SKLEP
Roger Żochowski 08.11.2017
Need for Speed Payback - recenzja gry. Kolejna dobra gra skażona mikrotransakcjami
3987V

Need for Speed Payback - recenzja gry. Kolejna dobra gra skażona mikrotransakcjami

Need for Speed Payback już w momencie pierwszych trailerów nie trafił w mój gust. Otoczka rodem z "Szybkich i wściekłych", ziomalskie gadki i czerstwe dialogi zwiastowały jedną ze słabszych odsłon ostatnich lat. I pierwsze minuty gry tylko mnie w tym utwierdziły.

Need for Speed Payback
  • Platformy:  PS4   XONE   PC 
  • Data premiery - Polska: 10.11.2017
  • Pełna
  • od lat 12

Całe szczęście gra po mocno liniowym początku, w którym poznajemy głównych bohaterów i śledzimy naciąganą jak leginsy na tyłek Kim Kardashian fabułę, mocno się rozkręca. Nie dotyczy to wprawdzie scenariusza, który od początku do końca bazuje na zjechanych kliszach, absurd goni absurd a z dramatycznych scen robi się komedia. Nie nastawiajcie się na nic głębokiego. To opowieść o grupie „dwóch typów i jednej typiary”, która postanawia przeciwstawić się rządzącej w mieście mafii i zmazać upokorzenie związane z kradzieżą cennego auta.

Mafii, która nie potrafi nawet wyeliminować wchodzącym jej w drogę młokosów a najmocniejszą obelgą w gangsterskim słowniku jest "ty frajerze". Do szczęścia brakowało mi jeszcze "jesteś u pani" i "dorwę cię skurczybyku". Nie da się tego śledzić bez przymykania oka. Historia to takie PEGI 12 - lekka, przyjemna, efektowna. Czasami nawet jeden na dziesięć sucharów wypali i pozwoli nam uśmiechnąć się pod nosem. Tyle dobrze, że twarze bohaterów wyglądają nieźle i nie zabrakło znanych aktorów. Naszą główną rywalkę gra tutaj Naomi Nagata znana z serialu The Expanse. To jednak nie ze względu na fabułę będziecie chcieli spędzać czas w Fortune Valley, ogromnej mapie inspirowanej Las Vegas.

Ocean możliwości

Jak wspomniałem po liniowym wstępie jesteśmy wrzuceni na ogromną mapę składającą się z terenów pustynnych, efektownych kanionów, lasów, starego lotniska, setek kilometrów dróg wijących się po malowniczych i stromych zakątkach oraz autostrad prowadzących do całkiem obszernej metropolii wzorowanej na Mieście Grzechu. Z obowiązkowymi kasynami i efektownie oświetlonymi hotelami. Cykl dnia i nocy jest obecny (promienie słońca i unoszący się piasek na pustyni wyglądają klimatycznie), ale zapomniano o zmiennych warunkach atmosferycznych. Otwarte tereny mieliśmy już w poprzednich odsłonach Need for Speeda, jednak nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że sporo elementów czy nawet kolorystykę znaczników zapożyczono tym razem z Forza Horizon. Czuć w tym wszystkim również duży wkład zakopanego już chyba na dobre Burnouta, choć Payback nie ma takiego potencjału, by grze Criterion choćby dorównać. Co nie zmienia faktu, że tereny zwiedza się z przyjemnością odkrywając kolejne misje i poboczne zadania. A jest tego naprawdę sporo. Rozwalamy bilbordy, walczymy w różnych versusach z okolicznymi kozakami awansując w hierarchii, zbieramy żetony z kasą, pobijamy rekordy na fotoradarach mierzących prędkość, zaliczamy spektakularne skoki, obszary do driftowania czy odcinki, w których musimy przez jakiś czas utrzymać odpowiednią prędkość. Dla lubiących wsadzić nos w każdy kąt są też do zebrania wraki samochodów, z których później w garażu możemy zrobić kilkusetkonne potwory siejące postrach na szosach. Aby je jednak znaleźć trzeba zlokalizować tak sam wrak jak i części do niego poukrywane na mapie. A wskazówką są tylko orientacyjne zdjęcia z przybliżoną lokalizacją. Nie obejdzie się bez szukania ukrytych dróg na wyższe kondygnacje mapy. A to nie wszystko, bo mamy przecież stacje benzynowe będące punktami szybkiej podróży, warsztaty z ulepszeniami do aut jak i salony, w których znajdziemy sporą liczbę pojazdów takich marek jak BMW, Audi, Honda, Subaru, Pagani, Pontiac, Porsche, Mitsubishi, Mercedes, Nissan, Mazda, Aston Martin, Chevrolet, Dodge, Ford, Jaguar,  McLaren, Lamborghini, Lincoln, Infiniti, Volvo czy Volkswagen. Jest nawet stary wysłużony Golf 1 czy Civic z 1997 roku. Pojazdy zostały odwzorowane z pietyzmem, choć nie jest to takie samochodowe porno jak choćby w nowej Forzie czy GT Sport

Auta podzielone są na kilka kategorii - jedne doskonale nadają się do klasycznych wyścigów, inne do driftów a jeszcze inne do rywalizacji na "jedną milę", gdzie trzeba odpowiednio zmieniać biegi. Są jeszcze terenówki oraz pojazdy specjalizujące się w ucieczkach przed policją. Każda klasa ma swój salon samochodowy, w których wraz z postępami odblokowują się kolejne fury. To wiąże się też ze wspomnianymi bohaterami - każdy jeździ innymi typami wozów. Tyler, na którym skupia się fabuła, startuje w wyścigach i dragach. Czarnoskóry i chyba najbardziej zabawny z całej grupy Mac specjalizuje się w terenówkach oraz drifcie zaś blondwłosa Jess grająca kobitę z jajami (zaznaczę że tylko w przenośni, w dzisiejszych czasach nic nie jest pewne) pełni rolę eksperta od ucieczek przed policją. Starcia ze stróżami prawa lekko mnie zawiodły. Gdzie podziało się nerwowe wypatrywanie kolczatek? Strach przed mandatem? Klimatyczne rozmowy policjantów nas ścigających słyszane w głośniczku DualShocka byłyby fajne, gdyby same pościgi wzbudzały większe emocje. Zresztą zmierzyć się ze smerfami możemy przede wszystkim w misjach Jess - policja podczas eksploracji mapy jest nieobecna choćbyśmy ścinali wszystkie latarnie i inicjowali karambole. Niemniej jednak fakt, że każda z postaci startuje w innych zawodach urozmaica mocno rozgrywkę. Kończąc kolejne ligi poznajemy nowych bohaterów, którzy dołączają do nas przeciwstawiając się mafii. Głosami liderów owych lig w pełnej polskiej lokalizacji przemawiają takie gwiazdy jak Joanna "już nie będę kozaczyć" Jędrzejczyk czy znamy polski raper - O.S.T.R. Wyszło przyzwoicie, choć nie znalazłem nigdzie opcji zmiany języka na angielski. Zapewne jedynym sposobem jest jego zmiana w systemie konsoli. Muzyka jakaś tam sobie gra, możemy ją sobie nawet zmieniać, a czasami w radiu słychać lokalną „didżejkę” wzbogacającą anegdotkami miałką fabułę, ale nic jakoś specjalnie nie wpadło mi w ucho. Za to dźwięki silników, zmienianych biegów czy odpalania nitro - poezja. 

Lep na blachary


Drage race to jeden z kilku typów wyścigów, jakie pojawiają się w grze

Model jazdy jest bardzo podobny do tego z poprzedniej odsłony. To czyste arcade w dodatku mało wymagające. Nie ma problemu by przy szybkości 250 kilometrów wrzucić sobie ręczny i pokonać na luzaku ostry zakręt. Skręcając lekko gałkę i wciskając hamulec możemy też bez większych trudności wejść w drift. Poślizgi jest bardzo łatwo kontrolować i nawet jak wypadniemy z trasy powrót na nią to bułka z masłem. I choć czuć różnice w prowadzeniu poszczególnych aut, to model jazdy został tak zaprojektowany, by można było go łatwo opanować. Poczucie prędkości jest obecne zwłaszcza przy wyskakujących z kapci furach, przekraczających 300 km/h (towarzyszy temu dorysowywanie się obiektów), ale jak dla mnie za dużo tu efekciarstwa. Gdyby chociaż model zniszczeń był tak zaawansowany jak Burnoucie - ale nie jest. Szyby pękają, blacha się gniecie, ale po dzwonie z innym autem mamy wrażenie, jakbyśmy popylali czołgiem. Dobrze przynajmniej, że w opcjach dodano możliwość włączenia manualnej skrzyni biegów. Boli za to brak kamery z kokpitu. Rozbijamy się po mieście nierzadko luksusowymi furami, a nie możemy rzucić okiem na deskę rozdzielczą. 

Całe szczęście nie pokpiono opcji tuningu. Bawiłem się tak dobrze jak swego czasu w Undergroundach. W garażach, które kupujemy na mapie, możemy zmienić oblicze naszych aut nie do poznania. I choć początkowo większość opcji wizualnego tuningu jest zablokowana, wykonując poboczne zadania i zaliczając różne wyzwania w końcu dostaniemy dostęp do takich bajerów jak modyfikacja kół, tarcz hamulcowych, elementów karoserii, hydrauliki, szyb, lusterek czy kosmetycznych bajerów pokroju świecących neonów. Dodatkowo istnieje całkiem zaawansowany tryb malowania własnych vinyli. Spokojnie można tu spędzić kilka godzi tworząc swoje wzory, te profesjonalne, jak i te, przy których wieś tańczy. Co więcej w trakcie jazdy możemy w szybkim menu zmienić w locie siłę i docisk układu kierowniczego dostosowując auto do własnych preferencji. Przydałoby się wprawdzie więcej opcji grzebania w furach, ale to w końcu nie Project Cars tylko zręcznościówka.

Grzechy główne


Świat gry jest naprawdę spory, a na mapie mamy masę pobocznych aktywności

O ile tuning wypada wzorowo, tak ulepszanie aut już nie. Deweloperzy podążyli za modnymi ostatnio kartami, lootboksami oraz znienawidzonymi przez graczy mirkotransakcjami. Z grubsza wygląda to tak, że zamiast kupowania części ulepszamy auta losowanymi bądź nabywanymi za walutę kartami Speed odpowiedzialnymi za hamulce, przyspieszenie, turbo itp. Karty mają różne wartości poprawiające osiągi auta i możemy je instalować, przenosić do garażu bądź od razu sprzedawać. Dodatkowo każda karta jest przypisana do jakiejś firmy, a łącząc karty tych samych producentów zyskujemy bonusy. Zupełnie nie trafia do mnie ten pomysł - wolałbym własnoręcznie kupować części i grzebać w furach niż ulepszać pojazdy w mocno losowy sposób. A co ze słynnymi skrzyneczkami z lootem? Te również są, choć wykonując questy poboczne czy różne wyzwania dzienne (np. przejedź 13000 kilometrów pod prąd bez wypadku, wykonaj 10 skoków powyżej 60 metrów) możemy wejść w ich posiadanie bez płacenia realnej kasy. W skrzyniach znajdziemy nie tylko walutę, ale również różne bonusy do tuningu auta (neony, kolorowy dym, nowe klaksony etc.) oraz żetony, które pozwalają wylosować więcej kart Speed ulepszających auto w mini-gierce przypominającej jednorękiego bandytę. Oczywiście są też dostępne pakiety Premium z jeszcze lepszymi bonusami, za które jednak przeważnie musimy już zapłacić realne pieniądze. Za najdroższą skrzyneczkę trzeba wyłożyć 209 złotych, czyli niemal tyle, co za grę. Wydawców nieźle pogięło w tym aspekcie i trzeba głośno piętnować takie wybryki. To jest już jawne żerowanie na graczach. A dlaczego żerowanie skoro dostajemy wolny wybór? Już tłumaczę.


Tuning daje radę (zdjęcie powyżej), za to pewna losowość w ulepszaniu fur już niekoniecznie

Przez pierwszą połowę gry grindingu praktycznie nie odczuwamy. Swoją drogą jako fan gier RPG wcale niemiałbym nic przeciwko takiemu nabijaniu dóbr, gdyby było ono angażujące i nie nużyło wymuszając niejako zakup premiowanych paczek. Jeśli zdecydujecie się ograć tylko fabułę (około 14-15 godzin gry) ulepszając zaledwie kilka aut, grindingu specjalnie nie odczujecie, spokojna głowa. Gdy jednak zapragniecie zmieniać pojazdy częściej stale odwiedzając salony samochodowe, stanie się on wrzodem na tyłku. A ja jako fan kolekcjonowania fur w grach wyścigowych jestem na to bardzo uczulony. Nie chcemy płacić kasy? To musimy powtarzać do znudzenia te same eventy, które już zaliczyliśmy. Fakt, są one dość zróżnicowane, bo trafiają się misje kurierskie, pojedynki w lokalnych ligach czy pościgi policyjne, w których goniący nas helikopter może nawet zgasić nam zapłon, ale to również w końcu się nudzi. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę szczegół, że przed niemal każdym wyścigiem możemy brać udział w zakładach stawiając kasę na to, czy uda nam się zrealizować opcjonalne zadania typu bądź na prowadzeniu przez minutę, rozwal 10 obiektów, wykonaj 800 metrowy drift itp. Dobrze przynajmniej, że EA zreflektowało się i tym razem nie zmusza nas do bycia "always online". Eureka chciałoby się wykrzyczeć pamiętając, że płytę z poprzednią odsłoną gry bez działających serwerów mogliśmy powiesić psu na szyi. Mimo to aspekt społecznościowy wciąż jest bardzo mocny choć nikt już nie wciska go nam kaloszem na twarz. Poza sieciowymi zmaganiami z żywymi graczami (wyścigi rankingowe nawet w ośmiu graczy, ale aby wejść do gry trzeba mieć auta odpowiednio podrasowane) mamy opcję Autolog, która na bieżąco w trakcie gry singlowej pozwala pobijać rekordy znajomych. Można też robić zdjęcia i vinyle dzieląc się nimi z innymi graczami, co akurat jest bardzo fajnym patentem i sam łapałem się za głowę patrząc jakie cuda tworzy społeczność kilka godzin po premierze. 

Po prostu dobra gra

Łatwo jest psioczyć na EA czy Ubisoft. Nazywać ich gry chłamem i szmelcem, chociaż poniżej pewnego poziomu zazwyczaj nie schodzą. Nie, nowy Need for Speed nie jest w żadnym wypadku crapem, nie jest nawet tytułem przeciętnym. Nikt z EA mi za taką opinię nie płacił, chociaż jeśli ktoś z Elektroników to czyta - kratą browarów nie pogardzę w ramach zadośćuczynienia za mikrotransakcje, które psują branżę. Jestem za tym by gracze pokazali, że mają tam gdzie słońce nie dochodzi pakiety skórek o wartości 200 złotych, bo jak tego nie zrobią to za chwilę w The Last of Us będziemy kupowali karty z zombiakami i brodą dla Joela. Ale pomijając wątek wciskanych już prawie do każdej nowej gry "skrzyneczek", nowy Need for Speed to wciąż dobra gra, przy której większość fanów arcade'owych wyścigów będzie się po prostu dobrze bawić. Hybryda starych odsłon Need for Speeda z Forzą Horizon i Burnoutem Paradise. Nie jest to gra lepsza od wspomnianych tytułów, ale wciąż godna uwagi i rajcująca. Duży ciekawy świat, niezła oprawa, w końcu konkretny tuning, spora liczba fur oraz zróżnicowane typy wyścigów i pobocznych aktywności mnie osobiście usatysfakcjonowały. Rewolucji nie ma - jest za to niezła ścigałka na długie jesienne wieczory.  

Tagi: electronic arts need for speed payback psx extreme recenzja

Werdykt
Graliśmy na: PS4
  • + Duży otwarty świat
  • + Zróżnicowane rodzaje wyścigów
  • + Masa pobocznych zadań
  • + Spora liczba fur podzielonych na różne klasy
  • + Tuning aut i malowanie własnych wzorów
  • + Zakłady przed wyścigami
  • - Miałka fabuła
  • - Niezbyt wymagający model jazdy
  • - Ulepszanie aut kartami
  • - Grinding zmuszą do powtarzania tych samych wyścigów
  • - Brak kamery z kokpitu
Roger Żochowski
Roger Żochowski Mimo irytujących mikrotransakcji, miałkiej fabuły i grindingu to wciąż dobra ściagałka z ogromną liczbą atrakcji. Nie hejtujcie samej gry - bo pod lootboksami i pakietami premium kryje się naprawdę solidny kawałek kodu.
Oceń recenzję
+ +16 -

Miesięcznik PSX Extreme