Niestworzeni do pracy (2026) – recenzja serialu [Disney]. Mindy Kaling kontratakuje?

Niestworzeni do pracy (2026) – recenzja, opinia o serialu [Disney]. Mindy Kaling kontratakuje?

Piotrek Kamiński | Dzisiaj, 21:21

Powiedz czy to brzmi znajomo: Dwie przyjaciółki mieszkają na tym samym piętrze co trzech przyjaciół. On kocha ją, ona kogo innego, trójkąt miłosny goni czworokąt, a wszystko to na tle nowojorskiego, młodzieżowego życia w apartamentach, na które zdecydowanie nie powinno być ich stać (z jednym wyjątkiem). A, i jego z nich jest aspirującym aktorem. I są... Przyjaciółmi. Rozumiesz.

Nigdy nie byłem fanem postaci Kelly Kapoor w amerykańskim „The Office”. Drażniło mnie jej podejście do związków, do pracy, ogólny styl bycia i generalnie wszystko, co się dało. Później dowiedziałem się, że była ona jednym z producentów i scenarzystów serialu, odpowiedzialnym w znacznej mierze za swoje kwestie i nagle wszystko stało się jasne. Ona po prostu jest tego typu osobą. Utytułowaną, śmieszną w sposób, jaki tylko ludzie wywodzący się z zamożnych rodzin potrafią być. Na szczęście, „The Office” to była tona innych postaci, a ona była jedynie jedną z nich, wygodnie trzymaną przez większość serialu w tle wydarzeń.

Dalsza część tekstu pod wideo

Później jednak, jakaś mądra głowa stwierdziła, że to będzie świetny pomysł, aby powierzyć jej markę „Scooby-Doo”, bo przecież kogo obchodzi taka stara kreskówka. Jej zadaniem było zrobienie bardziej dojrzałej, faktycznie krwawej wersji serialu. Dała nam natomiast do granic możliwości nacechowaną jej politycznymi poglądami, uwłaczającą, cóż... właściwie to wszystkim, opowiastkę o tym, jak Brygada Detektywów rozpoczęła swoją działalność. Z tym, że wcale nie, bo to nigdy nie był serial o Scoobym i ferajnie. Ani nie skończyliśmy nigdzie blisko tego, gdzie powinniśmy być, aby można było mówić, że mamy do czynienia z prequelem całej marki, ani postacie nie przypominały wcale siebie samych. Velma to była tak naprawdę po prostu Mindy, otoczona ludźmi głupszymi od niej lub ślepo ją uwielbiającymi. Subtelne jak pięść między oczy. I kiedy człowiek myślał, że już wystarczy, że pora odejść w zapomnienie, ona weszła w komitywę z paroma innymi scenarzystami i stworzyła „Życie seksualne studentek” oraz „Rozgrywającą”. Nie powinno więc nikogo dziwić, że Hollywood dało jej kolejną szansę na coś swojego. Oto „Niestworzeni do pracy”.

Niestworzeni do pracy (2026) – recenzja, opinia o serialu [Disney]. Nawet Mindy nie zepsuje Przyjaciół

Jak już, bardzo subtelnie zaznaczyłem we wstępie, dzisiejszy serial to taka kalka „Przyjaciół”, przepuszczona przez filtr dzisiejszych czasów – choć nie jakoś bardzo wyraziście i namolnie – i podlana charakterystycznymi dla Mindy dialogami. Przyznaję bez bicia, byłem w pełni gotowy na nienawidzenie tego serialu. Ot, kolejna historia przepełniona frazami takimi jak „patriarchat”, „dziewczyny muszą wszystko ogarniać same”, „dlaczego mężczyźni są tacy głupi” i tak dalej. I trochę tu tego jest, nie będę kłamał. W trakcie oglądania pilota, zastanawiałem się czy w ogóle oglądać kolejny odcinek, ale ponieważ Disney wypuścił ich u nas już pięć, to nieuczciwym byłoby nie dać im szansy. Oglądałem więc dalej i choć nadal wciąż regularnie męczy mnie wizja świata oczami pani Kaling, to jednak postacie ewoluują niezależnie od niej i trudno jest w pewnym momencie nie zacząć ich lubić, choć odrobinę im nie kibicować.

Głównym motorem napędowym fabuły jest romans, z problemami zawodowymi na bliskim, drugim miejscu. Nasi bohaterowie to chodzące stereotypy. AJ (Ella Hunt) jest ambitną, lekko introwertyczną dziewczyną, która wszystkim się przejmuje, o wszystko się martwi i... staje się wrogiem numer jeden swojego szefa (Jay Ellis) jeszcze zanim zdążyła przekonać się, że to jej szef. Nic to jednak, bo jest on również zabójczo przystojny, więc wiadomo, że początkowa sprzeczka stanie się tylko zabawnym pierwszym krokiem ich dalszej znajomości. Na pewno nie spodoba się to jednak Davisowi (Will Angus), jej sąsiadowi, desperacko pragnącemu znaleźć sobie kogoś, z kim mógłby się zestarzeć, z kim mógłby chodzić za rękę i adoptować psa – i nieważne, czy będzie musiał zaliczyć najpierw połowę kobiet w Nowym Jorku, by to osiągnąć. Coś jak Ted Mosby z „Jak poznałem waszą matkę”, tyle że bez jego uroku i widocznej gołym okiem duszy romantyka. Davis jest bardziej jak ten taki zabawny kumpel, który zawsze dużo gada, wszyscy go lubią, ale mało kto faktycznie się z nim przyjaźni. Najwyraźniej wyjątkami od reguły są Josh i Kel (odpowiednio, Jack Martin oraz Nicholas Duvernay). Ten pierwszy jest, wydawać by się mogło, typowym nepo dzieciakiem, którego faktycznie lubi tylko wąskie grono przyjaciół, podczas gdy reszta patrzy na niego (z ukrycia) z pogardą, bo wszystko w życiu ma podane, jak na tacy. Ciekawe jest natomiast, że na przestrzeni pierwszego sezonu cały czas próbuje on aktywnie przeciwdziałać takiemu postrzeganiu siebie. Ten drugi natomiast miał być lekarzem, ale sam woli być aktorem. Po rzuceniu studiów przyjmuje więc pracę w prywatnym liceum dla dziewcząt (typowe!), gdzie powoli zaczyna odnajdywać się jako znawca wyższej kultury. Na co dzień od książek woli jednak swoją sąsiadkę, Abby (Avantika), pracującą w jakimś domu mody czy innej agencji ubierającej sławnych ludzi. Nie mam pojęcia. W każdym razie on leci na nią, a ona na jednego ze swoich klientów. Bo z czegoś trzeba sezon ulepić.

Niestworzeni do pracy (2026) – recenzja, opinia o serialu [Disney]. Da się tę młodzież polubić

Same postacie da się lubić. AJ jest całkiem urocza w swojej bezpośredniości; Davis cały czas rzuca frazesami, takimi jak „miłość zawsze zwycięży” i jest przy tym skrajnie hiperaktywny – choć późniejsze odcinki skutecznie zmieniły moje postrzeganie jego jako postaci. Ale to dobrze! W końcu postacie muszą ewoluować, zmieniać się i zaskakiwać, jeśli serial ma nas zainteresować. Powiedziałbym jednak, że osłabia to jego pozycję po romantycznej stronie serialu, a chyba nie o to chodziło. Josh, choć w pierwszych minutach może wydawać się być mało ciekawym człowiekiem, bardzo szybko dociera do dna, od którego postanawia się odbić, po drodze stając się jedną z najbardziej sympatycznych postaci w całym serialu. Kel natomiast... nie wiem, co mam o nim myśleć. Niby inteligentny facet. Niby musi się męczyć z rodzicami, którzy wybrali już dla niego przyszłość. Niby sympatyczny i leci na inną, główną bohaterkę. W teorii ma on wszystko, aby stać się jedną z najciekawszych postaci. W praniu natomiast wypada szalenie wręcz blado. Może to kwestia aktora, który nie potrafi dźwignąć materiału? Trudno powiedzieć. Abby pozycjonowana jest na tę rozważną, piękną, najbardziej ogarniętą – kolejny self-insert Mindy Kaling, zapewne, biorąc pod uwagę, że obie są... hinduskiej proweniencji. Myślę, że mój problem z nią może wynikać po części z faktu, że nie uważam, aby wcielająca się w nią aktorka była aż taka znowu zjawiskowa, żeby ludzie aż skakali wokół niej. Poza tym jednak, jest to względnie sympatyczna dziewczyna, o dobrym sercu, przyjacielska i pomocna, więc zdecydowanie można ją polubić. Całą główną obsadę bezsprzecznie łączy mocna chemia, dzięki czemu nawet w tych bardziej „kalingowych” momentach trudno jest choć trochę z nimi nie sympatyzować. Choć wszyscy po kolei są chodzącymi stereotypami, to dzięki aktorom dostają cząstkę duszy, która kiedyś, być może, pozwoli im stać się prawdziwymi ludźmi. Przekonamy się.

Kolejne odcinki skupiają się na różnych problemach zawodowych naszych bohaterów. Trzeba pozyskać klienta, trzeba dogodzić klientowi, przekonać opinię publiczną, że szef wcale nie umarł i tego typu historie. Pomysły scenarzystów są różne i przeróżne, a część z nich nawet oryginalna – tego z dementowaniem plotek w internecie chyba jeszcze nie słyszałem – choć, nie czarujmy się, ich znaczna część to zgrane klisze, ani nie definiujące w żaden sposób bohaterów, ani nie będące charakterystycznymi dla epoki, w której rozgrywa się serial – choć może to i lepiej? Nie ma tu tematów (przynajmniej na razie) tożsamości płciowej, orientacji seksualnej, tinderów, grinderów i innych rzeczy, o których, jako stary dziadyga, na szczęście nie mam pojęcia. To w większości bardzo ogólne opowiastki, które powinny podejść widzom w każdym wieku, a których głównym zadaniem i tak jest umożliwienie rozwoju kolejnych romansów.

Czy „Niestworzeni do pracy” są dobrym serialem? Tego jeszcze nie wiem. Na pewno mocno czuć w nim rękę Mindy, a cała struktura serialu jest oryginalna jak pizza z szynką, ale solidna, młoda obsada sprawia, że ogląda się go całkiem przyjemnie. Grunt to przemęczyć się przez pierwszy odcinek. Jestem raczej pozytywnie zaskoczony i czekam na kolejne odcinki!

Advertisement
Piotrek Kamiński Strona autora
Z wykształcenia filolog, z zamiłowania gracz i kinoman pochłaniający popkulturę od przeszło 30 lat. O filmach na PPE pisze od 2019. Zarówno w grach, jak i filmach najbardziej ceni sobie dobrą fabułę. W wolnych chwilach lubi poczytać, pójść na koncert albo rodzinny spacer z psem.
cropper