W grze wcielamy się w Roberta C. Leanera (kek), profesjonalnego sprzątacza do wynajęcia. Ale nie takiego z Ukrainy, z którego usług korzystają głównie zapracowani, zbyt leniwi by odkurzyć własną podłogę ludzie biznesu. Bob w swoim fachu bardziej przypomina pana Wolfa, postać doskonale znaną wszystkim fanom twórczości Quentina Tarantino. Jeśli jakiś John Travolta strzeli przypadkowo między oczy takiemu na przykład Philowi Lamarrowi i zapaskudzi tym sposobem cały samochód Sama Jacksona, sytuacja może z pozoru wydawać się nieciekawa, ale nie z takimi burdelami Bob Leaner radzi sobie bez większego bólu.

 

 

Mówiąc najprościej, zadaniem gracza jest takie uporządkowanie miejsca zbrodni, aby policja została po naszej wizycie z ręką w nocniku. Porządki robimy na trzy sposoby.

Po pierwsze, zasuwamy po całej okolicy z poręcznym, wspomaganym niewielkim silnikiem mopem i pozbywamy się walającej się tu i ówdzie krwi. Jucha przyciąga naturalnie policję, więc uprzątnięcie wszystkiego tak, aby nie zostać przy tym złapanym nie jest wcale takie proste. Na szczęście Bob sprytnym sprzątaczem jest, toteż możemy zaprzęgnąć do pomocy znajdujące się w pobliżu elementy otoczenia - włączyć radio, które przyciągnie uwagę mundurowych, zasłonić wejście do budynku samochodem, czy inną półką z książkami. A jeśli nawet to nie pomoże i niebiescy jakimś cudem nas wypatrzą, zawsze można wskoczyć do szafki, między liście strategicznie usytuowanej rośliny doniczkowej, albo skorzystać z przenoszącego nas w inny kąt mapy skrótu aby zgubić pościg. Policja lat siedemdziesiątych była na szczęście zbyt leniwa i skorumpowana żeby chciało im się nas szukać.

Po drugie, pozbywamy się dowodów rzeczowych. Tutaj sytuacja jest akurat bardzo prosta, jako, że Bob ma w sobie żyłkę kolekcjonera. Wszystkie zebrane na robocie graty lądują później na półce w jego sypialni. Dobrze, że mama głównego bohatera najwyraźniej nie zagląda do jego sypialni.

I po trzecie, pozbywamy się ciał. Skoro jest krew, to muszą być i ciała, się rozumie. Najprościej jest zwyczajnie zatachać delikwenta do bagażnika i wywieźć, pewnie, ale co to za frajda, kiedy po pobliskim bagnie pływa aligator, rozbity opodal pociąg przewoził przyjemnie skwierczący kwas, a gangster, u którego była rozróba, ma na stanie wielkie akwarium z piraniami?

 

 

I to w sumie tyle jeśli chodzi o mechanikę rozgrywki. Prosto, zwięźle, szybko i całkiem trudno. Osiemnaście z dwudziestu fabularnych poziomów minie ci właśnie na robieniu tych trzech rzeczy. Nie myśl jednak, że uda ci się wypracować idealną ścieżkę metodą prób i błędów. Co to, to nie. Developer postarał się żeby nie było za łatwo i wszystkie interaktywne elementy - ciała, skróty, szafki, wszystko rozstawiane jest za każdym razem losowo. Musisz po prostu... git gud! Dwa pozostałe poziomy wymagają od gracza czego innego, ale nie będę wdawał się w szczegóły żeby nie spoilować nikomu banalnej, ale bądź co bądź sympatycznej fabuły. W grach takich jak Serial Cleaner, nie oszukujmy się, fabuła nie jest tak naprawdę do niczego potrzebna, ale miło, że twórcy postanowili się wysilić i coś tam nam jednak zaprezentować. Główny wątek, jak już wspomniałem, dupy nie urywa, ale za to bardzo przypadła mi do gustu sama postać sprzątacza Boba, gościa który generalnie raczej nie lubi tego co robi, ale, na własne nieszczęście, lubi za to pokera, a hazardziści zazwyczaj nie wiedzą kiedy odejść od stołu, toteż przyjmuje kolejne zlecenia aby jakoś pokryć powstałe na kartach długi. Ale generalnie to dobry z niego chłopak. Sumienny, pracowity, dba o mamę, lubi pograć na konsoli - swój chłop.

 

 

Chęć wplecenia do gry fabuły ma też swoje minusy. Ponieważ twórcy postanowili zrobić z głównego bohatera żywą postać i osadzić ją w prawdziwym świecie, wystawili się na rozbiór logiczny swojego tworu. A za dużo tej logiki to tu nie ma. Policja i od czasu do czasu współpracujący z nią gangsterzy (tak) widzą nas tak jak żołnierze w pierwszym Metal Gear Solid, czyli nie ma problemu żeby stanąć tuż obok ich raczej wąskiego pola widzenia i jesteśmy bezpieczni. Czasami da się stanąć dosłownie w samym środku miejsca zbrodni, a i tak nikt nas nie zauważy. Możemy też skryć się za zakrywającą nas maksymalnie do pasa ladą, czy innym samochodem osobowym. Dziwi też, że komuś chce się płacić za sprzątanie miejsc zbrodni, które policja zdążyła już przeszukać i opisać, ale hej, co tam kto lubi. Logicznych dziwactw można by wymienić jeszcze co najmniej kilka, ale na dobrą sprawę nie ma to większego sensu. Gdyby policja widziała wszystko jak trzeba, biegała za nami aż do skutku, a krew rozsmarowywała się zamiast elegancko znikać, tytuł stałby się niegrywalny. Gracz musi mieć możliwość schowania się bezpiecznie przed pościgiem, a przeciwnicy nie mogą być zbyt inteligentni. Zupełnie zabiłoby to jakąkolwiek frajdę płynącą z obcowania z Bobem. Późniejsze poziomy są dostatecznie trudne i bez tego.

 

 

Prócz podstawowych misji fabularnych, na odblokowanie czeka jeszcze dziesięć wzorowanych na klasyce kina misji dodatkowych i dziesięć dodatkowych strojów dla Boba. Po jednej znajdźce na każdy poziom. Nie rozumiem tylko dlaczego developer nie pokusił się o wprowadzenie systemu pozwalającego śledzić w których misjach znaleźliśmy już ukryty przedmiot, a w których nie. Kilka z nich udało mi się znaleźć przypadkiem w trakcie pierwszego przechodzenia gry, ale, naturalnie, nie zapamiętałem gdzie, więc chcąc zdobyć wszystkie trofea, musiałem raz jeszcze przebić się centymetr po centymetrze przez wszystkie mapy, aby znaleźć resztę. I nigdy nie miałem pewności, czy nie tracę czasu, bo może szukam czegoś, czego tam nie ma. Niepraktyczne to trochę.

Same stroje nie zmieniają niczego poza wyglądem sterowanej przez gracza postaci, ale za to dodatkowe mapy to już sama frajda. Posprzątamy po Morderczym Króliku z Monty Python i Święty Graal, czy po Ósmym pasażerze Nostromo. Posprzątamy korytarze akademii tańca z klasycznych, włoskich Odgłosów, które w tym roku doczekają się nowej wersji; zajmiemy się nawet uprzątnięciem zwłok Greeda z kantyny w Mos Eisley. Każdy poziom ma zupełnie inny niż główny wątek, pasujący do filmu motyw. Zadbano nawet o takie szczegóły jak biała krew androida na pokładzie Nostromo.

A jeśli wciąż ci mało, to każdy poziom można ukończyć ponownie w jednym z kilku trybów wyzwań (podzielonych na rozgrywane w ciągu dnia i w nocy). Dodatkowe zadania zaczynają się od prostych (wyczyścić mapę jak najszybciej), przez ciut utrudniające zabawę (brak skrytek), mocno wkurzające (game over jeśli ktoś cię zauważy) aż po zabawne (sprzątanie na akord, po pijaku, itp). Przyznam, że po ukończeniu wszystkich poziomów jakieś trzy razy w drodze do platyny, nie specjalnie chciało mi się już bawić trybem wyzwań.

 

 

Serial Cleaner to bardzo sympatyczna, prosta do złapania, trudna do wymasterowania, szybka gierka doskonale sprawdzająca się jako umilacz czasu na klopie, czy w komunikacji miejskiej. Sam grałem na ps4, ale myślę, że wersja na Switcha może być pod tym względem strzałem w dziesiątkę. Styl graficzny jest bardzo prosty, a przy tym satysfakcjonująco czytelny, a za fantastyczną ścieżkę dźwiękową chłopaki powinni dostać jakąś nagrodę. Jeśli lubisz wymagające gierki w starym stylu, to Robert C. Leaner już czeka na telefon od ciebie.