EPIC: Elvis Presley in concert (2026) - recenzja, opinia o filmie [UIP]. Powrót Króla
Elvis Presley kochał muzykę, siebie samego i - chyba najbardziej - swoje fanki. Z wszystkich tych powodów, zadbał o to, by kamery śledziły go zawsze i wszędzie. I tak, dzięki temu, dostajemy właśnie zupełnie świeży materiał kronikujący - głównie - okres, kiedy koncertował w Las Vegas.
Kiedy Roger napisał do mnie, że jest okazja zaliczyć pokaz koncertu Króla, stwierdziłem, że chyba oszalał - co ja, koncerty będę teraz recenzował? Może do tego jeszcze prezentacje ramówek telewizyjnych i wszelkiej maści eventy? Ale, że lubię Elvisa, to poszedłem. I, kurde blaszka, cieszę się, że to zrobiłem!
To niesamowite, że cały ten dokument powstał wyłącznie na podstawie archiwalnych materiałów. Ilość i jakość przenajróżniejszych kadrów z Graceland, z prób, z momentów przed koncertami i po nich, z wywiadów (to już bardziej oczywiste) dosłownie wprawia w osłupienie. Gdyby ktoś nie był świadom tego, kim był Elvis Presley i po prostu poszedłby obejrzeć sobie film, do samego końca myślałby, że ogląda rzecz o kimś dzisiejszym, że wszystkie te ujęcia zostały nakręcone specjalnie przez i dla Baza Luhrmana. Najlepsze jest to, że tego materiału starczyłoby pewnie na jeszcze przynajmniej kilka podobnych produkcji.
EPIC: Elvis Presley in concert (2026) - recenzja, opinia o filmie [UIP]. Elvis czysty jak łza
Film Luhrmana z 2022 roku, z Austinem Butlerem w roli głównej, był świetny. Może ciut zbyt delikatny w stosunku do tytułowej postaci króla rock and rolla, ale przy tym tak skupiony na rocku, na sztuce i tempie, że nie da się na nim kręcić nosem. To jednak wszystko przeszłość! Baz już nakręcił biografię, teraz interesuje go czysta rozrywka. I dokładnie tym jest EPIC - wyselekcjonowaną, pięknie pociętą laurką dla niekwestionowanego króla rock and rolla.
Film zaczyna się od raczej wczesnych lat Elvisa, po krótce omawiając jego fenomen, problemy, które musiał przezwyciężyć, najważniejsze wydarzenia z jego życia. Są to jednak bardzo ogólne informacje, na podstawie których nawet uparty licealista nie da rady sklecić sensownego wypracowania (choć zaliczyć, pewnie by zaliczył). Pomijamy pierwsze problemy z zaistnieniem na scenie, kompletnie ignorujemy jego związek z Priscillą, nadużywanie leków przeciwbólowych nie zostaje nawet zasugerowane. Dostajemy 90 minut absolutnie bezkrytycznego uwielbienia dla, być może, największego Boga widowni zeszłego wieku. I choć z tyłu głowy czujemy, że to bardziej laurka, pieśń pochwalna, niż cokolwiek innego, trudno mieć o to do Luhrmana pretensję. Istnieją powody, dla których Presley był królem. I Baz świetnie je tutaj prezentuje.
EPIC: Elvis Presley in concert (2026) - recenzja, opinia o filmie [UIP]. Muzyka uczłowiecza nas wszystkich
"EPIC" niby skupia się głównie na koncertach Presleya w Las Vegas, ale tak w gruncie rzeczy, jest to próba uczłowieczenia osoby większej niż życie. Ponieważ Elvis stał się w pewnym momencie ikoną - człowiekiem noszącym ekstrawaganckie stroje, puszczającym oczko do fanek, wierzgającym na scenie jak młody warchlak, rzewnie zawodzącym do mikrofonu o miłości. Ale w materiale zebranym przez reżysera jest on również człowiekiem - z wszystkimi tego wadami i zaletami. Z jednej strony trudno nie zdać sobie w końcu sprawy z faktu, że występując, Elvis zawsze musiał skupić się na jakiejś kobiecie. Czasami wybierał sobie piękne damy ze sceny (jeśli dało się je w ogóle zauważyć), ale zazwyczaj, kiedy śpiewał, skupiał się na swoich chórzystkach - i jest to element jego jestestwa, który naprawdę trudno zignorować, jak już się go raz zauważy.
Z drugiej zaś strony, Luhrman prezentuje nam jego nieziemsko urocze poczucie humoru. Elvis potrafił żartować sobie ze swoimi muzykami, z którymi czuł niesamowitą komitywę, którym potrafił wybaczać błędy, za które inni artyści rozstaliby się zapewne z nimi albo i z całym zespołem. Jego podejście do innych artystów to jednak jedno, a zupełnie czym innym jest to, jak potrafił porwać publikę. Pada w filmie taki cytat, że chyba tylko on i Mick Jagger w tamtych latach potrafili tak totalnie panować nad publicznością, że przekształcali ich partycypację w coś na wzór kolejnego instrumentu, na którym można grać, by wzbogacić utwór. I coś w tym jest! Presley nie bał się rzucić żartem uderzającym w niego samego: "padłbym przed tobą na kolana... Gdyby te spodnie nie były tak ciasne!". Lubił śmiać się z publicznością, zadawać ludziom pytania i faktycznie czekać na odpowiedź. Szalał też ze swoimi muzykami, jak w tym ikonicznym momencie z "Suspicious minds", gdzie wykonuje nagły ruch w stronę chórzystki, a ta dosłownie chowa się w sobie. Może i całowanie się z przypadkowymi fankami było dosyć dziwne, ale kiedy przełamać je słodkim buziakiem w policzek malutkiej fanki, staje się nagle... odrobinę mniej dziwne.
Nie znajdziesz na spodzie tego tekstu oceny końcowej, ponieważ już lata temu powiedziałem sobie, że każdy dokument jest warty uwagi - po prostu musisz akurat go potrzebować. Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach nikt już nie potrzebuje Elvisa... Dopóki go nie usłyszy. I nagle okazuje się, że to jego wybitne połączenie gospelu, country, rocka i bluesa jest wszystkim, czego ci trzeba, aby nawet kiepski dzień stał się dobry. Nie bez powodu do dziś mówi się, że Elvis był królem.
Przeczytaj również
Komentarze (1)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych