EPIC: Elvis Presley in concert (2026) - recenzja filmu [UIP]. Powrót Króla

EPIC: Elvis Presley in concert (2026) - recenzja, opinia o filmie [UIP]. Powrót Króla

Piotrek Kamiński | Dzisiaj, 10:00

Elvis Presley kochał muzykę, siebie samego i - chyba najbardziej - swoje fanki. Z wszystkich tych powodów, zadbał o to, by kamery śledziły go zawsze i wszędzie. I tak, dzięki temu, dostajemy właśnie zupełnie świeży materiał kronikujący - głównie - okres, kiedy koncertował w Las Vegas.

Kiedy Roger napisał do mnie, że jest okazja zaliczyć pokaz koncertu Króla, stwierdziłem, że chyba oszalał - co ja, koncerty będę teraz recenzował? Może do tego jeszcze prezentacje ramówek telewizyjnych i wszelkiej maści eventy? Ale, że lubię Elvisa, to poszedłem. I, kurde blaszka, cieszę się, że to zrobiłem! 

Dalsza część tekstu pod wideo

To niesamowite, że cały ten dokument powstał wyłącznie na podstawie archiwalnych materiałów. Ilość i jakość przenajróżniejszych kadrów z Graceland, z prób, z momentów przed koncertami i po nich, z wywiadów (to już bardziej oczywiste) dosłownie wprawia w osłupienie. Gdyby ktoś nie był świadom tego, kim był Elvis Presley i po prostu poszedłby obejrzeć sobie film, do samego końca myślałby, że ogląda rzecz o kimś dzisiejszym, że wszystkie te ujęcia zostały nakręcone specjalnie przez i dla Baza Luhrmana. Najlepsze jest to, że tego materiału starczyłoby pewnie na jeszcze przynajmniej kilka podobnych produkcji. 

EPIC: Elvis Presley in concert (2026) - recenzja, opinia o filmie [UIP]. Elvis czysty jak łza

Film Luhrmana z 2022 roku, z Austinem Butlerem w roli głównej, był świetny. Może ciut zbyt delikatny w stosunku do tytułowej postaci króla rock and rolla, ale przy tym tak skupiony na rocku, na sztuce i tempie, że nie da się na nim kręcić nosem. To jednak wszystko przeszłość! Baz już nakręcił biografię, teraz interesuje go czysta rozrywka. I dokładnie tym jest EPIC - wyselekcjonowaną, pięknie pociętą laurką dla niekwestionowanego króla rock and rolla.

Film zaczyna się od raczej wczesnych lat Elvisa, po krótce omawiając jego fenomen, problemy, które musiał przezwyciężyć, najważniejsze wydarzenia z jego życia. Są to jednak bardzo ogólne informacje, na podstawie których nawet uparty licealista nie da rady sklecić sensownego wypracowania (choć zaliczyć, pewnie by zaliczył). Pomijamy pierwsze problemy z zaistnieniem na scenie, kompletnie ignorujemy jego związek z Priscillą, nadużywanie leków przeciwbólowych nie zostaje nawet zasugerowane. Dostajemy 90 minut absolutnie bezkrytycznego uwielbienia dla, być może, największego Boga widowni zeszłego wieku. I choć z tyłu głowy czujemy, że to bardziej laurka, pieśń pochwalna, niż cokolwiek innego, trudno mieć o to do Luhrmana pretensję. Istnieją powody, dla których Presley był królem. I Baz świetnie je tutaj prezentuje. 

EPIC: Elvis Presley in concert (2026) - recenzja, opinia o filmie [UIP]. Muzyka uczłowiecza nas wszystkich

"EPIC" niby skupia się głównie na koncertach Presleya w Las Vegas, ale tak w gruncie rzeczy, jest to próba uczłowieczenia osoby większej niż życie. Ponieważ Elvis stał się w pewnym momencie ikoną - człowiekiem noszącym ekstrawaganckie stroje, puszczającym oczko do fanek, wierzgającym na scenie jak młody warchlak, rzewnie zawodzącym do mikrofonu o miłości. Ale w materiale zebranym przez reżysera jest on również człowiekiem - z wszystkimi tego wadami i zaletami. Z jednej strony trudno nie zdać sobie w końcu sprawy z faktu, że występując, Elvis zawsze musiał skupić się na jakiejś kobiecie. Czasami wybierał sobie piękne damy ze sceny (jeśli dało się je w ogóle zauważyć), ale zazwyczaj, kiedy śpiewał, skupiał się na swoich chórzystkach - i jest to element jego jestestwa, który naprawdę trudno zignorować, jak już się go raz zauważy. 

Z drugiej zaś strony, Luhrman prezentuje nam jego nieziemsko urocze poczucie humoru. Elvis potrafił żartować sobie ze swoimi muzykami, z którymi czuł niesamowitą komitywę, którym potrafił wybaczać błędy, za które inni artyści rozstaliby się zapewne z nimi albo i z całym zespołem. Jego podejście do innych artystów to jednak jedno, a zupełnie czym innym jest to, jak potrafił porwać publikę. Pada w filmie taki cytat, że chyba tylko on i Mick Jagger w tamtych latach potrafili tak totalnie panować nad publicznością, że przekształcali ich partycypację w coś na wzór kolejnego instrumentu, na którym można grać, by wzbogacić utwór. I coś w tym jest! Presley nie bał się rzucić żartem uderzającym w niego samego: "padłbym przed tobą na kolana... Gdyby te spodnie nie były tak ciasne!". Lubił śmiać się z publicznością, zadawać ludziom pytania i faktycznie czekać na odpowiedź. Szalał też ze swoimi muzykami, jak w tym ikonicznym momencie z "Suspicious minds", gdzie wykonuje nagły ruch w stronę chórzystki, a ta dosłownie chowa się w sobie. Może i całowanie się z przypadkowymi fankami było dosyć dziwne, ale kiedy przełamać je słodkim buziakiem w policzek malutkiej fanki, staje się nagle... odrobinę mniej dziwne.

Nie znajdziesz na spodzie tego tekstu oceny końcowej, ponieważ już lata temu powiedziałem sobie, że każdy dokument jest warty uwagi - po prostu musisz akurat go potrzebować. Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach nikt już nie potrzebuje Elvisa... Dopóki go nie usłyszy. I nagle okazuje się, że to jego wybitne połączenie gospelu, country, rocka i bluesa jest wszystkim, czego ci trzeba, aby nawet kiepski dzień stał się dobry. Nie bez powodu do dziś mówi się, że Elvis był królem.

Advertisement
Piotrek Kamiński Strona autora
Z wykształcenia filolog, z zamiłowania gracz i kinoman pochłaniający popkulturę od przeszło 30 lat. O filmach na PPE pisze od 2019. Zarówno w grach, jak i filmach najbardziej ceni sobie dobrą fabułę. W wolnych chwilach lubi poczytać, pójść na koncert albo rodzinny spacer z psem.
cropper