Vaiana (2026) - recenzja, opinia o filmie [Disney]. Bo lepiej jest błyszczeć
Młoda córka wodza polinezyjskiego plemienia postanawia jako pierwsza od lat wyruszyć na ocean, by spróbować odnaleźć pół boga Mauiego i z jego pomocą odwrócić klątwę, która powoli zabija jej lud. No wiesz, tak jak w oryginale.
Nie jest żadną tajemnicą, że nie jestem fanem tych rimejków live action Disneya. Oryginały wciąż ogląda się pierwszorzędnie, są łatwo dostępne czy to na płytach czy na Disney+, a dając postaciom nowe twarze i głosy, producenci ryzykują obrzydzenie danego filmu części odbiorców. Najgorsze jest jednak słowo na Z. Zmiany! Ponieważ jakaś mądra głowa stwierdza nagle, że ten ukochany przez miliony ludzi na całym świecie film jest pod jakimś względem ułomny i ona go "poprawi". W taki sposób dostaliśmy absolutnie obrzydliwego "Piotrusia Pana i Wendy", czy chociażby ostatnio "Królewnę Śnieżkę".
Dzisiejsza "Vaiana" jest jednak inna. Bliżej jej do "Aladyna" albo "Króla Lwa" - choć też nie do końca. Co mam na myśli? Ano ten prosty fakt, że to jest, jeśli się nie mylę, kropka w kropkę ten sam film, tyle że z innym "zestawem skinów". Największą różnicę widzowie nie zobaczą, a usłyszą. I to w każdym kraju inną, bo tak jak w wersji live action Maui to nadal Dwayne Johnson I jego "You're Welcome", tak u nas "Drobnostki" nie śpiewa już Igor Kwiatkowski, a Leszek Lichota. I niby nie wychodzi mu to źle, ale jakoś... Nie wiem. Ale dobra, po kolei!
Vaiana (2026) - recenzja, opinia o filmie [Disney]. Mikroskopijne zmiany
Jak już wspomniałem, fabularnie mamy tu do czynienia z dokładnie tą samą historią i głowy nie dam, ale chyba nawet tymi samymi (albo chociaż prawie tymi samymi) dialogami. Z jednej strony cieszę się, że nikt mi tu niczego dodatkowo nie udziwniał, z drugiej zaś po co w ogóle było się za ten projekt w takim razie brać? Dla łatwej kasy - wiadomo. Uważam jednak, że film w dalszym ciągu jest marginalnie za długi i wycięcie z niego kompletnie zbędnej sceny z żądnymi krwi pigmejami tylko by mu pomogło. No ale w oryginale była, to i tu ją zostawili. Na szczęście fabularnie wciąż jest to solidna historia, z masą gagów i sercem, więc czas spędzony w kinowym fotelu jakoś bardzo się nie dłuży.
Zmieniono natomiast kilka wizualnych detali. Większość z nich to nic takiego - ktoś tam ma inaczej wyglądający ciuch, wizualizacje podczas piosenki Mauiego wyglądają trochę inaczej, trochę bardziej... Widowiskowo - ale jedna zmiana zaskoczyła mnie bardzo negatywnie, ponieważ ma związek z największą tajemnicą filmu. Na wszelki wypadek nie będę pisał, o co dokładnie chodzi, ale starczy powiedzieć, że w wersji live action filmu, podczas retrospekcji z Mauim sprzed tysiąca lat, w kluczowym momencie dostajemy wizualny detal, którego w oryginale nie było, a który może zbyt wcześnie naprowadzić na wspomniany zwrot akcji. Może zwróciłem na to uwagę, ponieważ znam już tę fabułę, a nowi widzowie kompletnie nie zwrócą na to uwagi, nie wiem. Tak czy inaczej, uważam, że kompletnie niepotrzebnie ten detal dodano. Po co zmieniać coś, co wciąż działało.
Vaiana (2026) - recenzja, opinia o filmie [Disney]. Nowe głosy, stare piosenki
Nowa obsada, to również nowe aranżacje znanych już piosenek. Młoda aktorka i piosenkarka tworząca pod pseudonimem Irys (nie mogę jeszcze nigdzie znaleźć tej informacji, ale chyba nazywa się Olga Stolarek - jeśli Google mnie nie oszukuje) zaczynała od śpiewania coverów oryginalnych wykonań Weroniki Bochat-Piotrowskiej, czym zasłużyła sobie na uwagę Disney Polska i teraz możemy słuchać jej głosu w wersji live action. Piękna historia, w dodatku sugerująca, że piosenki w jej wykonaniu będą względnie bliskie oryginałowi. I tak "na sucho", bez porównywania obok siebie, myślę, że faktycznie tak właśnie jest. Czułem się jak w domu słuchając jej wersji "Pół kroku stąd" czy "Jestem Vaiana". Tego samego nie mogę powiedzieć o "Drobnostce" w wersji Leszka Lichoty. Może to kwestia własnych preferencji, bo generalnie aktor nie zamordował tej piosenki wokalnie, ale jakoś nie bawiłem się na niej tak dobrze, jak na wersji Kwiatkowskiego. Na szczęście reżyser polskiej wersji językowej ma łeb na karku i nie próbował wymienić Maćka Maleńczuka w roli Tamatoy - wyszłaby tragedia. Jego nowa, lekko zmieniona wersja "Błyszczeć" jest jak najbardziej w porządku, choć (ponownie), wolę tę starą.
Koniec końców, nowa "Vaiana" to po prostu inny sposób na obejrzenie tego samego. Znakomita część filmu to i tak dzieło grafików komputerowych, tyle że tam, gdzie film był stylizowany, tutaj idziemy w realizm. Trzeba przyznać, że wizualnie film trzyma wysoki poziom - woda wygląda bardzo realistycznie i po prostu miło dla oka, kurczak Hei Hei, choć pokryty bardziej prawdziwymi piórami i obdarzony tą taką trochę obrzydliwą, czerwoną skórą, wciąż pozostaje uroczy, że hej (hej). Jedynie doklejane włosy i sztuczna klata Mauiego jako mnie rozpraszały. Fani oryginału mogą spokojnie się wybrać, zrobić sobie porównanie. Jeśli ktoś tej historii jeszcze nie zna, to ta wersja wcale nie jest złym wejściem w temat, natomiast jeśli komuś oryginał się nie podobał, to nowa wersja w żaden sposób tego nie zmieni. Nieźle, jak na Disney live action.
Atuty
- Wciąż ta sama, sympatyczna fabuła;
- Dobre, nowe wykonania klasycznych piosenek;
- Wystarana strona wizualna.
Wady
- Leszek Lichota to jednak nie Igor Kwiatkowski;
- Potencjalny spoiler, którego w oryginale nie było;
- Pigmeje jak byli, tak są kompletnie zbędni.
Jest to z grubsza ten sam film, co dziesięć lat temu, więc i ocena pozostaje ta sama. To po prostu inny sposób na obejrzenie tego samego filmu. Tylko i aż tyle.
Przeczytaj również
Komentarze (0)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych