Straszny Film (2026) - recenzja filmu. Nie tak to miało wyglądać, zmarnowany potencjał
Po ponad dwudziestu latach od premiery pierwszej odsłony, która zdefiniowała na nowo gatunek kinowej parodii, na ekrany trafia szósta część "Strasznego filmu". Za projekt ponownie odpowiadają bracia Wayans, co z perspektywy czasu stanowi obiecujący powrót do korzeni. Szczególnie dla fanów serii. Niestety, po drodze nie wszystko wyszło tak, jak powinno.
To ewidentna próba ożywienia marki po znacznie słabiej ocenianych kontynuacjach, z których rodzina Wayansów została niegdyś usunięta przez studio. Oczekiwania wobec tego powrotu były naturalnie wysokie, zwłaszcza że współczesne kino grozy dostarczyło przez ostatnią dekadę mnóstwa wdzięcznego materiału do obśmiania.
Za reżyserię odpowiada tym razem Michael Tiddes, współpracujący wcześniej z Wayansami przy innych projektach komediowych. Rezultat jego starań jest niestety mocno rozczarowujący i dobitnie udowadnia, że przeniesienie specyficznego humoru sprzed ćwierć wieku w dzisiejsze realia wymaga znacznie lepszego warsztatu i rzetelnego pomysłu. Tiddes nie potrafi odtworzyć anarchicznego chaosu pierwszych dwóch części, serwując poprawny, ale reżysersko wyzbyty energii materiał. Zamiast ostrej satyry otrzymujemy leniwe odhaczanie kolejnych scen, w których brakuje dynamiki i wyczucia odpowiedniego komediowego timingu.
O czym jest Straszny Film? To trochę parodia Krzyku z 2022 roku
Fabuła nowej odsłony opiera się w głównej mierze na strukturze ostatnich części cyklu opowiadającego o mordercy w masce Ghostface'a. Celem zabójcy staje się tym razem córka Cindy Campbell, co zmusza dawną ekipę do powrotu w rodzinne strony. Do swoich ról wracają weterani serii, w tym Anna Faris, Regina Hall oraz Marlon i Shawn Wayansowie. Konfrontacja dawnych bohaterów z nowym pokoleniem mogłaby stanowić interesujący punkt wyjścia do inteligentnej analizy zjawiska współczesnych kontynuacji, w których powracające gwiazdy oddają pałeczkę młodszym aktorom. Twórcy mają ewidentną świadomość tego trendu, ale nie potrafią przekuć go w satysfakcjonującą treść.
Ten potencjalnie nośny motyw został bowiem potraktowany niezwykle powierzchownie. Młoda obsada wypada na tle starszych aktorów niesamowicie blado, a postacie nowej generacji są zaledwie prostym narzędziem do wyśmiewania współczesnych postaw społecznych. Wojująca aktywistka, nadmierne dyskusje o zaimkach czy technologiczne uzależnienie to tematy podane z subtelnością kowadła. W efekcie całość nierzadko przypomina mało wyszukane narzekania starszego pokolenia na zmieniającą się rzeczywistość. Zamiast błyskotliwej diagnozy różnic międzypokoleniowych film osuwa się we frustrację, która bawi jedynie samych twórców.
Zapożyczeń całe mnóstwo, ale jaki to ma sens?
Esencją każdej skutecznej parodii jest trafne punktowanie absurdów kina i popkultury. Szósta część bierze na warsztat produkcje grozy z ostatnich lat, takie jak "Substancja", "Kod zła", "M3GAN" czy serial "Wednesday", a także kino akcji w stylu "Johna Wicka". Problem polega na tym, że metoda autorów sprowadza się najczęściej do odtworzenia znanej sceny jeden do jednego i dodania do niej elementu maksymalnie wulgarnego. Kopiowanie ujęć z innych dzieł nie jest parodią samą w sobie, jeśli nie towarzyszy temu żadna inteligentna puenta czy dekonstrukcja oryginału.
Zastosowany tu rodzaj dowcipu opiera się w przeważającej mierze na fizjologii i wyjątkowo prostych skojarzeniach, co po kilkudziesięciu minutach seansu staje się bardzo monotonne. Próba całkowitego odrzucenia politycznej poprawności, na którą reżyser i scenarzyści mocno liczyli, sprowadza się ostatecznie do serii powtarzalnych, nieprzemyślanych żartów z mniejszości i działaczy społecznych. Ile razy można śmiać się z tego, że Shorty jest odurzony, a ekranowe napięcie rozładowuje się żartem o fekaliach? Taki zabieg w ogólnym rozrachunku sprawia wrażenie chaosu, braku inwencji i desperackiej próby szokowania widza, który dawno uodpornił się na podobne chwyty.
Występy aktorskie prezentują nierówny poziom i obnażają pewne zmęczenie materiału. Najlepiej na ekranie radzą sobie bracia Wayans, którzy wyraźnie czerpią satysfakcję z powrotu do dawnych ról, czują się w tej konwencji znakomicie i swobodnie bawią się własną legendą. Pozostali członkowie obsady, na czele z Anną Faris i Reginą Hall, wydają się odgrywać swoje partie z wyczuwalnym znużeniem. Ich charakterystyczne maniery z początków serii wypadają tym razem zauważalnie nieporadnie, jakby aktorki same nie do końca wierzyły w wypowiadane kwestie i mechanicznie odczytywały scenariusz.
Czy warto zobaczyć Straszny Film? Niestety nie mogę go polecić
Szósta część to w ostatecznym rozrachunku dzieło mocno wtórne, wpadające z głośnym hukiem w pułapkę tworzenia kontynuacji dla samego zysku. Zjawiska, które produkcja w teorii próbuje obśmiać. To bolesny metakomentarz wytykający palcami niepotrzebne sequele z brakiem świeżych pomysłów, będący w istocie dokładnie tym samym tworem. Całość bazuje niemal wyłącznie na nostalgii oraz tanim szoku, nie oferując widzowi jakiejkolwiek rozrywki. Bo to, że Straszny Film nigdy nie był zbyt ambitny, to jest jasne. Ale tutaj dostajemy słabe parodie różnych filmów, tanie i mało wyszukane żarty, brak szerszej koncepcji na scenariusz, a przy tym bardzo nierówną grę aktorską. Nie ma sensu iść na to do kina, a jeśli wyjątkowo lubicie formułę takich filmów lub w ogóle całą serię, polecam poczekać na atrakcyjną ofertę w jednym z VOD.
Atuty
- Powrót braci Wayans, którzy jako jedyni wyczuwają dawną konwencję i ewidentnie dobrze bawią się swoimi postaciami
- Pojedyncze, sporadyczne żarty, którym udaje się w sposób celny i zabawny obśmiać wybrane produkcje z ostatnich lat
- Odwaga w podejmowaniu prób odrzucenia współczesnej poprawności, nawet jeśli ostateczne wykonanie pozostawia wiele do życzenia
Wady
- Wyjątkowo leniwe podejście do formy parodii, opierające się najczęściej na wiernym kopiowaniu scen bez jakiejkolwiek puenty
- Przytłaczająca ilość wulgarnego i fizjologicznego humoru, który bardzo szybko staje się monotonny i wysoce nużący
- Zupełnie nieprzekonująca młoda obsada, stanowiąca jedynie pretekst do mało wyszukanych drwin ze współczesnych postaw społecznych
- Wyczuwalne zmęczenie materiału wśród części dawnej ekipy, która odgrywa swoje role z wyraźnym znużeniem i warsztatową nieporadnością
- Rażąca hipokryzja całego projektu, który wyśmiewa zjawisko tworzenia niepotrzebnych kontynuacji dla zysku, będąc w rzeczywistości dokładnie takim samym produktem
Szósta odsłona kultowej niegdyś parodii to ostatecznie bardzo wyboisty powrót do przeszłości, który dławi się własnymi ambicjami i ewidentnym brakiem spójnej wizji. Twórcy wpadają dokładnie w tę samą pułapkę, którą starają się bezlitośnie wyśmiać na ekranie, serwując widzom wymuszoną kontynuację opartą w dużej mierze na braku konkretnego pomysłu na ten film. Zamiast fajnej satyry punktującej absurdy współczesnego kina grozy oraz otaczającej nas rzeczywistości, otrzymujemy zbiór odtwórczych skeczy, w których klozetowy dowcip zastępuje autorską błyskotliwość. Seans przypomina momentami zrzędzenie starszego pokolenia, które nie potrafi odnaleźć się w nowych realiach, a młoda obsada stanowi zaledwie płaskie tło dla wypalonych weteranów serii. To produkcja przeznaczona w zasadzie wyłącznie dla najbardziej zagorzałych i wyrozumiałych sympatyków specyficznego poczucia humoru rodziny Wayansów.
Przeczytaj również
Komentarze (20)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych