Święci od narkotyków (2022)

Święci od narkotyków (2022) - recenzja, opinia o serialu [Netflix]. Koreański Pablo Escobar

Piotrek Kamiński | 12.09, 21:32

Recenzja nowego serialu Netflixa z Korei, pod tytułem "Święci od narkotyków". Prosty biznesmen zostaje wplątany w operację złapania górnego przemytnika kokainy.

Bogu ducha winny biznesmen ładuje się w tarapaty, kiedy statek pełen jego płaszczek płynący do Korei zostaje zatrzymany, a w zwierzętach znalezione są znaczne ilości kokainy. Nie jego kokainy. Koreański wywiad oferuje mu wolność jeśli pomoże im złapać prawdziwego właściciela kontrabandy. 

Uwielbiam produkcje "oparte na faktach", albo "inspirowane prawdziwymi wydarzeniami". Te frazesy przecież absolutnie nic nie znaczą. Nawet totalnie odjechane science-fiction może być inspirowane prawdziwymi wydarzeniami i oparte na kilku prostych faktach. Nawet "Gwiezdne wojny" można by w ten sposób opisać, bo gdzieś tam kiedyś był przemytnik, który został bohaterem wojennym - i gotowe. Dzisiejszy serial idzie z absurdem jeszcze o krok dalej, informując widzów, że historia jest prawdziwa, ale zmieniono postacie i WYDARZENIA... To w końcu prawdziwa, czy nie?!

Święci od narkotyków (2022) - recenzja serialu [Netflix]. Warto przemęczyć się przez pierwszy odcinek

Ojciec Escobar

Kang In-Gu jest prostym człowiekiem z południowej Korei. Ma żonę, dwójkę dzieci, warsztat samochodowy, a od pewnego czasu zarządza klubem karaoke z hostessami. Radzi sobie jakoś, ale nie jest usatysfakcjonowany swoim życiem. Pewnego dnia odwiedza go przyjaciel i oferuje wspólny biznes - po taniości kupią cenne w Korei płaszczki w niewielkim państwie Surinam, w Ameryce Południowej gdzie uważane są za bezwartościowe szkodniki i będą je sprzedawać u siebie z wielkim zyskiem. Świetny plan... Przynajmniej na papierze, bo na miejscu okazuje się, że trzeba opłacić i rząd i chińskich mafiozów i pewnie jeszcze księdza! Kiedy już wydaje się, że wszystko powinno być ok, w transporcie znaleziona zostaje kokaina. Kto ją tam podłożył i dlaczego?

Przyznam, że pierwszy odcinek, mimo pozornie ciekawego zawiązania intrygi, nie zrobił na mnie zbyt pozytywnego wrażenia. Specyficzni bohaterowie oraz decyzje, które podejmowali sprawiali, że trudno było mi uwierzyć w tę fabułę. Chwilę po tym kiedy go poznajemy, nasz główny bohater zaczyna dzwonić po swoich dawnych koleżankach, pytając która za niego wyjdzie. I jedna faktycznie się na ten układ godzi! Później dziwne, do niczego nieprowadzące sytuacje w pracy, mocno naciągane zapoznanie z jedną kluczową postacią, mocno przewidywalny zwrot akcji i tyle. Żona poszła spać, a ja trwałem dalej. Na szczęście praktycznie natychmiast po tym sześćdziesięciominutowym wstępie zaczyna robić się ciekawie. Kang zostaje zwerbowany przez wydział antynarkotykowy swojego kraju i działa jako kręt w organizacji sprytnego przemytnika narkotyków, który władował go do więzienia. Brzmi trochę absurdalnie? Bo tak właśnie jest. I to może być dla niektórych całkiem spory problem z serialem Koreańczyków.

Święci od narkotyków (2022) - recenzja serialu [Netflix]. Wymaga sporo zawieszenia niewiary

Główny bohater, już jako badass

Fabuła zaproponowana przez scenarzystów "Świętych od narkotyków" jest kompletnie niewiarygodna i wymaga od widza bardzo dużo dobrej woli i wyrozumiałości, jeśli ma się on dobrze bawić. Już sam fakt, że nieogarnięty rybak wraca nagle do człowieka który go wrobił jako totalny madafaka, bez cienia strachu czy niepewności rzucającym, że chce teraz handlować koksem, ma dojścia i niech tamten ogarnie mu od razu dwie tony, a tamten nie odstrzeliwuje mu natychmiast głowy, to niezły żart, a dalej jest tylko lepiej. To jeden z tych seriali, któremu trzeba dać się porwać - przeżywać jak blisko śmierci znajduje się bohater, zastanawiać się jak poradzi sobie w tej sytuacji, cieszyć się wyrazistymi (podejrzewam, że dla części polskich widzów aż za bardzo) sylwetkami czarnych charakterów i nie zastanawiać się za bardzo nad tym, co się ogląda i czy ma to jakikolwiek sens. Odpowiem od razu - nie ma. Żadnego. Nie ma się zresztą czemu dziwić, skoro "faktyczną" w serialu jest jedynie postać przemytnika (i to też jedynie w najbardziej podstawowej wersji, bez całej otoczki), a całą resztę dopisano sobie dla większej dramaturgii.

Aktorzy wypadają w swoich rolach bardzo dobrze, nawet jeśli - jak wspominałem - są nad wyraz teatralni w tym co robią. Taki to już urok azjatyckiego kina i albo się to akceptuje, albo lepiej nawet do niego nie podchodzić. Obaj głowni antagoniści są straszni ma swój unikalny sposób. Jeden to typowy pies spuszczony ze smyczy - bardzo porywczy i agresywny - a drugi bardziej opanowany, ale wyraźnie niebezpieczny i zapewne nie ze wszystkimi klepkami na właściwym miejscu. In-Gu, kiedy już przyzwyczaić się do faktu, że tak po prostu stał się superbohaterem bez cienia strachu, również jest całkiem w porządku od strony aktorskiej, choć sposób w jaki postać jest prowadzona przez scenariusz nigdy nie pozwolił mi się do końca z nią zżyć, co jest całkiem sporym problemem w przypadku głównego bohatera.

Od strony technicznej serial wygląda absolutnie poprawnie, z kilkoma scenami robiącymi nawet więcej niż tylko niezłe wrażenie, że wspomnę choćby otwierający serial wypadek, w którym zginął ojciec głównego bohatera. Kamera zamontowana w samochodzie to żadna nowość w 2022 roku, ale ilość uderzeń, przeszywający uszy dźwięk i dobijanie kolejnymi, kiedy widz myśli że to już koniec, sprawiają, że to jeden z tych momentów, które zapadają na dłużej w pamięć. Później jest już raczej standardowo. Trochę się strzelają, trochę siedzą i rozmawiają, tu jakieś ujęcie z drona, tam szybki zoom w klasycznym azjatyckim stylu. Nic wybitnego, ale ogląda się dobrze.

"Święci od narkotyków" to jeden z tych seriali, które zdecydowanie da się lubić, ale trzeba iść po drodze na pewne ustępstwa. Fabuła, kiedy już człowiek przebije się przez pierwszy z sześciu odcinków, idzie warto przed siebie i wciąga z minuty na minutę, lecz rozpada się jak domek z kart, kiedy zaczynamy się jej przyglądać. Istotnych postaci nie ma za dużo, ciężko doszukiwać się też jakichś głębszych relacji między nimi. To taki prosty thriller, w sam raz jeśli ma się za dużo wolnego czasu. Ale na pewno dużo się nie straci, jeśli się go ostatecznie ominie.

Atuty

  • Dobrze brzmi i wygląda;
  • Wyraziści bohaterowie (może poza głównym);
  • Wciągająca intryga...

Wady

  • ...tylko lepiej za dużo o niej nie myśleć, bo absurdy scenariuszowe wyjdą na wierzch w pół sekundy;
  • Skróty i dziury logiczne w progresji fabuły.
Darek

Piotrek Kamiński

Angielski tytuł "Świętych od narkotyków" stawia ich niebezpiecznie blisko utytułowanego "Narcos". Do tamtego hitu Netflixa nie ma nawet startu, lecz sam w sobie jest całkiem intrygującą, nawet jeśli zupełnie niewiarygodną historią prosto z Korei. Można dać szansę.

6,0

Komentarze (2)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych

cropper