Percy Jackson i bogowie olimpijscy (2025) - recenzja 2. sezonu serialu [Disney+]. Epickie zakończenie
Zapomnijcie o bezpiecznym dreptaniu po brzegu z pierwszego sezonu. Druga odsłona przygód syna Posejdona to skok na głęboką wodę - dosłownie i w przenośni. Finałowy odcinek nie tylko domyka wątek „Morza Potworów”, ale zostawia nas z cliffhangerem tak potężnym, że oczekiwanie na trzecią serię będzie prawdziwą torturą. Disney+ w końcu zrozumiał herosi muszą dorosnąć, a stawka musi boleć.
Jeśli pierwszy sezon był jak nauka chodzenia w za dużych butach - ostrożna, momentami niezgrabna, choć pełna uroku - to sezon drugi jest momentem, w którym serial zaczyna biec. I to sprintem. Obejrzałem właśnie finałowy, ósmy odcinek i muszę to powiedzieć głośno - to jest ten serial, na który czekaliśmy od lat. Twórcy, mając za sobą bezpieczny start, w końcu odważyli się zaryzykować. „Morze Potworów” w wersji streamingowej to nie jest już tylko laurka dla fanów książek Ricka Riordana. To autonomiczny byt, który potrafi zaskoczyć nawet tych, którzy „Złodzieja Pioruna” i kolejne tomy znają na pamięć. Finał sezonu udowadnia, że showrunnerzy mają plan nie tylko na adaptację, ale na redefinicję tego świata. Ostatnie minuty ósmego epizodu to emocjonalny nokaut, który zmienia dynamikę całej serii. Ale zanim dojdziemy do brzegu, sprawdźmy, jak przebiegł ten rejs i dlaczego Złote Runo okazało się czymś więcej niż tylko magicznym rekwizytem.
Percy Jackson i bogowie olimpijscy (2025) - recenzja i opinia o 2. sezonie serialu [Disney+]. Kiedy potwory pukają do drzwi (i serc)
To, co uderza od pierwszych minut, a co krystalizuje się w pełni w drugiej połowie sezonu, to zmiana ciężaru gatunkowego. To nie jest już urocza opowieść o dzieciakach na wycieczce. Sezon drugi, eksplorując wątek braterstwa z Tysonem (kapitalny Daniel Diemer, który zasługuje na osobny akapit pochwalny), wchodzi w rejony, których Disney zwykle unika. Wykluczenie, wstyd, skomplikowane relacje rodzinne - to wszystko zostało podane w sposób zaskakująco dojrzały. Relacja Percy'ego z jego cyklopim bratem jest sercem tej historii, bijącym mocniej niż jakikolwiek magiczny artefakt.
Scenariuszowo sezon ten stoi o klasę wyżej niż poprzednik. Dialogi przestały szeleścić papierem, a stały się naturalną wymianą zdań między nastolatkami, którzy wiedzą, że ich życie ma datę ważności. Widać to szczególnie w chemii między głównym trio. Walker Scobell (Percy), Leah Sava Jeffries (Annabeth) i Aryan Simhadri (Grover) nie grają już ról - oni są tymi postaciami. Szczególnie Annabeth dostała w tym sezonie przestrzeń, aby pokazać swoje pęknięcia. Jej uprzedzenia i strach nie są zamiatane pod dywan, ale stanowią kluczowy element jej rozwoju. A Clarisse La Rue? Dior Goodjohn to absolutna kradziejka scen. Jej wściekłość, duma i desperacka potrzeba akceptacji ze strony Aresa sprawiają, że z jednowymiarowego łobuza staje się jedną z najbardziej tragicznych i fascynujących postaci. To właśnie dzięki nim ten sezon, mimo (nadal obecnych) pewnych skrótów fabularnych, ogląda się z wypiekami na twarzy.
Percy Jackson i bogowie olimpijscy (2025) - recenzja i opinia o 2. sezonie serialu [Disney+]. Wizualna uczta z lekką chorobą morską
Pamiętacie ten klaustrofobiczny „Volume” z pierwszego sezonu, gdzie las wyglądał jak tapeta w Windowsie? Zapomnijcie o tym. Sezon drugi to wizualny oddech. Widać budżet, widać rozmach i widać, że ktoś w końcu zrozumiał, jak pokazać mitologię w XXI wieku. Sceny na morzu, starcie z Hydrą, czy wizyta na wyspie Kirke to kawał solidnej, rzemieślniczej roboty CGI. Oczywiście, wciąż zdarzają się momenty, gdzie tło nieco „pływa” (i nie mam tu na myśli fal), a niektóre nocne sekwencje wymagają zasłonięcia rolet w pokoju, żeby cokolwiek dostrzec, ale progres jest gigantyczny.
Jednak to, co robi największe wrażenie, to wygląd potworów i lokacji. Statek „Księżniczka Andromeda” to majstersztyk scenografii, łączący nowoczesny luksus z mrocznym, demonicznym podtekstem. Mechaniczne byki z początku sezonu mają w sobie odpowiedni ciężar i grozę. Ale to finałowe lokacje i sposób, w jaki przedstawiono działanie Złotego Runa, robią największą robotę. Efekty wizualne w 8. odcinku służą narracji, a nie tylko efekciarstwu. Magia w tym świecie jest niebezpieczna, dzika i nieprzewidywalna - i w końcu to widać. Nie jest to już sterylna magia Disneya, ale pierwotna siła, z którą nie ma żartów. Muzyka Beara McCreary’ego idealnie dopełnia ten obraz, w finale wznosząc się na wyżyny epickości, przy których trudno nie poczuć ciarek.
Percy Jackson i bogowie olimpijscy (2025) - recenzja i opinia o 2. sezonie serialu [Disney+]. Finał, który zmienia zasady gry
Dochodzimy do creme de la creme - ósmego odcinka. Po siedmiu epizodach budowania napięcia, finał musiał dowieźć. I dowiózł, choć może nie w taki sposób, jakiego spodziewali się widzowie nieznający książek. To nie jest typowa bitwa „dobrzy kontra źli”, gdzie po wszystkim następuje happy end i ognisko pod gołym niebem. Finałowy odcinek to lekcja o konsekwencjach. Zdobycie Złotego Runa to jedno, ale jego użycie to zupełnie inna para kaloszy. Trudno się również nie zgodzić z tym, że działa tu tytułowa magia - i to aż za dobrze.
Ostatnie 40 minut sezonu to rollercoaster. Tempo jest zabójcze, ale reżyserii udaje się nie zgubić emocjonalnego sensu wydarzeń. Dostajemy odpowiedzi na kilka kluczowych pytań dotyczących przepowiedni, ale zamiast kropki, twórcy stawiają wielki, pogrubiony wykrzyknik. Cliffhanger, którym kończy się ten sezon, jest jednym z tych momentów telewizyjnych, które będą analizowane klatka po klatce przez następne dwa lata. To zakończenie, które redefiniuje układ sił w Obozie Herosów. Zwycięstwo ma gorzki smak, a granica między sukcesem a katastrofą okazuje się cieńsza niż pajęczyna Arachne. Serial kończy się w punkcie, w którym nic już nie będzie takie samo - i to najlepsza rekomendacja, jaką mogę mu wystawić.
Percy Jackson i bogowie olimpijscy (2025) - recenzja i opinia o 2. sezonie serialu [Disney+]. Podsumowanie
Drugi sezon „Percy’ego Jacksona” to dowód na to, że twórcy wyciągnęli wnioski. Mniej ekspozycji, więcej akcji. Mniej stania w miejscu, a większy nacisk na rozwój postaci. Mniej bezpiecznych rozwiązań, więcej ryzyka. Finałowy odcinek to wisienka na torcie, która sprawia, że całość smakuje wybornie, choć momentami czuć tę lekką goryczkę. To już nie jest serial dla dzieci, a pełnokrwiste fantasy, które szanuje inteligencję widza i materiał źródłowy, jednocześnie mając odwagę, by pójść własną ścieżką. To coś czego brakuje dziś wielkim produkcjom.
Atuty
- Finałowy twist, który wgniata w fotel
- Niesamowity rozwój postaci (zwłaszcza Clarisse i Tyson)
- Znacznie lepsze efekty specjalne
- Brak dłużyzn
Wady
- Niektóre sceny wciąż są zbyt ciemne
- Wątek Luke’a mógłby być bardziej wyeksponowany w środku sezonu
Jeśli tak ma wyglądać przyszłość tej franczyzy, to ja już pakuję plecak do Obozu Herosów.
Przeczytaj również
Komentarze (2)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych