Tysiąc ciosów (2026) - recenzja i opinia o 2 sezonie serialu [Disney+]. Ból, który nie mija
Steven Knight powraca do londyńskiego rynsztoka, by tym razem wyłowić z niego nie tyle diamenty, co pęknięte serca i zdruzgotane szczęki. Drugi sezon „Tysiąc ciosów” to już nie tylko opowieść o boksie - to ponura, wiktoriańska opera rozpisana na trzy głosy, w której nadzieja umiera szybciej niż zawodnik na ringu. Jeśli pierwszy sezon był obietnicą - głośną, brutalną i nieco chaotyczną - to sezon drugi jest jej mrocznym spełnieniem. Steven Knight, architekt serialowych imperiów, tym razem zabiera nas w podróż o rok późniejszą od dramatycznych wydarzeń finału pierwszej serii, ale emocjonalnie jesteśmy lata świetlne dalej.
Londyn roku 1880 nie jest tu tłem, a jest bestią, która oddycha smogiem i żywi się ambicjami swoich mieszkańców. Wracamy do Hezekiaha Moscow (magnetyczny Malachi Kirby) i Sugara Goodsona (Stephen Graham w życiowej formie), ale nie są to już ci sami ludzie. To cienie dawnych wojowników, tańczące swój chocholi taniec na zgliszczach tego świata. Disney+ serwuje nam produkcję, która wizualnie onieśmiela, a fabularnie - mimo pewnych arytmii - uderza z siłą młota pneumatycznego.
Tysiąc ciosów (2026) - recenzja i opinia o 2 sezonie serialu [Disney+].Symfonia pękniętych kości
Stephen Graham jako Sugar Goodson to zjawisko, które powinno być badane przez sejsmologów, a nie krytyków filmowych. W drugim sezonie zastajemy go na dnie butelki, złamanego, odrzuconego przez własną krew, a jednak wciąż przerażającego. Jego relacja z bratem (James Nelson-Joyce) ewoluuje w stronę antycznej tragedii, gdzie miłość i nienawiść są awersem i rewersem tej samej, zakrwawionej monety. Graham gra tu nie tyle mięśniami, co oczami - jest w nich ból rannego zwierzęcia, które wie, że jego czas mija.
Z drugiej strony ringu mamy Hezekiaha. Kirby wznosi się na wyżyny aktorstwa, portretując człowieka, który wygrał walkę, ale przegrał duszę. Jego droga w tym sezonie - od walk na barkach, z dala od prawa, ku próbie odzyskania godności - to studium żałoby i wściekłości. Sceny walk, choć nadal brutalne i zrealizowane z niemal fetyszystyczną dbałością o detale anatomiczne, ustępują miejsca walkom wewnętrznym. To już nie jest serial o tym, jak mocno potrafisz uderzyć, ale o tym, ile ciosów jesteś w stanie przyjąć, zanim ostatecznie pękniesz. Chemia między tą dwójką, nawet gdy nie dzielą ekranu, napędza całą narrację. To grawitacja nienawiści, od której nie ma ucieczki.
Tysiąc ciosów (2026) - recenzja i opinia o 2 sezonie serialu [Disney+]. Gorset jako pancerz, szpilka jako sztylet
Jednakże, prawdziwym sercem tego sezonu - i być może jego największym triumfem - jest Mary Carr i jej gang "Forty Elephants". Erin Doherty kradnie każdą scenę, w której się pojawia, a robi to z gracją drapieżnika. W pierwszym sezonie Mary była intrygująca, a w drugim staje się ikoną. Doherty buduje postać, która w patriarchalnym, dusznym świecie wiktoriańskiej Anglii wycina sobie przestrzeń brzytwą. Jej plan skoku na dzieło Caravaggia (wątek z Sophie Lyons, granej przez Catherine McCormack) nadaje serialowi posmak klasycznego heist movie, ale przefiltrowanego przez brudną estetykę Knighta.
To fascynujące, jak scenarzyści eksplorują kobiecą solidarność w świecie przestępczym. "Forty Elephants" to nie tylko gang złodziejek to matriarchalna struktura w świecie rządzonym przez pięści mężczyzn. Relacja Mary z Alice Diamond i jej matką to skomplikowana sieć lojalności i manipulacji. Doherty potrafi być jednocześnie krucha i przerażająca, a jej kobiecość w tym serialu to nie atrybut ozdobny, lecz broń równie śmiercionośna co kastet Sugara. To właśnie w wątku kobiecym serial zyskuje najwięcej świeżości, uciekając od schematów typowego męskiego kina akcji.
Tysiąc ciosów (2026) - recenzja i opinia o 2 sezonie serialu [Disney+]. Miazmaty wiktoriańskiego splendoru
Technicznie „Tysiąc ciosów” to majstersztyk. Scenografia nie udaje - ona cuchnie. Czuć wilgoć bruku, lepkość krwi i gryzący dym z kominów. Operatorzy malują obraz światłem i cieniem, nawiązując do malarstwa epoki, co tworzy niesamowity dysonans z brutalnością pokazywanych zdarzeń. Londyn nie jest tu pocztówką, jest labiryntem, pułapką bez wyjścia. Niemniej jednak, serial nie ustrzegł się błędów. Tempo drugiego sezonu bywa nierówne. O ile początkowe odcinki budują napięcie w sposób niemal hitchcockowski, środek sezonu momentami grzęźnie w repetytywności.
Wątek szkolenia księcia Alberta Victora wydaje się nieco doklejony, służąc bardziej jako historyczna ciekawostka niż integralna część fabuły. Czasami ma się wrażenie, że Knight tak bardzo zakochał się w swoich dialogach i atmosferze, że zapomniał popchnąć akcję do przodu. Jednakże finał - frenetyczny, emocjonalny i domykający kluczowe wątki - wynagradza te chwile przestoju. To konkluzja satysfakcjonująca, choć gorzka, pozostawiając widza z poczuciem, że w tym świecie nie ma happy endów, są tylko chwile oddechu między rundami.
Tysiąc ciosów (2026) - recenzja i opinia o 2 sezonie serialu [Disney+]. Podsumowanie
Drugi sezon „Tysiąc ciosów” to serial wysokiej klasy. To dzieło dojrzałe, które nie boi się ciszy i trudnych pytań o tożsamość, rasę i klasowość w imperium chylącym się ku upadkowi. Malachi Kirby i Stephen Graham tworzą duet, który przejdzie do historii w streamingu, a Erin Doherty udowadnia, że jest jedną z najciekawszych aktorek swojego pokolenia. Choć scenariusz momentami łapie zadyszkę, całość nokautuje atmosferą i emocjonalnym ciężarem. To nie jest lekka rozrywka do popcornu. To serial, który zostaje pod powiekami i wchodzi pod skórę, niczym drzazga z ringu, na którym walczy się o życie.
Atuty
- Genialnie napisana fabuła
- Wybitne aktorstwo (Graham!)
- Gęsta atmosfera
- Świetny wątek kobiecy
Wady
- Nierówne tempo
- Momentami pretekstowe wątki historyczne
- Niektóre wątki mogłyby być bardziej rozbudowane
Tysiąc ciosów bije z całej siły - i ten cios boli. Ale to ból, który warto poczuć.
Przeczytaj również
Komentarze (4)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych