Pasażer (2026) - recenzja, opinia o filmie [UIP]. Sam pomysł nawet ciekawy
Tyler i Maddie porzucili swoje nudne mieszkanie i ruszyli przed siebie swoim kamperem. Ich nomadyczna sielanka kończy się jednak, kiedy próbując pomóc ofierze wypadku samochodowego przypadkiem wpuszczają do swojego pojazdu złośliwego demona.
Andre Ovredal jest z całą pewnością interesującym reżyserem, biorącym się za intrygujące - nawet jeśli nie zawsze udane - projekty. Jego "Łowca trolli" był niesamowicie ciekawym spojrzeniem na jedną z bardziej popularnych, norweskich legend. Późniejszy "Mortal" już nie mógł pochwalić się aż taką aprobatą widowni, ale to i tak był interesujący sposób na zajęcie się nordycką mitologią. W międzyczasie zrobił jeszcze bardzo udaną "Autopsję Jane Doe" , a trzy lata temu nieszablonową wariację na temat Drakuli, w postaci "Demeter: Narodziny zła". Całkiem solidna filmografia.
Jego najnowszy projekt, dzisiejszy "Pasażer", również potrafi przykuć uwagę swoim pomysłem. Oto horror kręcący się wokół tematu społeczności kierowców domów na kółkach, ich legend i zabobonów. Przyznam, że takiej tematyki w horrorze jeszcze chyba nie widziałem, więc byłem szczerze zainteresowany tym, co takiego zaoferuje seans. W praktyce jednak, "Pasażer" eksploruje obrany temat bardzo powierzchownie, ograniczając się do pokazania kilku samochodów, czegoś zwanego kodeksem włóczęgi i demonicznej istoty, bardzo luźno nawiązującej do popularnej w USA legendy miejskiej. Powiedziałbym jednak, że tyle wystarczy, aby skleić z tego dobry dreszczowiec - jeśli ma się do tego jakiś pomysł, jak skutecznie przestraszyć widza. Propozycja Ovredala? Zawalić go jump scare'ami. Nie jestem pod wrażeniem.
Pasażer (2026) - recenzja, opinia o filmie [UIP]. A może tak coś więcej?
Film posiada dwa, bardzo upierdliwe niedociągnięcia, które mocno ciągną go w dół. Pierwszym z nich jest fabuła, czy może raczej jej brak. Po solidnie nakręconym, klimatycznym wstępie poznajemy naszych głównych bohaterów (Jacob Scipio i Lou Llobell), którzy sprawdzają miejsce wypadku. Rozbity samochód, trup za kierownicą i miejsce pasażera, które jeszcze chwilę wcześniej zdawało się być zajęte. Od tej pory coś zdaje się za nimi podążać, jakaś zjawa, która najwidoczniej uwzięła się na Maddie. Przez blisko godzinę obserwujemy jak upiór pojawia się, straszy dziewczynę, po czym znika. Kilka z tych scen jest nawet nieźle zrobionych, ale co z tego, skoro w żaden sposób nie pchają one fabuły do przodu. Dopiero gdzieś w dwóch trzecich całego seansu zaczynamy rozumieć, czym jest ten duch czy inny demon i dowiadujemy się, jak - być może - da się go pokonać. Później jeszcze tylko szybka podróż, kilka kolejnych scen grozy, niedorzeczny finał, na który film w żadnym wypadku nie zapracował i tyle. Napisy końcowe. Czysto narracyjnie można cały ten film opowiedzieć w sześćdziesiąt sekund, praktycznie niczego nie pomijając. Dawno już seans nie dłużył mi się tak bardzo, jak tu.
Wypada natomiast przyznać, że aktorzy mają ze sobą całkiem niezłą chemię i da się ich lubić. Tyler jest z początku zbyt zaaferowany życiem na kółkach by zauważyć, że wokół niego dzieją się dziwne rzeczy, lecz gdy Maddie kolejny raz podchodzi do niego przerażona, ze łzami w oczach, też bierze ją na poważnie - może niekoniecznie wierzy od razu, że sytuacja ma nadprzyrodzone podłoże, ale jest obecny i chce pomóc, czego nie da się powiedzieć o wielu bohaterach horrorów, poddających się upartemu schematowi, że nikt nie bierze głównej bohaterki na poważnie, dopóki trup nie zacznie słać się na gęsto. Niestety, prócz tego, scenariusz nie daje im zbyt wielkiego pola do popisu. Rzadko kiedy faktycznie wchodzą z kimś w interakcję, a nawet wtedy dialogi, które przyszło im mówić tracą sztucznością. Jedyną jakkolwiek istotną postacią poza nimi jest kolejna, bardziej obeznana kamperowiczka (jest w ogóle takie słowo?), Diana (Melissa Leo), która jako postać mogłaby zapewne być ciekawa, gdyby scenariusz faktycznie dał jej coś do roboty. Zamiast tego zostaliśmy z niewykorzystanym potencjałem najlepszej aktorki w całym filmie.
Pasażer (2026) - recenzja, opinia o filmie [UIP]. Bu!
Drugim, być może nawet bardziej bolesnym problemem "Pasażera" jest sposób, w jaki film postanawia nas straszyć. Tak jak otwierająca fabułę scena pełna jest długiego budowania napięcia - przeciętego jednym upierdliwym jump scare'em - po czym dostajemy jeszcze całkiem długie utrzymanie widza w niepewności, z podbijanym systematycznie poziomem grozy i zagubienia, tak później tego typu długie, stabilnie rozwijające się sceny są już rzadkością, bo zdecydowanie łatwiej jest rzucić ostrym dźwiękiem po paru sekundach ciszy, do tego nagle wejście w ekran tytułowego Pasażera - jeśli mamy szczęście - lub czyjejś ręki albo w ogóle niczego, bo to tylko szklanka spadła, czy coś w tym stylu - jeśli mamy pecha. Jeszcze żeby chociaż każdy z tych jump scare'ów był faktycznie prawdziwy, pokazujący, że rzeczywiście dzieje się coś strasznego, lecz myślę, że około trzydziestu procent z nich jest fałszywa, a nic mnie tak nie irytuje w horrorze, jak tanie jump scare'y.
Jest tu jednak przynajmniej kilka scen, które mogą się podobać. Prócz wspomnianego już wstępu, najciekawszą z nich - w mojej ocenie - jest długa, kręcona bez cięć droga Maddie do stojącego samotnie na ciemnym parkingu kampera. Dziewczyna najpierw boi się ludzi siedzących w stojącym niedaleko aucie, spogląda na nich, po czym jej auto, które było już tuż tuż, nagle jakby się teleportowało. Idzie dalej, za sobą słysząc kroki, znów się obraca, a kamper ponownie się od niej oddała. Bardzo sympatyczny efekt, sprawiający, że zarówno my jak i nasza bohaterka tracimy wiarę w rzeczywistość. Nie jest jednak idealna. Kręcąca się wokół Maddie kamera jest zrozumiała - jakoś trzeba ten samochód przesunąć poza kadrem - ale staje się męcząca, kiedy to samo oglądamy trzeci i czwarty raz. Do tego dochodzą rzeczy takie jak planowanie sceny - Maddie idzie i nagle zostaje spłoszona przez przejeżdżającą śmieciarkę. Ale skąd ta śmieciarka się tam wzięła, gdzie tuż obok jest tylko ściana centrum handlowego i jakim cudem ona mogła jej nie zauważyć? Pokazuje to ogólny brak przywiązania do detali ze strony reżysera.
Ostatecznie, "Pasażer" jest filmem... Do obejrzenia. Najlepiej jakoś przy okazji. Kilka scen potrafi unieść wyżej powiekę widza, a i sami koncept jest dosyć świeży, lecz jego wykonanie mogło i powinno było być znacznie lepsze. Fabuła jest mierna w najlepszym wypadku, a elementy straszące w znakomitej większości opierają się na zaskakiwaniu widza zamiast porządnej budowie nastroju grozy i zaszczucia.
Atuty
- Solidna więź między Tylerem a Maddie;
- Ze dwie dobrze zrobione, nastrojowe sceny;
- Krótki...
Wady
- ...choć i tak się ciągnie;
- Szczątkowa, pisana na kolanie fabuła;
- Niedopieczona koncepcja demona, któremu brakuje wyrazistości lub czegokolwiek, co by go jakoś wyróżniło;
- Można było z tego pomysłu ulepić coś naprawdę ciekawego.
"Pasażer" męczy zamiast straszyć. Ciekawy pomysł, ale wykonanie kładzie go na łopatki. Fanom horrorów sugeruje zaczekać na streaming. Reszta nie ma tu czego szukać.
Przeczytaj również
Komentarze (4)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych