Mumia: Film Lee Cronina (2026) – recenzja, opinia o filmie [WB]. Kairskie egzorcyzmy
Charlie i Larisa mieszkają w Kairze już od pół roku. Właśnie mieli wracać do Stanów, kiedy w ich życiu wydarzyła się niewyobrażalna tragedia – ich córeczka, Katie, została porwana. Rodzina jakoś przetrwała tę tragedię, ale życie nigdy nie było już takie same. Teraz, osiem lat później, dowiadują się, że Katie została odnaleziona, żywa. Nie jest to już jednak to samo, pogodne dziecko, które znali. Czy jej obecny stan, to efekt traumy, czy może w jej oczach czai się coś więcej?
Jakie trzeba mieć kolosalne ego, żeby mając na koncie dwa filmy - „Impostor” z 2019 i „Martwe Zło: Przebudzenie” z 2023 – i kilka odcinków serialowych antologii horroru, pchać swoje nazwisko do tytułu filmu? Jasne, ostatni „Evil Dead” był całkiem sympatyczny – na swój sposób – ale czy to nie trochę za wcześnie żeby zacząć oczekiwać od ludzi, że cokolwiek zmieni im fakt, że oglądają „Mumię Lee Cronina”, a nie po prostu „Mumię”? Z drugiej strony, John Carpenter, chyba najbardziej ikoniczny reżyser grozy, stosujący tę samą praktykę, też zaczął stawiać swoje nazwisko przed tytułem już przy pierwszym „Halloween”, swoim trzecim filmie, więc może gdzieś trzeba po prostu zacząć? Wiem, znowu czepiam się o nic.
Cronin dał się poznać jako reżyser stawiający na klimat, atmosferę grozy, która w jego „Martwym Źle” eksploduje całą feerią obrzydliwej przemocy, krwi i flaków. Należało się spodziewać, że „Mumia” będzie kontynuowała ten trend i choć nie jest to film nawet w połowie tak hardkorowy, jak jego poprzednik, i tak jest tu kilka naprawdę mocnych scen, których lepiej nie oglądać z pełnym żołądkiem albo zbyt dużą ilością promili we krwi. Popularna plotka głosi, że producent filmu, James Wan, wyszedł w trakcie wczesnego pokazu filmu z sali kinowej. Złośliwi mówią, że to dlatego, że film jest aż tak nijaki. Ci bardziej entuzjastycznie podchodzący do tematu twierdzą, że to dlatego, że film jest aż tak obrzydliwy. A jaka jest prawda? Sprawdźmy.
Mumia: Film Lee Cronina (2026) – recenzja, opinia o filmie [WB]. Niby Mumia, a jednak bardziej Egzorcysta
Film trwa lekko ponad dwie godziny, czyli całkiem długo, jak na horror, ale Cronin wykorzystuje ten czas bardzo skutecznie – pozwala nam dogłębnie poznać rodzinę Cannonów, naszych głównych bohaterów. Dowiadujemy się czym zajmuje się Charlie (Jack Reynor), jak układają się jego stosunki z żoną (Laia Costa). Obserwujemy relację rodzeństwa, Seba i Katie. Wszystko po to, by również i nas zabolało, kiedy ostatecznie Katie zostaje porwana. To bardzo powolny, ale skuteczny wstęp, po którym... następuje kolejny wstęp. Skojarzenia z „Heavy Rain” są jak najbardziej na miejscu. Faktyczna akcja, czyli odnalezienie i sprowadzenie Katie do domu, dzieje się dopiero gdzieś około 45. minuty filmu. Od tej pory, aż do samego finału, widz tylko czeka, aż wydarzy się coś strasznego.
Reżyser dawkuje emocje raczej niespiesznie. Akcja rozwija się wykładniczo – od małych dziwactw, przez pierwszy rozlew krwi, aż po finał, w którym jedna eksplozja przemocy goni drugą i to aż cud, że wszyscy po prostu nie wybiegli jeszcze z domu, nie spalili wszystkiego, co tam zostało i nie uciekli przed siebie. Powiedziałbym przy tym jednak, że scenariusz Cronina nie należy do zbyt oryginalnych. To bardzo skutecznie zaprojektowana, ale jednak zwyczajnie odtwórcza mikstura innych, uznanych filmów grozy. Paradoksalnie, z klasycznych filmów o mumiach jest tu najmniej. Jasne, mamy sarkofag, w którym leży ciało w bandażach i... to tyle. Głównym motywem opowieści jest opętanie, bardzo mocno kojarzące się z „Egzorcystą” Friedkina, a egipski setting to wypisz, wymaluj, jego sequel z 2004, „Egzorcysta: Początek”. Sam klimat jest jednak znacznie cięższy, dojmujący i przygniatający widza, jak w „Gdy rodzi się zło” Demiana Rugny. I muszę przyznać, że w większości jest to bardzo skuteczny miks, nawet jeśli skrajnie wręcz przewidywalny. Jedynie samo zakończenie nie do końca mi zagrało. Mam wrażenie, że jest dziwnie nieodpowiednie, kłóci się z tonem reszty filmu i... trochę nie ma sensu.
Mumia: Film Lee Cronina (2026) – recenzja, opinia o filmie [WB]. Jest krew, jest zabawa
Zdecydowanym plusem filmu jest jego warstwa audiowizualna. Reżyser stawia na praktyczne efekty zawsze wtedy, kiedy to możliwe. Najbardziej rzucającym się w oczy „dziełem” filmowców jest Katie (Natalie Grace), powykręcana dziewczynka o delikatnej, pomarszczonej, szarej skórze, resztkach włosów, z wielkimi, twardymi paznokciami u każdego palca. Chyba najbardziej obrzydliwa scena w całym filmie związana jest właśnie z tymi jej paznokciami. Filmowcy zrealizowali ją kompletnie w oku kamery, przez co robi jeszcze większe wrażenie, niż i tak by robiła, bo jest to ten typ przemocy, który widz jest w stanie niemalże poczuć na własnej skórze. Pozostałe, bardziej „wybuchowe” sceny to już typowy, horrorowy absurd – tak okropne, że aż komiczne. Jest bliżej końca jedna scena związana z zębami. Niby obrzydliwa, niby straszna, ale w gruncie rzeczy głównie zabawna. Nasza, niewielka sala kinowa wybuchnęła w tym momencie kolektywnym śmiechem. Żeby nie było – w filmie nie brakuje i efektów komputerowych, które w większości przypadków stoją jednak na bardzo satysfakcjonującym poziomie. Rzeczy takie jak robactwo, czy dziwne mazie są całkiem nietrudne do wiarygodnego zanimowania, więc naprawdę nie ma się do czego za bardzo przyczepić.
Myślę, że ten niespieszny styl prowadzenia opowieści, w połączeniu z nie do końca oryginalną fabułą, może zmęczyć część widowni. Ci jednak, którzy nie wyjdą z seansu przed czasem, powinni docenić pracę, jaką aktorzy włożyli w swoje role. W tego typu horrorze to szalenie ważne, aby widz uwierzył, że ogląda najprawdziwszą, szczerze kochającą się rodzinę i Croninowi się ta sztuka udaje. Widzimy poświęcenie ojca, jego frustrację na myśl o to, że jest obwiniany za zaginięcie córki – co dosłownie zjada go od środka. Trochę mniej przekonująco wypada gra najmłodszej członkini rodziny, młodziutkiej Maud (Billie Roy). Zdecydowanie jest bardzo ekspresyjna i przeurocza, ale mam wrażenie, że w kilku miejscach jej dialogi nie do końca zgrywają się z pozostałymi członkami obsady. Nie mam jej tego jednak za złe – jak na dwunastoletnie dziecko i tak wypadła bardzo dobrze, a wszystkie jej niedostatki z nawiązką pokrywa babcia (Veronica Falcon), postać tak zabawna, urocza i przy tym zaradna, że dosłownie czujesz podskórnie, że reżyser planuje wobec niej coś mocnego. Poboczna obsada również wypada jak najbardziej przekonująco, ale im mniej tu o nich napiszę, tym lepiej.
Koniec końców, „Mumia” Cronina to film, którego odbiór zależy w dużej mierze od osobistej tolerancji poszczególnych widzów. Nie ma tu absolutnie niczego faktycznie nowego pod względem tak fabuły, jak i straszenia, więc wytrawni znawcy tematu mogą czuć się zawiedzeni. Z drugiej strony, miks, który dostajemy zrobiony jest na tyle dobrze, że film po prostu dobrze się ogląda. Efekty wizualne robią wrażenie i faktycznie miejscami potrafi być naprawdę obrzydliwie, co, znowu – dla jednych będzie zaletą, podczas gdy inni mogą stwierdzić, że to dla nich zbyt wiele. Moim zdaniem jest to po prostu solidny kawałek kina gatunkowego. Dobrze przygotowana, rzemieślnicza robota i nic więcej.
Atuty
- Dobrze buduje klimat i postacie;
- Imponujące efekty wizualne;
- Nastrojowa ścieżka dźwiękowa Stephena McKeona;
- Rodzina Cannonów i łączące ich relacje.
Wady
- Mało oryginalny i przez to raczej mocno przewidywalny;
- W paru miejscach trochę za mocno wytraca tempo;
- Dziwne, średnio pasujące do reszty zakończenie.
„Mumia: Film Lee Cronina” to tylko i aż kolejny horror. Reżyser składa tu hołd swoim starszym kolegom (czytaj: pożycza i adaptuje ich pomysły) i robi to na tyle dobrze, że, moim zdaniem, entuzjaści gatunku powinni dać mu szansę.
Przeczytaj również
Komentarze (7)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych