Wonder Man (2026) – recenzja serialu [Disney]. Wielki powrót Trevora Slattery'ego

Wonder Man (2026) – recenzja, opinia o serialu [Disney]. Wielki powrót Trevora Slattery'ego

Piotrek Kamiński | Dzisiaj, 21:00

Przerzuty przez maszynę, skasowany, pogrążony w długach i używkach artysta dostaje swoją ostatnią szansę. Gdzie indziej, wciąż młody, starający się przebić, przepełniony pomysłami i entuzjazmem aktor dostaje swoją pierwszą szansę... Paralele, rozumiesz, są istotne.

Trevor Slattery był, bez cienia żenady, moją ulubioną postacią w trzecim „Iron-Manie”. Dręczony zespołem stresu pourazowego Tony Stark był nawet interesujący, choć odbierało mu to niemalże cały urok, podczas gdy cała reszta, z ziejącym ogniem Aldrichem Killianem, była w najlepszym wypadku okej, w najgorszym zaś zwyczajnie nudna. I wtedy pojawił się on – Mandaryn, z całą powagą i charyzmą Bena Kingsleya przemawiający zza taniej kamery, niemalże jak dekadę wcześniej Osama bin Laden. To nie był komiksowy Mandaryn, lecz wersja przystosowana do bardziej poważnego, wtedy jeszcze pozbawionego magii MCU. A później okazało się, że to nie był wcale żaden wielki terrorysta, a zwykły aktor, któremu nie przeszkadzało granie do kamery w zamian za nieograniczone ilości koksu, alkoholu, jedzenia i kobiet. Trevor był tak daleki od Mandaryna, jak to tylko możliwe. I to właśnie ten kontrast, w połączeniu z doskonałą grą Kingsleya zbudowały zalążek tej postaci. Całe szczęście, że mimo początkowej niechęci, Kevin Feige nie dał jej umrzeć.

Dalsza część tekstu pod wideo

„Wonder Man” to taki amalgamat kilku typów produkcji i – co ciekawe – żadna z nich to nie typowe kino superbohaterskie. Jasne, mamy do czynienia z głównym bohaterem obdarzonym mocami (Yahya Abdul-Meteen) i wątek tych mocy jest istotnym elementem składowym fabuły całego serialu, ale niemal do samego końca nie staje się narzędziem, za pomocą którego ta fabuła porusza się naprzód. To przede wszystkim oda do Hollywood i aktorstwa jako takiego oraz typowa opowieść o niedopasowanym do siebie pełnym przeciwieństw duecie, który musi zrozumieć, że ta nagła relacja, która się między nimi wywiązała, to najlepsze, co mogło ich spotkać. Niezbyt marvelowo, ale to właśnie dlatego „Wonder Man” robi tak sympatyczne, oryginalne wrażenie. Myślę, że ratowanie świata, strzelanie laserami z różnych części ciała i tłuczenie się po gębach lekko przejadło się już większości z nas. Serial Destina Daniela Crettona i Andrew Guesta proponuje coś w tym świecie, ale jednak tematycznie świeżego.

Wonder Man (2026) – recenzja, opinia o serialu [Disney]. Początki aktorstwa

Simon Williams
resize icon

Fabuła serialu kręci się wokół Simona i Trevora próbujących przebić się w Hollywood. Nie tracąc czasu, serial pokazuje nam stary film o Wonder Manie z lat osiemdziesiątych (nieprawdziwy, oczywiście), a chwilę później młodego chłopca, siedzącego w kinie ze swoim tatą. To nasz główny bohater, aspirujący aktor, Simon Williams (Abdul-Mateen), który od tamtej pory najbardziej na świecie pragnie zostać aktorem, a złotym grallem jego kariery byłoby zagranie właśnie Wonder Mana. I natychmiast czujemy metaforyczny dywan wysuwający się spod naszych nóg – czy to będzie film o prawdziwym superbohaterze, czy jedynie o aktorze wcielającym się w niego? Coś podobnego wykręcili już kiedyś twórcy animowanego „Spider-Mana”, który u nas leciał najpierw na TVP2 (jeśli pamięć nie myli), a później na Fox Kids. Tutaj, sytuacja jest odrobinę bardziej skomplikowana, ponieważ Simon jest niby tylko zwykłym aktorem, ale równocześnie posiada już wszystkie związane z postacią moce. Czyli albo wersja filmowa była stricte fikcyjną, inną postacią i dopiero wersja Simona będzie „tym” Wonder Manem albo... scenarzyści nie przemyśleli do końca tego motywu. Trudno powiedzieć.

Chwilę później, wciąż w pierwszym odcinku, wpadamy na Trevora (Kingsley). Nie wiemy, skąd się tu wziął, ani jak to w ogóle możliwe, że tak po prostu siedzi sobie w kinie i ogląda „Nocnego Kowboja”. Odpowiedzi prędzej czy później nadejdą, lecz obeznany widz już teraz może domyślić się, jaki charakter przyjmie ich znajomość na podstawie wcale nie tak subtelnej wskazówki, jaką jest wyświetlany film. Nie jest jednak tak, że scenarzyści trzymają nas w niewiedzy jakoś bardzo długo. Szybko dowiadujemy się, jak wyglądać będzie punkt wyjściowy ich znajomości i zostajemy zaproszeni do sprawdzenia, jak dalej się ona potoczy.

Wonder Man (2026) – recenzja, opinia o serialu [Disney]. Niecodziennie suoerbohaterski

Simon I Trevor
resize icon

Podoba mi się, że jest to w znacznej mierze po prostu historia o przyjaźni i miłości do kina. Najlepsze sceny w pierwszych odcinkach to te, w których obaj panowie po prostu odgrywają sceny albo zachwycają się jakimś starym filmem. Ma się wtedy poczucie, że twórcy "Wonder Mana" kochają ten temat nie mniej niż Seth Rogen i jego "Studio" - choć ich humor jest znacznie bardziej family friendly. Nie są to sceny bombastyczne, ani nawet przepełnione typowym dla Marvela humorem, a po prostu sympatyczne momenty, pozwalające nam lepiej poznać naszych bohaterów jako ludzi. 

Oczywiście nie może być tak, że cały serial to jedynie bromans dwóch głównych bohaterów. Dostajemy też odcinki skupione na czymś innym. Część z nich działa bardzo dobrze, jak choćby historia DeMarra Davisa (Byron Bowers), obdarzonego mocami człowieka, który z dnia na dzień stał się sensacją, a po jednym incydencie z udziałem pewnego Josha Gada, równie prędko stał się największą persona non grata w całym kraju i powodem, dla którego osoby ob... Wiesz co? Będę mówił już po ludzku, dobrze? Mutanci praktycznie nie mogą być zatrudniani w kinematografii. Mam z tą historią tylko jeden problem - wątki w niej napoczęte NIGDY już nie wracają. I tak jak liczy się głównie pokłosie tego jednego momentu, tak bardzo chciałbym wiedzieć, co stało się dalej z tymi ludźmi, czego serial mi już nie daje. Trzeba jednak przyznać, że jako tło obecnej sytuacji Simona, odcinek sprawdza się bardzo dobrze. Inne historie nie robią już jednak aż takiego wrażenia. Chyba najsłabszym z nich jest historia, w której Simon pozwala sobie użyć swoich mocy na widoku, a ktoś akurat nagrywa go w akcji. Całych trzydzieści minut upływa na próbach pozbycia się dowodów "zbrodni". I tak jak jest to wciąż odcinek pełen zabawnych interakcji między postaciami, a przy tym również nieśmiała próba pokazania z czym na co dzień muszą radzić sobie mutanci (chce raczej kiepsko podbudowana), tak cały odcinek mógłby równie dobrze nie istnieć i absolutnie niczego byśmy jako widzowie nie stracili. 

"Wonder Man" wziął mnie kompletnie z zaskoczenia. Pierwsze dwa odcinki obejrzałem już dosyć dawno temu, ale później - przez własne gapiostwo -musiałem czekać na możliwość sprawdzenia reszty sezonu. Po nadrobieniu reszty odcinków mogę śmiało powiedzieć, że chciałbym aby Marvel częściej wychodził ze swojej strefy komfortu i szedł w takie... Pół-artystyczne projekty. Nie jest idealnie, ale serial oparty na relacji dwóch tak dobrych aktorów zwyczajnie musi się dobrze oglądać. Polecam! 

Atuty

  • Świetny duet głównych bohaterów;
  • Afirmacja miłości do kinematografii;
  • Dużo dobrego humoru;
  • Pięknie opowiada o przyjaźni, rodzinie i oddaniu.

Wady

  • Fabuła trochę meandruje;
  • Problemy z tempem;
  • Nie w pełni wykorzystuje wszystkie wątki.

Yahya Abdul-Meteen i Ben Kingsley są absolutnie genialni i sprawiają, że nawet słabsze odcinki "Wonder Mana" ogląda się z uśmiechem na twarzy. Bardzo inna, ale ciekawa odsłona MCU.

7,0
Piotrek Kamiński Strona autora
Z wykształcenia filolog, z zamiłowania gracz i kinoman pochłaniający popkulturę od przeszło 30 lat. O filmach na PPE pisze od 2019. Zarówno w grach, jak i filmach najbardziej ceni sobie dobrą fabułę. W wolnych chwilach lubi poczytać, pójść na koncert albo rodzinny spacer z psem.
cropper