Cała przygoda jak zwykle zaczyna się niczym w kolejnej odsłonie „Piły”. Dziewięciu bohaterów budzi się w schronie atomowym w zamkniętych celach. Wita ich tajemniczy Drugi Zero nakreślając zasady chorej zabawy i dzieląc towarzystwo na trzy drużyny. Każdy z bohaterów ma dodatkowo na rękach bransoletkę. Ta wstrzykuje swoim ofiarom leki usypiające oraz kasujące pamięć dokładnie co 90 minut. To powoduje, że uczestnicy "zabawy” nie pamiętają jakie decyzje podjęli, kto jest wrogiem, a kto przyjacielem i jakie grzechy na nich ciążą. Aby ktokolwiek mógł wyjść z tego żywy, sześć osób musi wyzionąć ducha. Wówczas tajemniczy głos wypowie hasła, które pozwolą otworzyć schron. A to tylko nakręca spiralę niezdrowych emocji. Ciężkie wybory i sadystyczne łamigłówki to chleb powszedni tej odsłony. A wszystko to przyprawione jest różnymi terminami naukowymi, które fajnie budują otoczkę gry i nadają jej głębi.  

Oczywiście jest to tylko punkt wyjścia, a z każdą kolejną godziną gra odkrywa przed nami kolejne sekrety. Podobnie jak w poprzedniej odsłonie możemy być świadkami wielu różnych zakończeń, a jednego z nich, dokonując odpowiedniego wyboru, doczekamy się już po kilku minutach gry. Ale jak to, dopiero co otworzyłem chipsy i walnąłem browarka, a tu już napisy końcowe? Nie inaczej. Tym razem sami też decydujemy, którą drużyną i który epizod zagramy. Te nie są bowiem poukładane w chronologicznym porządku, więc mamy wrażenie, jakbyśmy śledzili film Tarantino, gdzie jedna szalona akcja nakręca drugą. Napiszę więcej. Porównanie do filmu Memento, w którym główny bohater zapominał, co przed chwilą robił, a jego historię obserwowaliśmy od końca do początku, pasuje tu jak ulał. Na początku ciężko to wszystko ogarnąć jednak z czasem poznamy odpowiedzi na nurtujące nas pytanie. A przynajmniej na część z nich.

Memento mori

Jeśli nie znacie poprzednich odsłon gry będzie Wam ciężko poruszać się po kolejnych wątkach. Wprawdzie im dalej w las tym wszystko zaczyna układać się w spójną całość, ale powracające terminy, postacie czy wydarzenia sprawiają, że największą przyjemność z gry czerpać będą przede wszystkim fani serii. Tym bardziej, że gra funkcjonuje zarówno jako prequel, jak i sequel poprzednich dwóch odsłon. Nie raz i nie dwa przyjdzie nam podejmować cholernie trudne decyzje, które zaważą na losach wielu osób. Ciężar tych wyborów przyćmiewa trochę fakt, że w przypadku zobaczenia ekranu Game Over możemy w każdej chwili wrócić do wyboru sceny i odegrać ją jeszcze raz. Z drugiej strony możliwość sprawdzenia jak potoczą się losy bohaterów przy różnych konfiguracjach zdarzeń i decyzji jest naprawdę sycące. 

Można więc powiedzieć, że jest to jedna wielka układanka, którą sami próbujemy złożyć do kupy. Czasami trzeba być bardzo spostrzegawczym, łączyć wskazówki, kombinować, interpretować fakty, szukać znaczenia niektórych słów w trakcie scenek przerywnikowych. Nic tu nie jest podane na talerzu i jak najbardziej warto robić notatki i spisywać z pozoru niepotrzebne liczby i hasła. Niektóre fragmenty historii trzeba odegrać w odpowiedniej kolejności skacząc pomiędzy drużynami. Tylko wówczas na drzewku alternatywnych zdarzeń odblokujemy kolejne sekwencje lub zmienimy już odkryte dążąc do uzyskania jednego z wielu zakończeń. Czasami wyborom towarzyszy też pewna losowość, więc chcąc uzyskać pożądany efekt musimy kilkakrotnie odgrywać tę samą scenę i liczyć na łut szczęścia. A to idealnie wpisuje się w założenia fabularne tej części. W Zero Time Dilemma nawet z pozoru złe wybory związane ze śmiercią czy cierpieniem mogą otworzyć nowe ścieżki fabularne. Niestety jest w tym pewien szkopuł. Każda z trzech drużyn musi podjąć się kilku podobnych zadań. Słuchanie i przeżywanie trzy razy tego samego z różnych perspektyw, nawet jeśli poznajemy lepiej poszczególnych bohaterów i ich motywacje, może momentami nużyć. Są to jednak tylko momenty, o których szybko zapominamy, poznając kolejne, szokujące fakt, zwroty akcji, a nawet wątki miłosne. To jak „Moda na Sukces” w świecie Hannibal Lectera.

A było ich dziewięciu 

Wspomniałem o postaciach, bo w serii Zero Time mają one kluczowe znaczenie. Powracający bohaterowie spisują się znakomicie i zgłębianie wiedzy o ich historii to sama przyjemność. W przypadku nowych osób, takich jak Diana, Carlos, Mira, Eric czy Q jest różnie. Cieszy fakt, że każdy ma jakieś mroczne sekrety, które momentami naprawdę ryją beret. Mimo wszystko nowa ekipa nie wzbudziła we mnie takich emocji jak postacie z poprzednich odsłon. Może dlatego, że wszyscy są podzieleni na 3 drużyny i zachodzące interakcje między nimi są nieco ograniczone. Inna sprawa, że gra ma tym razem aż trzech głównych bohaterów, liderów drużyn, co ma też swoje zalety.

Poza całą masą scenek i dialogów, w trakcie których podejmujemy różne decyzje, jak zwykle mamy drugą stronę medalu. Mowa o sekcjach, w których poruszamy się w trójwymiarze po zamkniętych pomieszczeniach (tzw. escape roomy) i próbujemy znaleźć sposób, aby się z nich wydostać. Przyda się tu dobra znajomość języka angielskiego, łatwość w łączeniu faktów, spostrzegawczość i ogólne zaprzęgnięcie do pracy szarych komórek. Zarządzanie przedmiotami, czytanie notatek, matematyka, szyfry, przeróżnej maści puzzle - w tym elemencie gra znów pozytywnie zaskakuje.  Przy niektórych zagadkach mój mózg parował, przy niektórych poszło łatwo i przyjemnie, choć odniosłem wrażenie, że poprzednie części były w tym aspekcie nieco lepsze. I oferowały przede wszystkim więcej puzzli, bo tutaj jest ich trochę za mało. 

Nie znasz dnia ani godziny

Dilemma jest brutalniejsza od poprzednich odsłon, a sposoby na uśmiercanie bohaterów są czasami tak bolesne, że aż kości trzeszczą. Twórcy gry rzadko kiedy pokazują w najdrobniejszych detalach sceny zgonu, ale odpowiednie ujęcie kamery, dźwięki i bryzgająca krew wystarczająco działają na wyobraźnię. Nie wspominając o budującej napięcie i klimat grozy ścieżce dźwiękowej skomponowanej przez Shinjiego Hosoe. Niestety odnoszę wrażenie, że przechodząc w pełne 3D, autorzy gry zrobili błąd. Twórcy starali się nadać narracji filmowości wprowadzając całą masa cut-scenek okraszonych niezłym voice-actingiem (do wyboru angielski i japoński). Problem w tym, że technicznie gra leży i kwiczy.  Animacja postaci jest tak sztywna i koślawa, że sceny akcji przypominają taniec drewnianych lalek. Przy bardziej skomplikowanych ruchach kamera wędruje na sufit, a my tylko słyszymy odgłosy walki. Jeszcze gorzej prezentuje się lip-sync. Widząc, jak kulawo to wygląda, na miejscu Zero sam powybijałbym całe towarzystwo i zaoszczędził im cierpienia. Oczywiście z czasem idzie się do tego przyzwyczaić, ale jak na talerzu widać, że taka forma przedstawienia historii nie była dobrym wyborem.

Wydanie trzeciej części gry stało pod dużym znakiem zapytania i dopiero interwencja fanów sprawiła, że producenci zabrali się za finał historii. Ten, mimo iż zamyka wiele wątków, wciąż pozostawia sporo pytań bez odpowiedzi. Gra nie uniknęła też kilku absurdalnych i mocno naciąganych momentów, które nieco psują całą intrygę. Mimo to przez ponad 23 godziny, w trakcie których splatynowałem grę, bawiłem się naprawdę dobrze, angażując mocno w losy bohaterów. To nie jest kontynuacja, jaką sobie wymarzyłem. To również najsłabsza część całej trylogii. Nie zmienia to jednak faktu, że to także bardzo dobra gra.