Zagładnicy (2026) – recenzja serialu [Disney]. Mamy Wodogrzmoty Małe w domu

Zagładnicy (2026) – recenzja, opinia o serialu [Disney]. Mamy Wodogrzmoty Małe w domu

Piotrek Kamiński | Dzisiaj, 21:05

Bobby i Romy są nastolatkami, mieszkającymi w małej, nudnej, nadmorskiej miejscowości Skowytowo. Ich hobby – poszukiwanie i zwalczanie duchów na ich kanale na YouTube. Do tej pory nie mieli zbyt wiele szczęścia w temacie, lecz coś się nagle zmienia – z mgły wychodzą potwory, z wody wypływają... cóż, potwory, a ciotka głównego bohatera zaczyna umawiać się z ewidentnym wampirem. Skąd ten nagły napływ strachów i czy nasi bohaterowie dadzą radę utrzymać je wszystkie w szachu?

Mam bardzo ambiwalentny stosunek do tego serialu. Z jednej strony jest to kolejny serial animowany dla młodszego widza, w którym dzieje się dużo rzeczy typowo horrorowych, z okultyzmem i klasyką kina grozy na czele. Z drugiej zaś... jest to kolejny serial animowany dla młodszego widza i tak dalej i tak dalej. Oglądając pierwszy odcinek NIE DA się nie zauważyć oczywistych inspiracji takimi produkcjami jak „Wodogrzmoty małe”, czy „Brygada detektywów” przed nimi. Rzecz w tym, że (tak na pierwszy rzut oka), oba tamte seriale są zwyczajnie lepsze od tego tutaj, niby w pełni nowego.

Dalsza część tekstu pod wideo

Nie chodzi nawet o to, że wyglądają lepiej – choć przyznać muszę, że akurat „Wodogrzmoty” do dziś łapią mnie za serce swoimi pięknie pokolorowanymi lasami Oregonu – ale z tego prostego względu, że lwia część pomysłów, które oglądamy w tych 22 wyplutych naraz odcinkach jest szalenie wręcz odtwórcza. Dochodzi wręcz do tego, że jedna z postaci, mądry, ogarnięty starzec, który zdaje się najlepiej rozumieć naturę obecnych wydarzeń (którego w pewnym momencie jest więcej niż jedna sztuka), mówi do nas głosem Jarka Boberka w polskiej wersji językowej serialu – i to dokładnie takim samym, jak Wujaszek Stanek. To napisawszy, skłamałbym pisząc, że nie spędziłem z serialem Andresa Fernandeza kilku sympatycznych godzin.

Zagładnicy (2026) – recenzja, opinia o serialu [Disney]. Dobrze rozplanowana fabuła

Fabuły poszczególnych odcinków kręcą się zwykle wokół swoich własnych, jednorazowych przygód, choć bardzo często wprowadzają nowe elementy do szerszej fabuły sezonu – czy to postacie, czy wątki, które rozwinięte zostaną później. Sympatyczne jest to, że elementy te wcale nie muszą być jakoś szalenie istotne dla głównej intrygi. Może po prostu wampirzy chłopak cioci będzie przewijał się w kolejnych odcinkach, bo w końcu są parą. I jest to o tyle fajne zagranie ze strony scenarzystów, że nigdy nie możemy mieć pewności, które postacie i sytuacje staną się później istotne, a które zleją się jedynie ze specyficznym kolorytem Skowytowa. A odpowiedź na to pytanie wcale nie jest taka prosta i oczywista – bliżej końca skręcamy już w takie absurdy, że nie można być pewnym niczego.

Na poziomie poszczególnych postaci, również dostajemy kilka sympatycznych odcinków. Najbardziej – że tak powiem – głównym bohaterem serialu jest Bobby. Poznajemy go w dniu jego urodzin i już od tej pierwszej chwili widzimy, że jest to chłopak targany miliardem wewnętrznych problemów, z których największy nosi plakietkę z napisem „mama”. A właściwie to mógłby nosić, gdyby mama faktycznie była czynną postacią w serialu. Tak, Bobby tęskni za wiecznie nieobecną mamą, która ma na niego kompletnie wywalone, nie zauważając kompletnie, jak bardzo tę lukę w jego sercu stara się wypełnić jego ciotka, Jenny. Dostajemy w związku z tym absolutnie świetnie spuentowany odcinek o demonie, który przybiera postać jego mamy. Nic więcej nie powiem. Z drugiej strony mamy Romy – wiecznie pełną entuzjazmu dziewczynę, która – być może – kryje za tą niekończącą się energią odrobinę własnego cierpienia. Wspólnie z garstką przyjaciół zaczynają walczyć z królową demonów, wiedźmą Mordam i... jeszcze paroma ciekawymi bytami. Bill Cyferka to nie jest, ale wstydu też nie ma.

Zagładnicy (2026) – recenzja, opinia o serialu [Disney]. Wizja artystyczna z lepszymi i gorszymi momentami

Serial wygląda bardzo... nierówno, choć swojsko. Ponownie muszę się tłumaczyć, ponieważ pisząc „nierówno”, nie chodzi mi wcale o to, że animacja została źle przygotowana, że twórcy nie znają się na doborze barw, czy usta Douga od czasu do czasu zamieniają się miejscami z jego oczami. Nic takiego się tu nie dzieje. Ale trudno mi było również nie zauważyć w trakcie oglądania, że projekty większości postaci nie są specjalnie... natchnione. Romy i Bobby wyglądają jak wstępne szkice głównych bohaterów, a nie końcowe projekty, z tymi swoimi paciorkowatymi oczami i odrobinę zbyt podobnymi ciuchami. W ogóle większość postaci, jak i potworów z którymi się one mierzą, jest raczej podstawowa, żeby nie powiedzieć „sztampowa”.

Co innego natomiast, jeśli rozmawiamy o tłach. Tutaj już wszystko gra jak należy i bezapelacyjnie winduje cały serial mocno w górę. Twórcy dobrze wiedzą jak bawić się kolorami, regularnie atakując nasze oczy ostrymi zieleniami, czerwieniami czy jakie tam akurat mroczne światło jest potrzebne. A jak one się pięknie rozlewają po pomieszczeniach, akcentując przy okazji ich cienie. Do tego dodać należy, że poszczególne lokacje – od samego miasteczka, przez latarnię Douga, na jakichś bardziej pejzażowych miejscówkach (albo innym wymiarze) kończąc, są nie tylko elegancko pokolorowane, ale również po prostu intrygująco zaprojektowane. Jasne, z latarnią morską się nie poszaleje, ale już zbite w kupę miasteczko można pokazać w bardzo ciekawy sposób. Autor serialu nie boi się też odniesień do klasycznych produkcji grozy – czy to poprzez dialogi, czy gościnne występy gadżetów, takich jak Nekronomikon, czy może również i luźnych parodii całych wątków i postaci. Może i nie jest jakoś bardzo oryginalnie, ale na pewno nie nudno.

Koniec końców, „Zagładnicy” to taka „porcja uzupełniająca” dla ludzi, którzy wciąż czują niedosyt po zakończeniu „Wodogrzmotów Małych” tę dekadę temu. Nie jest to – na ten moment – lepszy serial, pełno w nim odniesień i zapożyczeń tak do serialu Alexa Hirsha, jak i innych dzieł popkultury, ale postacie są na tyle sympatyczne, a odcinki posiadają na tyle dużo serca, że i tak można spędzić z nimi miłych, plus minus, dziesięć godzin. Polecam.

Advertisement

Atuty

  • Sympatyczni bohaterowie;
  • Dużo serca;
  • Kilka zaskakujących zwrotów akcji;
  • Masa odniesień do klasyki;
  • Solidna polska wersja językowa;
  • Całkiem zabawny.

Wady

  • Ciut zbyt odtwórczy;
  • Nie do końca leżą mi projekty postaci.

„Zagładnicy” nie są powiewem świeżości w temacie seriali animowanych. To bardziej takie znajome, niezdrowe, ale za to przepyszne jedzenie, do którego miło jest od czasu do czasu powrócić – tyle że ugotowane przez innego kucharza. Ja czuję się najedzony.

7,5
Piotrek Kamiński Strona autora
Z wykształcenia filolog, z zamiłowania gracz i kinoman pochłaniający popkulturę od przeszło 30 lat. O filmach na PPE pisze od 2019. Zarówno w grach, jak i filmach najbardziej ceni sobie dobrą fabułę. W wolnych chwilach lubi poczytać, pójść na koncert albo rodzinny spacer z psem.
cropper