Stranger Things

Stranger Things (2022) - recenzja i opinie o siedmiu odcinkach 4 sezonu [Netflix]. Koszmar z Ulicy Wiązów

Roger Żochowski | 27.05, 13:21

Ze względu na pandemię czwarta seria Stranger Things zaliczyła opóźnienie, ale po seansie pierwszych siedmiu odcinków mam wrażenie, że wyszło to jej na dobre. To zdecydowanie najlepszy i najbardziej dojrzały sezon przygód naszej wesołej ekipy z Hawkins. 

Twórcy serialu dość niespodziewanie zdecydowali się wydłużyć poszczególne odcinki, dzięki czemu każdy z siedmiu dostępnych epizodów można w sumie potraktować jak film. Złapałem się na tym, że nie da się już z marszu zaliczyć całego sezonu. Najlepiej ogląda się go bez pośpiechu, 1-2 odcinki dziennie, wszak każdy z epizodów trwa teraz około 80 minut. To długo i jak dla mnie w niektórych odcinkach za długo. Zwłaszcza początek opowieści, gdzie twórcy serialu starają się poskładać wszystkie nowe i stare wątki do kupy, jednocześnie serwując nam głównie miłosne i egzystencjalne problemy nastolatków, trochę się dłuży. Z każdym kolejnym odcinkiem serialowi coraz bliżej jednak do horroru niż "teen dramy", co nadaje opowieści dynamiki. Niemniej jednak nie obraziłbym się, gdyby każdy z epizodów był o te 10-15 minut krótszy, unikając niektórych dłużyzn. 

Stranger Things (2022) - recenzja siedmiu odcinków 4 sezonu [Netflix]. Witamy w dorosłości 

Stranger Things sezon 4

Nie zmienia to faktu, że serial wciąga od pierwszych minut, choć od końcówki trzeciego sezonu sporo się zmieniło i śledzimy tak naprawdę kilka niezależnych wątków, które dopiero z czasem zaczynają się zazębiać. Joyce (wciąż bardzo dobra Winona Ryder) wraz z Jedenastką (odmieniona początkowo nie do poznania Millie Bobby Brown) oraz resztą rodzinki przeprowadziła się do Kalifornii. Nastka pozbawiona swoich mocy ma jednak w nowej szkole spore problemy i nie jest akceptowana przez rówieśników będąc często obiektem pośmiewiska. Okłamuje jednak swojego chłopaka Mike’a (Finn Wolfhard), który pozostał w Hawkins, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Tymczasem w mieście, które było bohaterem pierwszych sezonów znów zaczynają dziać się dziwne rzeczy, a wrota do mrocznego wymiaru najwyraźniej nie zostały do końca zamknięte.

Paczka dawnych przyjaciół nie jest już tak zintegrowana jak kiedyś. O ile przesympatyczny Dustin (Gaten Matarazzo) i wspomniany Mike dalej są fanami D&D pielęgnując swoją nerdowską pasję, Lucas (Caleb McLaughlin) został jedną z gwiazd szkolnej drużyny koszykarskiej i jasno daje do zrozumienia, że pomogło mu to w życiu zdobyć akceptację rówieśników, którzy nie widzą już w nim dzieciaka bawiącego się figurkami. Przemiana nastąpiła też w życiu Max (Sadie Sink), która musi zmierzyć się ze śmiercią swojego brata z poprzedniego sezonu. co pozwala młodej aktorce w pewnym momencie grać nawet pierwsze skrzypce w tej opowieści, z czym zresztą doskonale sobie poradziła. Gdy jednak Eddie (udanie wprowadzony do obsady Joseph Quinn), kolega Dustina, oskarżony zostaje o makabryczne morderstwo, którego nie popełnił, grupa znów musi połączyć siły, by pomóc kumplowi. I rozpocząć kolejną rundę nierównej walki z demonicznym wrogiem. 

Stranger Things (2022) - recenzja siedmiu odcinków 4 sezonu [Netflix]. Już nie tylko Hawkins

Stranger Things

Ponarzekałem na wstępie trochę na długość odcinków, ale nie ulega wątpliwości, że każdy z bohaterów dostał teraz więcej czasu antenowego, co pozwoliło jeszcze lepiej pokazać relacje między nimi. Wszak swoje duże trzy grosze dorzucają też do opowieści znani z poprzednich sezonów Nancy (Natalia Dyer), Steve (Joe Kerry), Jonathan (Charlie Heaton) czy Robin (Maya Hawke), a gdy doliczymy  nowe postacie, momentami robi się już na ekranie dość tłoczno. Twórcom udało się jednak uniknąć chaosu i poszczególne wątki zostały dobrze poprowadzone, choć nie zawsze wykorzystano w pełni potencjał, jaki w nich drzemał.  

Dodajmy do tego wątek Hoppera (David Harbour), który po wydarzeniach z poprzedniego sezonu obudził się w ZSRR, przeżywając tam swój własny dramat. I czekając na ratunek ze strony Joyce i  bzikowatego przyjaciela rodziny (przekomiczny Brett Gelman), którzy trafiają na radziecki trop po otrzymaniu tajemniczej paczki z laleczką. Twórcy serialu nie zostawiają też bez odpowiedzi niektórych wątków otwartych w przeszłości, choćby mrocznego pochodzenia Jedenastki, który bardzo dobrze nam się w czwartym sezonie rozwija. Tym samym serial jest też bardziej zróżnicowany wizualnie, bo akcja toczy się już nie tylko w Hawkins, ale też na pustyni i terenach pokrytych śniegiem. Widać doskonale, że stawka o jaką grają bohaterowie jest teraz znacznie wyższa, za czym idzie też skala widowiska. 

Stranger Things (2022) - recenzja siedmiu odcinków 4 sezonu [Netflix]. Senny koszmar 

Stranger Things

Nie da się ukryć, że serial jest też bardziej brutalny, żeby nie napisać makabryczny. Niektóre sceny śmierci potrafią autentycznie przerazić, a nowy wróg nie przypomina tego, z czym bohaterowie mierzyli się w poprzednich odsłonach. Ma własną, bardzo ciekawą historię ukrytą w przeszłości, a co za tym idzie czwarty sezon Stranger Things można nawet nazwać horrorem śledczym, bo odkrywanie kolejnych kart opowieści jest naprawdę dobrze napisane i trzyma w napięciu. I jak już wspomniałem - produkcja jest momentami naprawdę mroczna i osobiście uważam, że ma w sobie coś ze stylistyki i klimatu "Koszmaru z Ulicy wiązów". Dla mnie - rewelacja. Trzeci sezon trochę mnie zmęczył powielaniem niektórych schematów, tymczasem czwarty pokazał nam zupełnie nowy wymiar zła. 

Fakt, być może humor został nieco ostudzony, a atmosfera dzieciaków walczących ze złem ewoluowała w bardziej dorosłą formę, ale wystarczy spojrzeć na bohaterów. Moje pierwsze wrażenie po odpaleniu czwartego sezonu? "Ależ oni wyrośli". A skoro czasu nie oszukamy, to i problemy nastolatków mają tym razem nieco większy ciężar. Choć duża część dialogów napisana została ze smakiem i ironią potrafiąc wciąż rozbawić widza. Co jednak najważniejsze - mimo iż serial nadal jest kopalnią smaczków i ester eggów związanych z końcówką lat 80., tym razem nie mamy wrażenia, że te elementy zostały podane na siłę, nie krzyczą już z ekranu: "ej, zobaczenie jacy jesteśmy najtisowi". Wszystkie elementy ówczesnej popkultury zostały doskonale wplecione w narrację, a wręcz mają teraz kluczowe znaczenie dla fabuły, jak choćby świetna ścieżka dźwiękowa, którą akurat seria zawsze się szczyciła. Ale i pod tym względem to najlepiej dopracowana odsłona i to zarówno pod kątem utworów jak i wszelkich dźwięków budujących klimat grozy. 

Odniosłem też wrażenie, że dłuższy czas na postprodukcję pozwolił dopracować efekty CGI. Jest naprawdę dobrze, lepiej niż w poprzednich odsłonach i przede wszystkim jeszcze bardziej dosadnie. Sceny z potworem, który dość szybko zdradza swoje oblicze, ze względu na metody z pomocą których dopada swoje ofiary, potrafią naprawdę szokować i nie spodziewałem się, że autorzy serialu zaskoczą mnie w tym elemencie. Zdziwiła mnie też forma dystrybucji czwartego sezonu, bo po pierwszych siedmiu odcinkach, w lipcu pojawią się dwa finałowe epizody czwartego sezonu, a ostatni ma trwać ponad dwie i pół godziny. Przygotowując nas na wielki finał historii w piątej serii. 

Jeśli więc jesteście fanami serialu - nie muszę nic więcej dodawać. Produkcja trzyma w napięciu, jest bardziej dojrzała, przemyślana, dopracowana. Potrafi wciąż rozbawić, ale jeszcze mocniej uderza w klimat horroru rozbudowując przy tym mitologię całego uniwersum. Bracia Duffer po słabszym trzecim sezonie dali radę. 

Atuty

  • Świetnie poprowadzona, wielowątkowa historia
  • Nowy przeciwnik i kryjąca się za tym tajemnica
  • Klimat końca lat 80. doskonale wpisany w narrację
  • Coraz mocniejszy romans z horrorem
  • Dobrze napisane dialogi i humor
  • Ścieżka dźwiękowa i niezłe efekty CGI

Wady

  • Odcinki są trochę za długie
  • Niektóre wątki i postacie miały większy potencjał
Roger Żochowski

Roger Żochowski

Choć z długością odcinków trochę przesadzono, jest to najbardziej dopracowany, dojrzały i przemyślany sezon serialu jeszcze mocniej wchodzący w gatunek horroru.

8,5

Komentarze (56)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych

cropper