SKLEP
1778V

BFG - Big Fuckin Game

Bethesda dokonała niemożliwego. Ich trójwymiarowy Doom jest w każdym calu tak świetny jak oryginał, a w wielu miejscach wręcz lepszy.

Doom (2016)
  • Platformy:  PS4   XONE   NS   PC 
  • Data premiery - Polska: 13.05.2016
  • Pełna
  • od lat 18 wulgarny język przemoc

Po raz pierwszy z Doomem zetknąłem się mniej więcej w 1998 roku. Pojechaliśmy z bratem na giełdę komputerową, która w tamtym okresie mieściła się na Batorego, zaraz obok klubu Stodoła, żeby kupić coś nowego. Najbardziej jarał mnie wtedy Resident Evil, o którym już wcześniej coś tam słyszałem, ale na całej giełdzie nie szło go zlokalizować. W końcu jeden z handlarzy stwierdził bez podniety, że owszem ma, ale po niemiecku. Trochę kicha, ale grać się chce. Co prawda angielskiego wtedy też znałem tyle co nic, ale mimo wszystko łatwiej się grało bez umlautów. Musiałem chyba długo tak stać z kwaśną miną bo facet w końcu zaproponował, że jak dopłacimy parę groszy to dorzuci nam Final Dooma w folijce (oryginał, ale gość nie miał pudełka). Dwie gry to nie jedna więc oczywiście, że się zgodziliśmy i z uśmiechami na twarzy wróciliśmy do domu. Doom przypadł mi do gustu od pierwszych minut, choć muszę przyznać, że trochę się bałem. Dziwnie oświetlone korytarze, dźwięki wydawane przez potwory,  wysoki poziom trudności - działało to na mnie. Parę lat później, kiedy ukazała się trójka, byłem właścicielem marnego peceta i Nintendo Gamecube'a, więc grę widziałem tylko na screenach. Wtedy uważałem, że wszędobylski mrok i nowy design potworów są super, ale kiedy w końcu jakieś trzy lata temu kupiłem sobie na promocji BFG edition, gra okazała się być zwyczajnie nudna. Darowałem sobie i jeszcze raz przeszedłem sobie z przyjemnością jedynkę i dwójkę. Uznałem wtedy, że Doom nie powinien startować do 3D. Tego klimatu i rozgrywki zwyczajnie nie da się przenieść w trzeci wymiar, to już nie będzie to. Przewijamy do 2016 i oto jak grom z jasnego nieba... DOOM! 

 

Bethesda dokonała niemożliwego. Ich trójwymiarowy Doom jest w każdym calu tak świetny jak oryginał, a w wielu miejscach wręcz lepszy. Ich formuła jest genialna w swej prostocie - podzielić grę na czynniki pierwsze i każdy z nich podkręcić na maksa. Nikt tu nie próbował wymyślać na nowo koła i dodawać patentów, które rozwodniłyby esencję tego czym jest Doom. Szybki gameplay? Jest. Atakujące ze wszystkich stron impy, zombie i pinky? Są. Fabuła nie przeszkadzająca w rozgrywce? Jest. BFG? Jest. Zakręcone jak korkociąg poziomy z masą sekretów? Są. Kozacka muza? Ofkors! Zacznijmy jednak od początku. 

 

Pierwsze co przykuwa wzrok (może prócz bardzo porządnej grafiki) to zawrotne tempo akcji. Intro sprowadza się w sumie do jednego zdania wyświetlanego podczas loadingu i już budzimy się jako Doomguy, jednemu zombie rozwalamy głowę jeszcze z automatu, a drugiemu już sami. I to tyle, idź, baw się. Dosłownie parsknąłem ze śmiechu jak czyjś głos zaczął do mnie gadać z tablicy informacyjnej tylko po to, żeby zniecierpliwiony główny bohater wyrwał ją ze stojaka i cisnął w kąt. Przesłanie jest jasne niczym słońce - fabuła jest tu jedynie pretekstem. Jest niby oczywisty czarny charakter, sztuczna inteligencja gadająca do nas co jakiś czas i zamknięty w ciele robota doktor Hayden, którego zamiary wobec gracza nie są do końca jasne, ale to w sumie tyle. Można powiedzieć, że właśnie opowiedziałem ci całą grę. Ot, zła pani doktor brata się z diabelskim podmiotem, a my z pomocą pozostałych postaci musimy się rzeczonego podmiotu pozbyć. 

Podejście typu "no bullshit" czujemy też w samej rozgrywce. Zapomnij o wąskich korytarzach i walących zza węgla leszczach. W niepamięć puść niby to otwarte, ale w gruncie rzeczy wciąż płaskie i ograniczone tereny rozsiane między wspomnianymi wcześniej korytarzami. W Doomie niemal każde drzwi kryją za sobą wielopoziomowe, pomysłowo zaprojektowane areny po których możesz (i musisz, jeśli chcesz przeżyć) biegać ile dusza zapragnie. Wrogowie atakują ze wszystkich stron. Niektórzy walą z daleka, inni podbiegają, a jeszcze inni lecą z góry. W dalszej części zabawy na ekranie dzieją się takie cuda, że raz na jakiś czas trzeba odpalić BFG (big fucking gun!) tylko po to, żeby opanować trochę sytuację. Tu nie ma miejsca na nudy. Każdy z 13 poziomów to ogromna mapa pełna potworów, dopałek, sprytnie pochowanych sekretów i... klasycznych leveli z pierwszej i drugiej części. Serio. Zwyczajne sekrety jak lalki, czy power upy są zaznaczone na mapie (po ściągnięciu jej z komputera), ale każdy poziom kryje gdzieś w sobie niepozorną dźwignię, której przełączenie da Ci dostęp do fragmentu starej mapy. Cały level można następnie uruchomić z poziomu menu. Wielkie brawa dla projektantów za pochowanie sekretów na tyle sprytnie, a jednocześnie na tyle przejrzyście, aby ich wyszukiwanie za każdym razem sprawiało frajdę, a nie irytację, że jest za trudno/łatwo. Jest więc w nowym Doomie co robić, a przecież nie odpowiedziałem Ci nawet jeszcze o strzelaniu! Startujemy z klasycznym, nudnym pistolecikiem, ale nie mija dużo czasu, a w nasze łapy trafia strzelba, karabin szturmowy, działko jonowe, ckm, armata jonowa, wyrzutnia rakiet, wspomniane już BFG, piła łańcuchowa (fuck yeah!), a dla spostrzegawczych także nieśmiertelna dubeltówka. Mało, powiadasz? Każdą sztukę żelastwa prócz BFG i piły można ulepszać na jeden z dwóch sposobów, co daje jej zupełnie nową funkcjonalność, jak choćby pułapka unieruchamiająca wroga przy karabinie jonowym, czy samonaprowadzające rakiety w RPG. Broń można zmieniać w locie, więc nic nie stoi na przeszkodzie, żeby unieruchomić przeciwnika pułapką, a następnie podbiec i niczym w Gears of War pokroić piłą łańcuchową. Zbyt łatwo? Zamiast tego można zawsze zmiękczyć wroga klasycznym ołowiem, a kiedy zacznie oszołomiony świecić się na niebiesko, lub pomarańczowo, podejść i wykonać zabójstwo chwały - Doomguy bierze wtedy sprawy w swoje ręce i na przykład wyrywa pinkiemu róg, aby następnie wbić mu go w gębę. Brutalność jest tak groteskowa, że właściwie bardziej śmieszy niż odpycha. Wciąż mało? Na niektórych poziomach natkniesz się na kamienne runy unoszone w powietrzu energią piekieł. Podejście do takiej runy da Ci dostęp do wyzwania (zabij w określonym czasie, dobiegnij do mety, nie daj się uderzyć, itd.) za zaliczenie którego nagrodzony zostaniesz specjalną umiejętnością. Jedna pozwoli Ci kontrolować postać w czasie skoku, inna sprawi, że zabójstwa chwały dadzą Ci dodatkowy pancerz, a jeszcze inna nieograniczoną amunicję, jeśli pancerz znajduje się na odpowiednio wysokim poziomie. Praktycznie wszystkie umiejętności potrafią być przydatne zależnie od twojego stylu rozgrywki. Ja najbardziej lubiłem combo pancerz+nieograniczona amunicja. Zupełny overkill! Nie mogę się zdecydować jak podoba mi się bestiariusz. Z jednej strony każdy jeden potwór wygląda świetnie i walczy się z nim inaczej niż z pozostałymi. Z drugiej zaś nie ma ani jednej nowości. Impy, pinky, hell knighty, hell barony, to wszystko już było. Nawet bossowie są znowu ci sami (icon of sin tylko gościnnie, ale zawsze). Czyli co, kaszana? No właśnie nie, bo wszyscy zaliczyli solidny update w kwestii wizualnej, a i zachowują się inaczej niż kiedyś. Impy stały się bardzo zwinne i szybkie, pinky szarżuje na ciebie z zaskakująco dużą prędkością, a rycerze piekieł ze wszystkich sił próbują skoczyć ci na głowę. Jest więc staro... ale nowo. I bądź tu mądry. 

 

Gdybyś po ukończeniu kampanii w dalszym ciągu czuł niedosyt, to zawsze zostaje jeszcze tryb multiplayer i snapmap. Nigdy nie byłem fanem multi w strzelankach, więc raczej nic mądrego Ci tu nie powiem - multi jak multi. Ciekawostką natomiast jest możliwość grania jako demon. Fajnie jest wskoczyć na chwilę w skórę wielkiego, przepakowanego potwora. Na chwilę. Co innego tryb snapmap, w którym co bardziej kreatywne umysły potrafią tworzyć małe cuda. Co to takiego? Edytor map do singla i multi. I to nie byle jaki, bo prócz łączenia ze sobą pomieszczeń i korytarzy na kilku poziomach, możemy też tworzyć całe zależności między poszczególnymi elementami otoczenia. Możesz na przykład natknąć się na samotnego zombie kręcącego się po hangarze. Masz ze sobą tylko pistolet, ale przecież to tylko jeden zombie... Mordujesz go więc bez litości, a tu niespodzianka! Jego mama - baron piekieł materializuje się w pomieszczeniu. Nie jest zadowolona, że zamordowałeś jej dziecko, a wszystkie jej ataki bolą podwójnie. Morał? Żyj i daj żyć. Niestety, nie było mi dane stworzyć niczego ciekawego, ponieważ za każdym razem, kiedy chciałem sprawdzić jak biega się po tym co zbudowałem, gra wyrzucała mnie do dashboarda. Słabo. Mam nadzieję, że ktoś to wkrótce naprawi,  bo nie mogę wbić platyny! 

 

Doom to dla mnie największe zaskoczenie 2016 roku. Gra, która nie miała prawa się udać, a wyszła znakomicie. Każdy jeden element rozgrywki dopieszczony jest w najmniejszym detalu. Nawet coś tak, wydawałoby się, prostego, jak skakanie, które w większości strzelanek potrafi doprowadzić do szewskiej pasji, tutaj jest świetne. Nie doskoczyłeś? To nic, Doomguy to przecież kawał madafaki, więc bez problemu się podciągnie. Poziomy są wielkie i zakręcone, strzelanie daje masę frajdy, a muzyka sprawia, że serce zaczyna pompować czysty testosteron. Nie mogę się doczekać kontynuacji! 

 

Tagi:

Werdykt
Graliśmy na: PS4
  • + Świetnie zaprojektowane, rozległe mapy
  • + Miła dla oka, plastyczna grafika
  • + Wyje@#sty soundtrack!
  • + Tryb Snapmap
  • - "Tylko" 13 map
  • - Nic nowego w bestiariuszu
Darek
Darek Gra, która prawie przeszła mi pod radarem. Nie pozwól, żeby zrobiła to i tobie.
Oceń recenzję
+ +26 -

Miesięcznik PSX Extreme