Spider-Noir (2026) - recenzja, opinia o serialu [Amazon]. Brak mocy to również brak odpowiedzialności
Przez przeszło dekadę, Ben Reilly był superbohaterem znanym jako Pająk, dzień w dzień spędzającym sen z powiek zbirów takich jak Silvio "Silvermane" Manfredi. Pięć lat temu, po śmierci ukochanej, postanowił się jednak wycofać. Teraz wiedzie spokojne życie prywatnego detektywa, dla którego spokój jest ważniejszy niż pieniądze. Lecz kiedy na jego celowniku znajdzie się piękna nieznajoma, będzie musiał przemyśleć swoje życiowe decyzje i raz jeszcze założyć maskę.
Spider-Noir wciąż jest relatywnie świeżą postacią. Pierwszy komiks z jego udziałem ukazał się ledwie siedemnaście lat temu, a już rok po papierowym debiucie pojawił się też w ciepło przyjętej grze, "Spider-Man: Shattered Dimensions". Prawdziwą sławę i rozpoznawalność przyniósł mu jednak dopiero występ w genialnym "Spider-Man: Uniwersum" z 2018, gdzie głosu użyczył mu Nicolas Cage. Była to odrobinę lżejsza, mniej brutalna wariacja na temat postaci stworzonej przez Davida Hine'a i Fabrice Sapolskiego, ale już to wystarczyło, by w głowach producentów z Hollywood zakiełkowała myśl, by przenieść go do świata live action. A skoro Cage już raz zrobił robotę z postacią, to czemu nie dać mu zagrać jej i tym razem?!
Oszukają się jednak ci, którzy liczyli na to, że ta serialowa wersja postaci wiernie opowie historię znaną z komiksów. Tak samo jak w przypadku wszystkich innych adaptacji historii o Człowieku Pająku, tak i tym razem komiksy są jedynie bazą i wylęgarnią pomysłów, z których można budować solidny fundament. Ogólny charakter większości postaci został jakoś tam zachowany, lecz trzeba liczyć się z tym, że są to swoje własne postacie i swoja własna historia. I bardzo dobrze. Nawet Zack Snyder rozumiał, że nie może tak po prostu przenieść "Strażników" na kinowy ekran jeden do jednego, że coś trzeba jednak zmienić. I co?! I jest to w dalszym ciągu absolutnie świetny film, czego nie można powiedzieć, niestety, o jego późniejszych dziełach, które były znacznie bardziej autorskimi projektami. I... Cholera. Chyba strzeliłem sobie w stopę! Spokojnie jednak, "Spider-Noir" jest niebo lepszy niż taka "Liga Sprawiedliwości".
Spider-Noir (2026) - recenzja, opinia o serialu [Amazon]. Nowi starzy znajomi
W bardzo przytomnym ruchu, producenci Amazona postanowili nie robić ze swojego serialu wielkiego spektaklu, praktycznie w całości nakręconego na green screenie - a znając głębokość kieszeni Beżowa, zapewne by mogli. Bardzo wyraźnie nawiązując do drugiego członu tytułu serialu, postanowiono na historię detektywistyczną, z famme fatale, skorumpowanymi politykami, bezwzględnymi gangsterami i stojącym w kontrze do nich, samotnym detektywem. Jedynym elementem odróżniającym "Spider-Noir" od takiego "Chinatown" czy innego "Sunset Boulevard l" jest fakt, że u Amazona główny bohater zakłada czasami bawełnianą skarpetę na głowę, chodzi po sufitach i strzela siecią z nadgarstków. No... Może trochę wyolbrzymiam.
Fabuła kręci się wokół kilku zazębiających się wątków i naprawdę bardzo łatwo jest zdradzić za dużo. Zamiast tego opowiem więc trochę o postaciach. Nasz główny bohater, Ben (Cage), został już opisany we wstępie i tak naprawdę niewiele więcej trzeba, aby poczuć z kim dokładnieamy do czynienia. Widać, że aktor pełnymi garściami czerpał z czarno białego kina, bo wszystko w nim, od sposobu poruszania się, po dziwacznie niedzisiejsze tempo i ton podawania tekstu zdaje się krzyczeć, że urwał się z kina lat pięćdziesiątych albo sześćdziesiątych. Co ciekawe, to nie jest typowy bohater, z jakim zwykle kojarzymy postać Spider-Mana. Reilly jest człowiekiem na wskroś zgorzkniałym, praktycznie pozbawionym empatii. Jeśli może ja czymś zarobić, to wchodzi w temat. Jeśli sprawa robi się zbyt śliska, z potencjalnie niebezpiecznymi koneksjami, woli nie zarobić i mieć spokój. Definicja cynicznego detektywa, tak charakterystyczna dla gatunku. Cage gra go naprawdę sympatycznie. Stara się, moduluje głos, wczuwa w scenariusz. Podobnie jednak jak w przypadku wszystkich innych jego ról, nigdy nie mam wątpliwości, że to po prostu on udający postać. Nigdy nie czuję, że zagubił się w niej tak głęboko, że nie da się już zauważyć, gdzie kończy się aktor, a zaczyna postać.
Wśród pozostałych członków obsady prym wiedzie Brendan Gleeson jako Silvermane, gangster trzęsący całym Nowym Jorkiem, od którego nastroju zależy często, czy ktoś będzie żył czy nie, którego skinienie głowy decyduje o czyjejś pozycji w mieście. To postać którą bardzo łatwo jest skarykaturować. Zrobić z niej typowego ojca chrzestnego, smęcącego z policzkami wypchanymi łupinami orzechów niczym Marlon Brando. Gleeson nigdy jednak nie schodzi tak głęboko. Jego Manfredi to człowiek niebezpieczny i nieobliczalny, ale przy tym żywy - jak najprawdziwszy gangster, którego można spotkać na swojej drodze. Sprawia to, że jest on znacznie bardziej namacalny, niż taki choćby Wilson Fisk w wersji Vincenta D'Onofrio. Może też przez to odrobinę mniej wyrazisty, bo to "tylko kolejny gangster", ale w takiej realistycznej wersji świata sprzed stu lat wypada znacznie lepiej niż przerysowany facet z dziwnym głosem. Prócz tego istotną rolę odegrał również niejaka Cat Hardy (Li Jun Li) i szereg pomagierów oraz mięśniaków na usługach Silvermane'a. Cześć z ich nazwisk może jednak brzmieć całkiem znajomo, więc nie będę tu mówił dokładnie, o kogo chodzi. Starczy powiedzieć, że każdy z głównej trójki (będzie wiadomo, o kim mówię) jest szalenie wyrazisty, reprezentując przy tym kompletnie odmienny charakter, motywację i dalszy rozwój postaci.
Spider-Noir (2026) - recenzja, opinia o serialu [Amazon]. Klasyczna czerń i biel czy może technicolour?
Istotnym elementem serialu jest jego warstwa wizualna i przyznam, że podoba mi się odwaga, z jaką filmowcy podeszli do tematu. Otóż, dostajemy dwie wersje każdego odcinka - czarno białą, tak jak powinien wyglądać "Spider-Noir" - oraz kolorową, na wypadek, gdyby ktoś chciał lepiej przyjrzeć się planom zdjęciowym i kostiumom. Wersja monochromatyczna wypada wzorowo, pięknie grając światłem i cieniem, akcentując tylko to, co trzeba, by uzyskać możliwie najlepszy efekt. Tego typu podejście wymaga zupełnie innej techniki, innej ekspozycji, jeśli zamierza się opowiadać obrazem. Wzgląd za kulisy tego procesu umożliwia natomiast wersja kolorowa. Ponieważ to nie takie proste, jak zwykłe nakręcenie tego samego w kolorze, jak i bez koloru - każda barwa ma swój własny odpowiednik w czerni i bieli, co oznacza, że filmowcy stosują raczej niestandardowe połączenia kolorów, by uzyskać kompletny efekt. Wystarczy spojrzeć na taką choćby "Rodzinę Addamsów" z lat sześćdziesiątych. Aby uzyskać odpowiedni efekt, plany zdjęciowe skąpane były w jasnych barwach - różach i żółciach - które zupełnie nie kojarzą się z posępnymi Addamsami. Podobnie jest i w "Spider-Noir" gdzie stroje czy barwy poszczególnych pomieszczeń w kolorze potrafią wyglądać wręcz komicznie. Nie polecam oglądać w ten sposób całego serialu. Jest to raczej gratka dla fanów oldskulu.
Twórca serialu, Oren Uziel, zdecydowanie czuje klimat różnych dzieł popkultury i ma - zwykle - ciekawe pomysły, jak przekuć je w coś znajomego, ale przy tym świeżego i mocno wystylizowanego. Do dziś nie mogę przeżyć, że nikt nie podchwycił jego oryginalnego pomysłu na realistyczną wersję "Mortal Kombat", ostatecznie przekutą w taki sobie serial internetowy. Swego rodzaju cienie tamtych pomysłów widzimy jednak tutaj. Niby znamy te nazwiska, wiemy z jakiego typu postaciami, z jakimi mocami się one wiążą, ale ich realizacja jest kompletnie oryginalna, bardziej mroczna. To nie jest serial, który można pokazywać kilkuletnim fanom Spider-Mana. Broń palna regularnie idzie w ruch, a kule sięgają celu; tortury nie powinny nikogo dziwić, w jednej scenie dostajemy do kompletu poderżnięte gardło, a retrospekcja z czasów wojny to body horror w czystej postaci. Ale to dobrze, że producenci poszli w stronę dorosłego widza, bo dzięki temu można było opowiedzieć znacznie poważniejszą, ciekawszą historię. Nie żeby w "Spider-Noir" brakowało humoru. Po prostu nie gra on tutaj pierwszych skrzypiec, jak w niektórych produkcjach MCU.
"Spider-Noir" to produkcja o Człowieku Pająku, jakiej jeszcze nie było, unikająca większości "kanonicznych wydarzeń", definiujących postać. To po prostu dobrze opowiedziana historia z czasów prohibicji, zupełnie przy okazji zahaczająca o nadprzyrodzone zdolności części postaci. Tylko tyle? Nie! Aż tyle.
Atuty
- Nicolas Cage świetnie bawi się w roli Bena Reilly'ego;
- Klimatyczna historia detektywistyczna z superbohaterskim twistem;
- Bardzo dobrze zrobione zdjęcia;
- Zdrowa dawka humoru, która nigdy nie przyćmiewa jednak powagi opowieści;
- Satysfakcjonujący finał, faktycznie zamykający ten etap opowieści.
Wady
- Efekty komputerowe, choć zwykle nieźle schowane, ostatecznie mogłyby być trochę mniej oczywiste;
- W paru miejscach trochę zbyt wygodne, naciągane zwroty akcji.
"Spider-Noir" daje nam najlepszy występ Cage'a od lat, piękne zdjęcia, wciągającą historię i gesty klimat kina noir. Czego chcieć więcej?
Przeczytaj również
Komentarze (2)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych