Powrót do Silent Hill (2026) – recenzja, opinia o filmie [Kino Świat]. Bardzo luźna adaptacja
Historia Jamesa Sunderlanda regularnie nazywana jest jedną z najlepszych, jeśli nie w ogóle najlepszą fabułą w historii elektronicznej rozrywki. Gracze na całym świecie błagali o przeniesienie jej na filmowe medium, lecz ich krzyk pozostawał bez odpowiedzi. Do teraz, kiedy to Christophe Gans, reżyser pierwszego, względnie udanego “Silent Hill” z 2006 roku, powraca z adaptacją, na którą od tak dawna czekali. Pytanie nie powinno brzmieć, czy warto było być cierpliwym, a czy tę historię w ogóle dało się wiernie przenieść na ekrany kin...
Walnę od razu prosto z mostu, żeby nie marnować niczyjego czasu. Jako adaptacja fabuły “Silent Hill 2” i motywów w niej eksplorowanych, „Powrót do Silent Hill” jest kompletną abominacją. Film Gansa tylko w najszerszych pociągnięciach pędzla przypomina historię Jamesa Sunderlanda – owszem, jest to opowieść o mężczyźnie, który szuka bliskiej sobie osoby, a samo miasto jest projekcją jego głębokiego poczucia winy, z którego istnienia nie zdaje sobie on początkowo sprawy, ale na tym podobieństwa się kończą. W trakcie seansu zobaczymy wszystkie postacie, które zdarzyło nam się poznać i w grze, lecz zasadniczo są to kompletnie inni ludzie, a ich rola w filmie diametralnie różni się od pierwotnych intencji Team Silent.
Gdybym miał oceniać film Gansa przez pryzmat gry, wystawiłbym mu zapewne nienawistne 1/10, bo jak można było aż tak to skopać. Wydaje mi się jednak, że wierne przeniesienie tej fabuły na język kinematografii nie jest do końca możliwe – a już na pewno nie w tak krótkim czasie, jak 110 minut. Spróbuję więc odciąć się od gry i spojrzeć wyłącznie na to, co reprezentuje sobą film. Czy fabuła, postacie, motywy i strona audiowizualna trzymają się kupy. Innymi słowy, co sądziłbym o tym filmie, gdybym nie był zakochanym w oryginale graczem.
Powrót do Silent Hill (2026) – recenzja, opinia o filmie [Kino Świat]. Niby to samo, ale zupełnie inaczej
Po krótkim zapoznaniu z młodymi i szczęśliwymi Jamesem i Mary (Jeremy Irvine i Hannah Emily Anderson), historia przeskakuje do przodu i widzimy już tylko samego Jamesa, pijanego, zniszczonego, skrajnie nieszczęśliwego. Kiedy znajduje zaadresowany do siebie list od swojej chyba już byłej dziewczyny, postanawia wyruszyć do Silent Hill, miasteczka, w którym przez chwilę z nią mieszkał, aby spróbować ją odnaleźć i poskładać jakoś to, co zostało z jego życia. Odwiedzając kolejne miejsca, w których spędzali wspólnie czas, James przypomina sobie powoli swoją przeszłość z Mary – czas od pierwszej sceny filmu do chwili obecnej. Co czeka go na końcu tej drogi? Ukochana kobieta, czy może coś znacznie gorszego i bardziej mrocznego?
Opuszczone, w większości przykryte pyłem i spowite mgłą miasto skrywa pewną tajemnicę – co jakiś czas zmienia zdaje się korodować, zmieniając swoją naturę i stając się znacznie bardziej niebezpiecznym. Dlaczego tak się dzieje i skąd biorą się rozsiane wszędzie potwory? Odpowiedź na to pytanie jest chyba największym problemem, jaki mam z tym scenariuszem. Z jednej strony, „Powrót do Silent Hill” jest samodzielną kontynuacją „Silent Hill” i „Silent Hill: Apokalipsa”, więc można by pomyśleć, że obowiązują w nim podobne zasady. W trakcie filmu dowiadujemy się, że znany z tamtych filmów kult wciąż działa w mieście, co mogłoby tłumaczyć obecność mrocznej strony miasta. Z drugiej zaś, w pewnym momencie Gans bardzo bezpośrednio tłumaczy widzom jaka jest dokładna natura tej wersji miasta, co nie zgrywa się za dobrze z wątkiem kultu.
Powrót do Silent Hill (2026) – recenzja, opinia o filmie [Kino Świat]. Wszystko jest ze sobą powiązane
A skoro już rozmawiamy o bezpośrednim biciu widza po głowie wyjaśnieniami – tych pan reżyser ma w zanadrzu znacznie więcej. Wspominałem już, że James spotyka na swojej drodze postacie z gry: Angelę, Eddie'ego, Laurę, Marię. Niestety, ze względu na raczej krótki czas seansu, opowiedzenie ich historii i ukazanie paraleli między nimi, a Jamesem byłoby praktycznie niemożliwe. Trzeba było więc wykombinować, co ciekawego można z nimi zrobić. I choć rozwiązanie twórców filmu może wydawać się być naciągane, to jednak pasuje do obranego tematu – jest narracyjnie spójne z pozostałymi elementami opowieści. To trochę dziwne, że w temacie kobiet dostaliśmy bardzo jasne i łatwe do przyswojenia wyjaśnienie, a już Eddie to taki tam po prostu oblech, który wpada na jedną, kilkuminutową scenę, po czym znika bezpowrotnie. Wydaje mi się jednak, że jego rola jest dokładnie taka sama jak dziewczyn, tyle że tym razem w stosunku do Jamesa – tak samo zresztą jak w przypadku postaci Piramidogłowego (który, niestety, znowu pojawia się w filmie dosłownie trzy razy, na łącznie jakieś pięć minut).
Oglądając zwiastun filmu, byłem niesamowicie zawiedziony, cóż, wszystkim. Nie podobał mi się wygląd głównego bohatera, Maria, Angela, Laura, efekty wizualne, dosłownie wszystko. Po obejrzeniu skończonego filmu muszę jednak odszczekać część swoich marudzeń. Po pierwsze, efekty wizualne. Jasne, kiedy biega po ulicach, James miejscami bardzo wyraźnie jest jedynie warstwą wklejoną na zbudowane w komputerze tło. Nie czarujmy się jednak, inaczej zrobić się tego nie dało, można było najwyżej lepiej go wkomponować. Ostatecznie jednak, wydaje mi się, że CGI w filmie nie jest AŻ TAK złe. Miasto jest obrzydliwe, często złapane w kadr niemal centymetr do centymetra z tym, co widzieliśmy w grze; proces transformacji, choć początkowo nie robi zbyt wielkiego wrażenia, przekonał mnie do siebie; biegające wszędzie karaluchy wyglądają odpowiednio obrzydliwie, kiedy całą chmarą gonią Jamesa. Potwory to raz jeszcze przede wszystkim po prostu poprzebierani ludzie, tancerze, gimnaści i wyglądają całkiem solidnie. Tylko jeden potwór w całym filmie wygląda po prostu źle i mocno wybija widza z seansu swoim projektem – w szczególności twarzą – co, jak na film z taką ilością monstrów nie jest najgorszym wynikiem. Druga sprawa, to postacie, które w tym nowym, filmowym kontekście, nie są wcale takie złe. No i uważam, że to całkiem zabawne, że Christophe Gans zatrudnił Evie Templeton nie zdając sobie sprawy, że będzie ona Laurą również w remake'u od Bloober Team. Tak po prostu musiało być.
Koniec końców, „Powrót do Silent Hill” prawie jest niezłym filmem. Prawie! Remiks fabularny zaproponowany przez filmowców w większości trzyma się kupy w ramach stworzonej przez siebie logiki i mechaniki działania tego świata, lecz rozpada się trochę, kiedy zaczynamy myśleć o szczegółach. Wygląd i rola potworów w filmie zdaje się nie być już tak nierozerwalnie powiązana z tematem całej historii, wątek kultu sprawia wrażenie wplecionego w fabułę na siłę, bez większego ładu i składu, a zakończenie, choć zdecydowanie bardzo hollywoodzkie, nie pasuje do reszty opowiadanej historii i jest zwyczajnym cop-outem, co jest o tyle dziwne, że Gans w wywiadach zdaje się całkiem nieźle rozumieć markę Konami. Może to studio nie pozwoliło mu zakończyć filmu w bardziej odpowiedni sposób? Patrząc po wynikach filmu, raczej już nigdy się o tym nie przekonamy – co wydaje się być dziwnie odpowiednim losem dla historii osadzonej w Silent Hill.
Atuty
- Całkiem solidnie wyglądające miasto;
- Ujęcia i praca kamery jak żywo wyciągnięta z gry;
- Ma kilka ciekawych pomysłów na siebie;
- Akira Yamaoka wraca z paroma starymi i garścią nowych utworów.
Wady
- Adaptacja zgubiła znaczną część ciężaru emocjonalnego i filozoficznego tej opowieści;
- Wątek kultu dodany od czapy;
- Miejscami bardzo rzucające się w oczy CGI;
- Nie szanuje inteligencji widzów, łopatologicznie tłumacząc wszystkie niuanse fabuły;
- James i Mary nie mają praktycznie żadnej chemii.
„Powrót do Silent Hill” raczej nie spodoba się fanom gry Konami i jej remake'u od naszego Bloobera. Christophe Gans za daleko odchodzi od esencji tego, co sprawiło, że gracze pokochali tę historię. Jako samodzielny twór broni się już trochę lepiej, choć wciąż jest to raczej chaotyczna i nie do końca przemyślana opowieść, która czuje potrzebę tłumaczenia widzowi każdego najmniejszego detalu, żeby się przypadkiem nie pogubił.
Przeczytaj również
Komentarze (21)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych