Mała Amelia (2025) – recenzja, opinia o filmie [So Films]. Dziecięca perspektywa
Na początku nie było niczego. Poza Bogiem. Później pojawił się świat, ludzie, dźwięki i kolory, lecz Bóg zdawał się ich nie dostrzegać, bytować we własnym, zamkniętym wokół swojego ciała świecie. Wszystko to zmieniło się, gdy pewnego dnia Bóg spróbował niebiańskiego pożywienia – białej czekolady. Nagle Bóg stał się częścią zewnętrznego świata. Zyskał też imię – Amelia.
Przyznam, że w pierwszych minutach seansu miałem wrażenie, że oglądam film o religii. Lekko zawiedziony, nastawiłem się na tłuczenie mnie po głowie banalnymi alegoriami i tanią moralizatorkę. Chwilę później dotarło do mnie jednak, że sytuacja jest znacznie bardziej prosta, a jednocześnie dużo ciekawsza. „Mała Amelia” to opowieść o dziecku z perspektywy tegoż właśnie dziecka. Nie pamiętam, szczerze mówiąc, czy zdarzyło mi się wcześniej spotkać z historią, która tak ciekawie, a przy tym zabawnie i z sercem, rozkładałaby na czynniki pierwsze początki ludzkiego życia z takiej perspektywy.
Bo musisz wiedzieć, że przed chwilą nominowana do Oscara w kategorii „Najlepszy film animowany” Amelia, to w gruncie rzeczy bardzo prosta opowieść. Znamy wszystkie te bity – wiecznie nie mający dla niej czasu rodzice, starsze rodzeństwo, z którym trudno się dogadać, babcia jako jedyna osoba, która zdaje się naprawdę ją rozumieć, a później niania, z którą utworzy najważniejszą więź swojego młodego życia. To już wszystko było. Żeby daleko nie szukać, niemalże każdy z tych wątków był swego czasu fabułą odcinka „Świata Według Ludwiczka”. Tym, co sprawia, że historia Amelki jest ciekawa, jest właśnie ta niebanalna perspektywa. Ludi o swoim dzieciństwie opowiadał z perspektywy dorosłego człowieka. Amelka prowadzi narrację „na bieżąco”.
Mała Amelia (2025) – recenzja, opinia o filmie [So Films]. Mała Belgijka i Kraj Kwitnącej Wiśni
Historia „Małej Amelii” to w rzeczywistości historia Amelii Nothomb, Belgijskiej pisarki, która kilka lat swojego młodego życia spędziła w Kobe, w Japonii. Sama o sobie mówi, że czuje się Japonką i te pierwsze lata w Kraju Kwitnącej Wiśni były dla niej bardzo ważne. Wiedza ta pozwala nam jeszcze lepiej zrozumieć, jak istotna była dla niej relacja z Nishio-san, lokalną dziewczyną, której zadaniem było pomóc rodzicom Amelii wokół domu, a która ostatecznie stała się nianią, powierniczką i najbliższą przyjaciółką dziewczynki. Ich relacja w filmie i tak jest bardzo urocza, pokazując jak istotna jest więź dziecka z opiekunem, ale bez zewnętrznej wiedzy, że są to żywe wspomnienia żywego człowieka, a nie jedynie fikcja literacka, bezpowrotnie tracimy część emocjonalnego ładunku, który niesie ze sobą film. Oczywiście to nie tak, że cały film jest stricte biografią Nothomb. Filmowcy pozwolili sobie na pewną dozę artystycznej wolności aby film się lepiej oglądało. Czasami wychodzą z tego jednak dziwne sytuacje, jak kiedy Amelia zaczyna płakać, bo chciałaby się wysłowić, ale jej buzia produkuje tylko proste dźwięki gaworzenia, a jej rodzice wpadają w panikę, nie mają pojęcia co robić, dzwonią po babcię, bo ona na pewno będzie wiedziała jak poradzić sobie z sytuacją. Serio? To wasze trzecie dziecko. Ma już dwa i pół roku. A wy wpadacie w panikę, bo zaczęło płakać?
Drugim, interesującym elementem filmu jest jego kontekst kulturowy. Rzecz dzieje się w Japonii, pod koniec lat sześćdziesiątych. Niby od wojny minęło już trochę czasu, lecz rany w sercach Japończyków wciąż pozostają otwarte i leje się z nich krew. Abstrahując już od tego kto kogo i kiedy zaatakował, pozwala to zobaczyć jak wspomnienia wojny działały na ocalałych i zobrazować trudną sytuację, w której znajdowali się zarówno miejscowi, jak i przyjezdni. Właścicielka domu, w którym mieszka nasza bohaterka, pani Kashima, wynajmuje im go i nawet znajduje osobę do pomocy, ale nie dlatego, że faktycznie chce pomóc Belgom. Musi wynająć im ten dom, bo potrzebuje pieniędzy. Nie chce aby go zniszczyli, więc sprowadza Nishio-san. Wraz z Amelią poznajemy również fragmenty japońskich wierzeń i kultury, zawsze jednak ze stygmatem osoby z zewnątrz.
Mała Amelia (2025) – recenzja, opinia o filmie [So Films]. Delikatne, pastelowe dzieciństwo
Najbardziej charakterystycznym elementem filmu jest jego warstwa wizualna. Reżyserzy filmu,
Liane-Cho Han Jin Kuang i Eddine Noël poznali się podczas prac nad storyboardami do „Małego Księcia” z 2015 roku. Obaj byli zaintrygowani książką Nothomb i uważali, że dobrze byłoby zrobić na jej podstawie animację. „Czułem, że to jedyne medium, na które da się tę historię przenieść”, mówi Han. Chodziło o pokazanie tej dziecięcej perspektywy, świata, który jest w pełni nieodgadniony, a każde nowe miejsce ma w sobie magię. Postawili więc na bardzo interesujący styl graficzny, gdzie raczej proste kształty i nieskomplikowane cienie tworzą pięknie nasycone obrazy. Brak konturów nadaje im całkiem naturalistyczny charakter, prawie jakbyśmy oglądali podkolorowany obraz rzeczywistości. Tylko okazjonalnie miałem problem z odszyfrowaniem na co właściwie patrzę, na przykład kiedy na ekran wchodziło zbliżenie dwóch ściśniętych dłoni o podobnym kolorze skóry. W tych momentach jednak kontury by się przydały. Mała to jednak cena za w innym wypadku pięknie zrealizowany obraz.
W naszych kinach większość seansów grana jest z dubbingiem – choć dla chętnych są i pojedyncze kina, w których usłyszymy oryginalne, francuskie głosy aktorów – którego reżyserem został pan Jacek Bończyk. Role w filmie zostały dobrane bardzo dobrze. Przed seansem miałem pewne wątpliwości co do obsadzenia w roli ojca Amelki tak młodego aktora, jak Aleksander Bauman i przez pierwsze minuty filmu gdzieś tam rzucało mi się w ucho, że to raczej młody głos, ale myślę, że to w dużej mierze przez to, że widziałem przed seansem samego aktora. Szybko jednak się do niego przyzwyczajamy, a ciepło jego głosu staje się synonimiczne z odgrywaną postacią. W pozostałych rolach usłyszymy też Joannę Brodzik jako niemiłą Kashimę-san, na kilka kwestii wpada Małgorzata Foremniak, a głosem Amelii-narratorki została Zuzanna Bernat, podczas gdy jej młodszą wersję zagrała Janina Kostrzewska. W trakcie seansu miałem lekki problem z rzeczowym, pozbawionym emocji tonem Angeliki Kurowskiej, czyli filmowej mamy, ale musiał on być właśnie taki, aby stanowić kontrast do nieskończenie ciepłej, cierpliwej i miłej Nishio-san w wykonaniu Ewy Prus. Jak to zwykle bywa w temacie polskiego dubbingu filmów animowanych – dostaliśmy kolejną, porządną polską ścieżkę dźwiękową.
„Mała Amelia” to niezwykły film o ostatecznie całkiem zwyczajnej dziewczynce (jednak nie o Bogu). To bardzo ładna opowieść o dorastaniu, miłości, akceptacji, różnych kulturach, pełna mądrych obserwacji i filozoficznych wywodów. Choć wygląda na typowy film dla maluchów, uważam, że najlepiej pokazywać go dzieciom już trochę starszym – a i one zapewne będą czasami wymagały uzupełnienia im kontekstu. Zdecydowanie warto obejrzeć. I dzieci i ich rodzice znajdą tu coś dla siebie.
Atuty
- Piękny styl artystyczny;
- Wiele mądrych spostrzeżeń;
- Humor wynikający z umieszczenia perspektywy w głowie małego dziecka;
- Można dowiedzieć się czegoś o Japonii;
- Potrafi wzruszyć do łez.
Wady
- W gruncie rzeczy, sytuacje przydarzające się Amelii są raczej typowe i mało oryginalne;
- Kilka dziwnych decyzji scenariuszowych – głównie skoncentrowanych na postaciach rodziców.
Wczesne dzieciństwo rezolutnej, małej dziewczynki. „Mała Amelia” nie tylko pokazuje jak wygląda świat z perspektywy dziecka, ale również uczy widza o kulturze Kraju Kwitnącej Wiśni – bawi, ale też porusza.
Przeczytaj również
Komentarze (0)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych