Cobra Kai (2018)

Cobra Kai (2018) - recenzja, opinia o 5 sezonie serialu [Netflix]. Zaczyna robić się groźnie

Piotrek Kamiński | 11.09, 20:00

Terry Silver przejął władzę w Cobra Kai i nie zamierza spocząć dopóki całe Los Angeles, a może i cały świat nie będzie uczył się karate w jego dojo. Johnny i Daniel zawiązują kolejne trudne sojusze aby tylko dać radę go pokonać. Zrobiło się poważnie.

To niesamowite w jakim tempie skala wydarzeń w serialu eskaluje, sezon za sezonem wspinając się na nowe wyżyny absurdu, którego nie sposób nie pokochać. Już pierwsze dwa sezony nakręcone jeszcze pod batutą YouTube potrafiły rozbawić swoją niedorzecznością, jak wtedy, kiedy nastoletni karatecy dosłownie urządzają mini-zamieszki w centrum handlowym i żadna ochrona, ani policja nie mają nic do gadania, lub kiedy zamieniają w pole bitwy całą szkołę. Później natomiast jest tylko lepiej. Łobuzy Kreese'a włamały się do domu LaRusso, ale nikt nie wzywa policji, bo przecież lepiej pojechać do dojo Cobra Kai i spuścić wpierdziel ich szefowi. To mu pokaże. I do kompletu godzą się zostawić go w spokoju i „rozwiązać to po męsku” podczas kolejnego turnieju All Valley. Czwarty sezon dał nam wyluzowanego wujka Silvera, który w sekundę przypomniał sobie, że przecież jest psycholem, a nie – jak mógłby sugerować jego serialowy debiut – normalnym człowiekiem i rozwala kopem z półobrotu butelkę wina. Dobrze, że nie zapomniał niczego o karate przez ostatnich 30 lat, kiedy nie trenował, zajadał się wegańskimi przekąskami i popijał toskańskie winko. Ale to wszystko i tak nic w porównaniu z festiwalem absurdów serwowanym nam w piątym sezonie! Atmosfera robi się miejscami tak gęsta, że zastanawiałem się, czy jedna z postaci dożyje końca sezonu (przypominam, że to serial o ludziach uczących/trenujących karate), a ostatnia scena wyraźnie została zainspirowana „Milczeniem owiec”. Chcę więcej!

Cobra Kai (2018) - recenzja 5 sezonu serialu [Netflix]. Masa świetnie napisanych bohaterów

Ekipa Miyagi Fang

Kiedy widzieliśmy go po raz ostatni, Miguel wyjeżdżał właśnie do Meksyku aby odnaleźć swojego ojca, poznać swoje korzenie. Byłem wtedy przekonany, że w piątym sezonie będzie go tyle co nic – kręci w końcu zapowiedzianego na przyszły rok „Blue Beetle” dla DC – a wyjazd ma tę nieobecność usprawiedliwić. Cóż, jeśli faktycznie tak było, to plany musiały ulec zmianie, ponieważ Miguel jest obecny od pierwszego odcinka, a w Meksyku spędza dosłownie kilka dni (dwa odcinki). Wątek jego ojca, Hectora (Luis Roberto Guzman) miał szansę być ciekawym, ostatecznie jednak wyszło raczej nijako, z paroma wymuszonymi zwrotami akcji i uciętym zakończeniem. Miałem nadzieję, że scenarzyści jedynie usypiają naszą czujność, aby powrócić z Hecotrem, kiedy już o nim zapomnimy. A potem sezon dobiegł końca. Rozumiem w jaki sposób łączy się tematycznie z pozostałą częścią sezonu, ale i tak trudno jest nie czuć zawodu.

Miło, że bohaterowie serialu zaczynają w końcu dorastać i potrafią porozmawiać aby spróbować rozwiązać swoje problemy bezkonfliktowo, a nie – jak do tej pory – kłócą się zasadniczo o nic. Jednym z ważniejszych elementów piątego sezonu jest kwitnąca relacja Johnny'ego i Carmen. Billy Zabka i Vanessa Rubio od dawna już udowadniają, że świetnie pracuje im się razem na planie, lecz tym razem ich związek naprawdę ma szansę rozwinąć się emocjonalnie. Wielkie brawa należą się przede wszystkim Billy'emu, który świetnie miesza bardziej komediowe cechy swojej postaci z bardziej rozczulającymi, poważnymi momentami, przygotowanymi dla niego przez scenarzystów. Mam jednak wrażenie, że w paru miejscach ktoś trochę przesadził, bo dosłownie nie da się być aż tak nieogarniętym, jak Johnny. Stężenie absurdu jest tak wysokie, że już nawet przestaje bawić.

Większą rolę w tym sezonie odegra również dawny wróg, a obecnie przyjaciel Daniel-sana, Chozen (Yuji Okumoto), a swoją drogę ku światłu rozpoczyna też Tory. Wesołkowaty, ale jednocześnie bardzo honorowy i obdarzony bardzo plastyczną twarzą Chozen jest komediowym złotem i bardzo szybko staje jedną z najbardziej sympatycznych postaci sezonu. Dowiadujemy się również odrobinę na temat jego przeszłości, co łączy go z Silverem, a nawet o jego sprawach sercowych. Scenarzyści zagrali w bardzo ciekawy sposób z oczekiwaniami widzów, doskonale znając klasyczne klisze i celowo sugerując nam pewne rzeczy w związku z jego postacią, tylko po to, aby ostatecznie wyciągnąć nam metaforyczny dywan spod nóg i zaskoczyć pójściem w zupełnie innym kierunku. Tak inteligentne pogrywanie sobie z widzem to w dzisiejszych czasach rzadkość, więc zdecydowanie zasługuje na pochwałę.

Pozostali bohaterowie również mają co robić, nawet jeśli nie są aż tak mocno wyeksponowani, jak ci wypisani wyżej. Eli szuka dla siebie nowej drogi, Sam próbuje odciąć się od karate żeby przywrócić swojemu życiu odrobinę normalności, Amanda LaRusso nie może już patrzeć co konflikt z „Cobra Kai” robi z jej mężem, młody Kenny Payne staje się coraz bardziej łobuzerski, a Robby z jednej strony stara się wyciągnąć go ku światłu, z drugiej naprawia swoje relacje z ojcem. Na każdym kroku dzieje się bardzo dużo, fabuła nigdy nie stoi w miejscu, sytuacje bohaterów zmieniają się, odwracają, rymują z tym, co było wcześniej. Powraca też kolejna osoba z przeszłości Daniela, ale nie będę pisał tu o kogo chodzi. Lepiej mieć niespodziankę. Pod względem bogactwa scenariusza, jest tak dobrze, jak chyba jeszcze nigdy. To powiedziawszy...

Cobra Kai (2018) - recenzja 5 sezonu serialu [Netflix]. Terry Silver jest tak zły, że bardziej się już chyba nie da

Miguel konta Robby po raz ostatni

Jeśli stawka w dalszym ciągu będzie rosła w takim tempie, to poziom absurdu już wkrótce dogoni „Szybkich i Wściekłych”. Terry Silver jest bardzo skutecznym antagonistą, co bezapelacyjnie zawdzięczamy talentowi wcielającego się w niego Thomsa Iana Griffitha (wiedzieliście, że w rzeczywistości jest on młodszy od Ralpha Macchio?). Lecz stopień jego degeneracji w piątym sezonie może już być dla niektórych lekką przesadą. Jego posiadłość wygląda jak baza superzłoczyńcy, nie cofnie się przed niczym, byle tylko zniszczyć Miyagi-do i do kompletu jest absolutną bestią na ringu, mimo że do sztuk walki powrócił sekundę temu – chociaż akurat problem robienia niedorzecznie szybkich postępów jest w serii obecny od samego jej początku. Co stało się z jego poprzednim stylem życia? Gdzie jego żona (dziewczyna?), znajomi? Zamiast nich dostajemy bandę wynajętych zbirów, mających robić za nowych senseiów. Wszyscy są tak bezbarwni, że cokolwiek da się powiedzieć wyłącznie o jedynej kobiecie wśród nich i to też tylko dlatego, że jest kobietą i dostała więcej czasu ekranowego, niż reszta. Nie pamiętam nawet jak się nazywała. Karykaturalność Silvera jest tak kolosalna, że w pewnym momencie jego senseie wychodzą na komendę z, nie wiem, szafy w jego domu, kiedy nasi niespodziewanie postanawiają złożyć mu wizytę. Skąd się tam wtedy wzięli? Mieszkają tam? Dorabiają sobie jako prywatna ochrona?

Młodzi aktorzy siedzą już w swoich rolach od dobrych czterech, albo i pięciu lat, więc naturalnym jest, że nawet ci bez aktorskiego zaplecza stają się coraz bardziej wiarygodni. Widać to w szczególności po postaciach Robby'ego i Sam. Zarówno Tanner Buchanan, jak i Mary Mouser zawsze dobijali mnie swoją sztywnością i graniem wiecznie jedną, góra dwoma minami. Tym razem jednak są znacznie bardziej wiarygodni. Nie jestem pewien, czy to tylko zasługa aktorów, czy może też scenarzyści zaczęli pisać bardziej pod mocne strony konkretnego aktora, ale efekt jest zadowalający.

Sceny walki nakręcone są równie dobrze, jak w poprzednich sezonach. Widać, że aktorzy przygotowywani są do ich kręcenia odpowiednio długo i starannie, dzięki czemu zawsze to oni są widoczni na ekranie. Przydałoby się może trochę więcej długich, szerokich ujęć, pozwalających lepiej docenić choreografię poszczególnych starć, ale całość w dalszym ciągu jest jak najbardziej płynna, logiczna i miejscami całkiem imponująca. Tyle że ten sezon to już zasadniczo nie był serial o karatekach, ale thriller o nieobliczalnym psycholu, przecięty w paru miejscach krótkimi pojedynkami. Raz jeszcze pod koniec pojawia się motyw turnieju, choć bardzo krótkiego, bo złożonego jedynie z dwóch walk. Nie jestem pewien, czy takie odchodzenie od względnie lekkich klimatów na dłuższą metę wyjdzie serialowi na dobre. Finał jasno zapowiada, że szósty sezon będzie równie, jeśli nawet nie jeszcze bardziej zwariowany. Wciąż bawię się świetnie. Martwię się jednak, czy serial nie zatraci przez to swojej duszy. Cóż, przekonamy się. Na ten moment wciąż jest bombowo i rockandrollowo. Polecam serdecznie. Kolejne odcinki (trochę dłuższe niż dotychczas) praktycznie same się oglądają.

Atuty

  • Chozen i jego relacje z, cóż, całą resztą obsady;
  • Terry Silver wciąż jest świetnym antagonistą;
  • Wszyscy bohaterowie stale się rozwijają i ewoluują w interesujących, czasem niespodziewanych kierunkach;
  • Scenarzyści pięknie grają z oczekiwaniami widzów;
  • Wciąż świetny soundtrack i dobre sceny walki...

Wady

  • ...ale zarówno jednego, jak i drugiego przydałoby się trochę więcej;
  • Nijaki wątek ojca Miguela;
  • Niektóre żarty dotyczące Johnny'ego trochę zbyt absurdalne;
  • Kilka dziwnych decyzji scenariuszowych.
Darek

Piotrek Kamiński

Piąty sezon „Cobra Kai” o dziwo wciąż daje masę radości. Postacie nadal ewoluują, wydarzenia eskalują, a Johnny pije najtańsze z najtańszych piw. Pora już chyba jednak powoli kończyć, jeśli seria nie chce zmienić się w kolejnych „Szybkich i Wściekłych”. Ale jeszcze nie teraz. Teraz pora zasiąść do oglądania i świetnie się bawić!

8,5

Komentarze (14)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych

cropper