniczonego budżetu i szybko zrozumiał, że jeśli coś nie może wyglądać odpowiednio realistycznie, to równie dobrze można ten fakt wykorzystać i przedstawić dany element w bardziej komediowym świetle. Pierwszy film jest z założenia czystym horrorem, choć nawet w chwili premiery w 1981 roku wyglądał raczej gumowo. Dlatego już część druga, mimo znacznie wyższego budżetu, posiłkuje się komediowym wyczuciem Bruce'a Campbella. O średniowiecznym fantasy z części trzeciej nawet nie wspominam.
Lecz kiedy Fede Alvarez skleił w 2013 roku swój remake, postanowił raz jeszcze zrobić go w pełni na poważnie. I to był strzał w dychę. Nowa grupa dzieciaków, ale ponownie domek w lesie, opętanie, nieziemsko duszny klimat i gore, które żyje sobie za darmo w mojej głowie po dziś dzień, jak choćby pamiętna scena z udziałem noża i języka jednego z bohaterów. To był kawał dobrego horroru. Wersja Lee Cronina - którą dopiero co nadrobiłem, przyznaję - podobała mi się już trochę mniej, bo tak jak samo gore wciąż robiło wrażenie, tak postacie i fabuła zupełnie mnie do siebie nie przyciągnęły. Pytanie, czy najnowszy film będzie kontynuował trend zniżkowy, czy może okaże się być najlepszą odsłoną całego cyklu? Przekonajmy się.
Martwe zło: Ogień (2026) - recenzja, opinia o filmie [UIP]. Horror, który nie straszy
Trzymając się obecnego trendu, film Sebastiena Vanicka zrobiony jest na poważnie. No, prawie na poważnie, bo jest w nim jedna postać - grana przez Maude Davey babcia Polly - która regularnie nie wie, co jest grane i demony (wiem, że Deadites, ale nie mam pomysłu jakby to sensownie odmienić) zwykle bardziej ją irytują, niż przerażają. W salonie odbywa się rzeź, a babcia wjeżdża sobie powolutku swoją windą schodową na piętro. To jednak jedyny element filmu, który można potraktować jako komediowy. Dalej mamy już tylko krew, żal, dziury w różnych częściach ciała i bardzo obrazowe dialogi demonów.
Największym problemem filmu - a mam z nim dwa duże - jest jego kompletny brak napięcia. To jest czysty gorefest, bez choćby grama faktycznej grozy, budowania klimatu niepewności i zaszczucia. Reżyser od czasu do czasu rzuca w nas jakimś jump scare'em, który jesteśmy w stanie dostrzec z kilometra, lecz prócz tego kolejne sceny przemocy przygotowane są z solidnym wyprzedzeniem, tak że możemy się ich dosłownie spodziewać, jakby to były zwroty akcji, z których odpowiedniego nasadzenia w fabule reżyser będzie później rozliczany. Trochę to absurd, a przy tym nie jedyny. Gdzieś w połowie filmu wciąż żywi bohaterowie filmu siedzą zabarykadowani w domu z jednym demonem, podczas gdy na zewnątrz czai się drugi. Moje pytanie to: dlaczego? Dlaczego ten “zewnętrzny” martwiak zwyczajnie nie wbije się do domu razem z którymś z okien? Ponieważ film ma trwać 110 minut i ani jednej sekundy krócej – oto dlaczego. A że nie ma to sensu? Nieważne. I tak lepsze takie rozciągnięcie, niż finałowa sekwencja wyciągnięta spomiędzy czterech liter, której naprawdę mogłoby tu w ogóle nie być i film byłby dzięki temu tylko lepszy.
Martwe zło: Ogień (2026) - recenzja, opinia o filmie [UIP]. Krew i flaki i... nic więcej
Gdyby za film zabrał się lepszy reżyser, zapewne można by powiedzieć, że jest to metafora toksycznych relacji rodzinnych, w których z wierzchu normalnie wyglądająca rodzina wyniszcza cię stopniowo, za zamkniętymi drzwiami pokazując swoją prawdziwą twarz. Motyw ten jest widoczny i w tej wersji filmu, którą ostatecznie dostaliśmy, ale trzeba się go doszukiwać, bo nie jestem nawet pewien, czy reżyser zamierzał go w swoim dziele umieszczać. Fabuły jako takiej praktycznie tu nie ma. Na początku i na końcu dostajemy odniesienia do poprzedniego filmu, a pomiędzy nimi szybko ustawiamy wszystkich zainteresowanych pod jednym dachem i zaczynamy trwającą dobrych 90 minut rzeź. Postacie nie zmieniają się, cała sytuacja jest jasna od początku do końca – po prostu rozsiądź się, nie myśl o kolosalnej ilości bzdur i umowności scenariusza i baw się dobrze, bo leje się krew.
Z tym, że nawet te sceny gore nie są w większości jakoś przesadnie nowatorskie i, co gorsza, nie ma ich jakoś bardzo dużo. Tematem filmu (niby) jest ogień, więc okazjonalnie zobaczymy skwierczące ciało, czy skórę przywierającą do gorącej powierzchni. Tu ktoś strzeli sobie w głowę, tworząc ogromną ranę wylotową, schwytany w potrzask demon zacznie powoli odcinać sobie nogę niewielkim ostrzem żeby się uwolnić, kto inny upadnie na sztućce wstawione do zmywarki, a jeszcze kto inny będzie dostawał metalowymi drzwiczkami w twarz tak długo, aż niewiele mu z niej zostanie. I trzeba przyznać, że akurat to, co dostajemy, zrealizowane zostało bardzo zręcznie – w większości polegając na praktycznych efektach specjalnych, co nadało scenom fizyczności, której w komputerze by się zwyczajnie nie uzyskało. Prawie cały ogień w filmie jest prawdziwy, zagłówek fotela w buzi i szyi postaci jest (względnie) prawdziwy. Jedynym wyjątkiem jest demon z finałowej sekwencji, który wygląda wręcz komicznie słabo, wyróżniając się na tle reszty efektów. Cały problem polega na tym, że tego typu dobrych sekwencji gore jest zwyczajnie za mało, aby można było oprzeć na nich cały seans. Tego typu filmy powinny przelatywać nie wiadomo kiedy. Ja natomiast zerkałem nerwowo na zegarek co dziesięć minut, załamany, że tak strasznie mi się ten pokaz dłuży. Nie tak to powinno było wyglądać.
„Martwe Zło: Ogień” to przede wszystkim film nudny. Reżyser całą swoją uwagę poświęcił przygotowaniu interesujących wizualnie scen – i to akurat mu się udało, bo i reżysersko i montażowo film wygląda bardzo dobrze – zapominając, że dobrze by było równie mocno postarać się przy pisaniu scenariusza, zadbać o lepsze tempo, ciekawsze postacie, jakkolwiek wciągającą narrację. Jest to również film kompletnie niestraszny, pozbawiony napięcia. Jakby krew i gore były jedynymi elementami, które miały utrzymać nas w kinowym fotelu przez blisko dwie godziny. Okrutnie mnie ten seans wymęczył i na ten moment wydaje mi się, że jest to najsłabsza odsłona cyklu. Zobaczymy, co dalej.
Atuty
- Pięknie zrobione, często pomysłowe zdjęcia;
- Żwawy, rytmiczny montaż;
- Kilka interesujących scen gore.
Wady
- Scenariusz pisany na kolanie;
- Dłużyzny;
- Zero napięcia;
- Postacie bez wyrazu.
Klaatu verata nikto! Czy jakoś tak. I bum, dostajemy blisko dwugodzinną rzeź, podczas której ludzie się bronią, demony atakują i nie dzieje się już nic innego. Przed kompletną porażką ratuje go trochę dobrze zrealizowana warstwa wizualna.
Przeczytaj również
Komentarze (15)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych