Biurowy romans (2026) - recenzja filmu [Netflix]. Jennifer Lopez wróciła, ale bez skrzydeł

Biurowy romans (2026) - recenzja i opinia o filmie [Netflix]. Jennifer Lopez wróciła, ale bez skrzydeł

Łukasz Musialik | Dzisiaj, 21:00

Romantyczne komedie przeżyły w ostatnich latach trudny okres. Hollywood coraz częściej traktowało je jak gatunek drugiej kategorii, a platformy streamingowe produkowały kolejne tytuły, które znikały z pamięci widzów równie szybko, jak pojawiały się na ekranie. Dlatego „Biurowy romans” od początku budził zainteresowanie.

Z jednej strony Jennifer Lopez - jedna z ostatnich wielkich gwiazd kojarzonych z klasycznymi komediami romantycznymi. Z drugiej Brett Goldstein, współtwórca sukcesu serialu „Ted Lasso”, który nie tylko wystąpił w filmie, ale również napisał scenariusz. Efekt? Produkcja, która chce być jednocześnie hołdem dla romantycznych komedii sprzed dwóch dekad i próbą ich uwspółcześnienia. Problem w tym, że nie zawsze udaje jej się pogodzić te dwa światy.

Dalsza część tekstu pod wideo

Biurowy romans (2026) - recenzja i opinia o filmie [Netflix]. Powrót do świata romantycznych komedii

Jennifer Lopez wciela się w Jackie Cruz - kobietę sukcesu, prezes linii lotniczych, która poświęciła życie pracy. Jej zawodowa pozycja stanowi interesującą zmianę względem wielu wcześniejszych ról aktorki. Tym razem nie oglądamy bohaterki walczącej o awans czy miejsce w świecie biznesu. Jackie już jest na szczycie i właśnie tam zaczynają się jej problemy. Gdy na jej drodze pojawia się firmowy prawnik Daniel Blanchflower, między bohaterami rodzi się uczucie, które komplikuje zarówno ich życie zawodowe, jak i prywatne.

Brzmi znajomo? Oczywiście. „Biurowy romans” nie próbuje wymyślać gatunku na nowo. To film świadomie korzystający z klasycznych schematów. Zakazane uczucie, dwoje pracoholików, seria nieporozumień i droga do odkrycia, że życie nie kończy się po wyjściu z biura. Wszystko to widzieliśmy już wielokrotnie. Siła takich produkcji nigdy jednak nie tkwiła w oryginalności fabuły. Kluczowe pozostawało jedno pytanie - czy widz uwierzy, że bohaterowie naprawdę chcą być razem?

I tutaj pojawić się może największy temat do dyskusji wokół filmu. Część osób może uznać, że chemia między Lopez a Goldsteinem nie działa tak dobrze, jak powinna. Inni mogą stwierdzić wręcz przeciwnie - że duet okazuje się zaskakująco udany i właśnie dzięki niemu produkcja zachowuje lekkość. Ja znajduję się gdzieś pośrodku. Nie jest to ekranowa para pokroju Meg Ryan i Toma Hanksa czy Julii Roberts i Hugh Granta, ale w wielu scenach ich relacja wypada naturalnie i przekonująco. Szczególnie wtedy, gdy scenariusz przestaje silić się na przesadną ekscentryczność.

Biurowy romans (2026) - recenzja i opinia o filmie [Netflix]. Komedia, która działa lepiej niż romans

Paradoksalnie największą zaletą „Biurowego romansu” nie jest sam romans. Znacznie lepiej wypada warstwa komediowa. Brett Goldstein wraz z Joe Kellym napisali scenariusz pełen szybkich dialogów, ciętych ripost i sytuacyjnego humoru. Nie wszystkie żarty trafiają w punkt, ale film regularnie potrafi rozbawić. Szczególnie dzięki bohaterom drugoplanowym.

Prawdziwą gwiazdą filmu okazuje się Betty Gilpin. Każde jej pojawienie się na ekranie wnosi nową energię i przypomina, jak ważne w romantycznych komediach są postacie znajdujące się poza głównym romansem. Doskonale wypada również Tony Hale, który otrzymał materiał idealnie pasujący do jego komediowego talentu. W efekcie zdarzają się momenty, gdy bohaterowie drugiego planu przyciągają uwagę bardziej niż główna para.

Film próbuje również nadać całości bardziej dorosły charakter. To nie jest familijna komedia romantyczna w stylu produkcji z początku lat 2000. Twórcy postawili na kategorię dla dorosłych, dodając więcej wulgaryzmów i odważniejszego humoru. Niektórym widzom taka zmiana przypadnie do gustu, inni mogą odnieść wrażenie, że momentami twórcy za bardzo starają się udowodnić, jak bardzo „nowoczesny” jest ich film. Problem polega na tym, że najbardziej zapamiętywane sceny nie wynikają z emocji, lecz z chęci wywołania szoku lub śmiechu.

Biurowy romans (2026) - recenzja i opinia o filmie [Netflix]. Jennifer Lopez niesie ten film na swoich barkach

Jeżeli „Biurowy romans” działa, to przede wszystkim dzięki Jennifer Lopez. Aktorka doskonale rozumie ten gatunek. Nawet gdy scenariusz zawodzi, ona potrafi sprawić, że widz nadal chce śledzić losy bohaterki. Jej ekranowa charyzma pozostaje niepodważalna. Lopez ma naturalną zdolność budowania sympatii do granych postaci i ponownie wykorzystuje ten atut niemal w każdej scenie.

Jednocześnie trudno nie zauważyć, że film często sprawia wrażenie niezdecydowanego. Chce być klasyczną komedią romantyczną, ale jednocześnie pragnie uchodzić za odważniejszą i bardziej współczesną. Chce komentować pracoholizm, kulturę korporacyjną i równowagę między życiem prywatnym a zawodowym, ale nie poświęca tym tematom wystarczająco dużo uwagi. W rezultacie wiele interesujących wątków pozostaje jedynie zarysowanych.

Reżyser Ol Parker, twórca „Mamma Mia! Here We Go Again” i „Ticket to Paradise”, wie jednak, jak utrzymać odpowiednie tempo. Film ogląda się lekko, zdjęcia prezentują się bardzo dobrze, a całość nie nuży. To jeden z tych tytułów, które nie zmieniają historii kina, ale potrafią umilić wieczór na kanapie.

Biurowy romans (2026) - recenzja i opinia o filmie [Netflix]. Podsumowanie

„Biurowy romans” nie jest wielkim powrotem romantycznych komedii ani filmem, który zapisze się w historii gatunku. To produkcja nierówna, momentami zbyt chaotyczna i nie zawsze pewna własnej tożsamości. Jednocześnie ma w sobie coś, czego wielu współczesnym romantycznym produkcjom brakuje - autentyczną gwiazdę filmową w centrum wydarzeń oraz kilka naprawdę zabawnych scen.

Jennifer Lopez po raz kolejny udowadnia, że odnajduje się w tym gatunku lepiej niż większość współczesnych aktorek. Brett Goldstein wnosi do filmu sympatyczną energię, choć nie zawsze dorównuje swojej partnerce ekranowej. Największym zaskoczeniem pozostają jednak aktorzy drugoplanowi, którzy często kradną show.

Advertisement

Atuty

  • Charyzmatyczna Jennifer Lopez
  • Udany humor
  • Świetny drugi plan

Wady

  • Niezbyt udana chemia na ekranie
  • Przewidywalność
  • Nierówne tempo akcji

Jeżeli szukacie ambitnego kina, możecie poczuć rozczarowanie. Jeśli jednak macie ochotę na lekką, momentami zabawną i całkiem uroczą romantyczną komedię to „Biurowy romans” spełni swoje zadanie. Nie wzleci pod chmury, ale bezpiecznie doleci do celu.

4,5
Łukasz Musialik Strona autora
Dla niego gry to nie tylko piksele na ekranie, ale przede wszystkim emocje i historie, które zostają w głowie na lata. Kolekcjoner wspomnień, który potrafi docenić zarówno wysokobudżetowe hity, jak i niszowe perełki od twórców niezależnych. Wierzy w ideę „gaming łączy, a nie dzieli”, dlatego z równym entuzjazmem podchodzi do każdej platformy, która ma do zaoferowania coś ciekawego. Gdy nie trzyma pada w dłoniach, pewnie planuje, w jaki sposób zmieścić na dysku kolejną wielką produkcję, obiecując sobie, że tym razem na pewno ją ukończy.
cropper