Mówi się też, że każdy facet musi w życiu zrobić dziecko, wybudować dom i posadzić drzewo. Nathan Drake do tej pory nie miał na to czasu, ale i on wpadł w końcu w sidła stateczności. Po wydarzeniach z Uncharted 3 postanowił skończyć z uganianiem się za kolejnymi skarbami. Znalazł pracę, zamieszkał z Eleną i zaczął prowadzić spokojny tryb życia. Sielanka nie trwała jednak wiecznie. Do jego drzwi zapukał bowiem Sam - uznany za zmarłego brat, który po 15 latach postanowił o sobie przypomnieć. Ktoś umarł i trzeba walczyć o spadek? To byłoby zbyt proste. Okazuje się, że tylko odnalezienie zaginionego pirackiego skarbu legendarnego kapitana Henry'ego Avery'ego może wybawić Sama ze śmiertelnego zagrożenia. Jakiego? Tego Wam już nie zdradzę. Nathan staje więc przed dylematem - pomóc swojemu bratu pakując się w kolejne tarapaty czy odmówić, wrócić na wygodną kanapę i wtulić się w piersi Eleny. Ja bym pewnie wybrał to drugie, ale znacie Nathana nie od dziś...  

Emocjonalny rollercoaster

Trzeba przyznać, że Naughty Dog potrafi perfekcyjnie grać na naszych emocjach. Rozdziały, w których obserwujemy rodzinne życie Nathana z Eleną najeżone jest odniesieniami do poprzednich części serii (a nawet innych gier dewelopera), co z miejsca wzbudziło we mnie ogromny sentyment. Postacie zyskały na wiarygodności, a my chłoniemy jak gąbka wodę ich domowe perypetie czy pieszczotliwe przekomarzania się. Oczywiście do gry ponownie wkracza Sully - miłośnik cygar, niepoprawny romantyk i specjalista od szemranych zleceń. To rzecz jasna generuje całą masę humorystycznych scen i dialogów, które sprawiają, że czujemy się jeszcze bardziej związani z bohaterami. Niezwykle mocnym charakterem jest Sam - jego wyrachowany styl bycia stawiający swój interes ponad wszystko nie raz wystawi na próbę braterską wież z Nathanem. Autorzy gry bawią się miejscem i czasem akcji przedstawiając nam różne okresy życia Drake'ów. Sięgając nawet do wątków z pierwszej części.

Pomimo możliwości skoku w bok gra wciąż zachowuje w miarę liniowy charakter. I do cholery o to właśnie chodzi

Dzięki temu spojrzymy na pewne sprawy zupełnie inaczej. I gry piszę „ZUPEŁNIE INACZEJ” dokładnie to mam na myśli. Poznajemy Nathana jako łowcę przygód, ale i domatora, który musi jakoś pogodzić życie awanturnika z małżeństwem i powracającymi demonami z dzieciństwa. Obserwujemy jego dylematy i rozterki, trudne relacje z wiecznie pakującym się w kłopoty bratem. Większość deweloperów może w tej kwestii czyścić Naughty Dog buty. Nieco gorzej wypada para naszych głównych adwersarzy, którzy są dość stereotypowi w swoich dążeniach do celu, ale bardziej od ich perypetii interesowała mnie tajemnica skarbu Every'ego, w której nie brakowało odniesień do Biblii. Naprawdę dałem się pochłonąć historii pirata, który niemalże przez całą grę wodzi wszystkich za nos. W przeciwieństwie do poprzednich części, gdzie im bliżej końca gry tym więcej było strzelanin kosztem fabuły, Uncharted 4 trzyma w napięciu do samych napisów końcowych. A rozwiązanie zagadki jest jak na serię dość nietypowe. I rzecz jasna spektakularne. 

Może sanboksa? Daj pan spokój 

Przed premierą spore emocje wzbudzały sceny, w których mogliśmy wybrać opcje dialogowe. Te sugerowały, że historia będzie miała jakieś rozgałęzienia. Jest to jednak jedynie smaczek, który zmienia niektóre sceny i dialogi, ale nie wpływa na główną oś fabularną. Zapomnijcie więc o kilku zakończeniach -  Uncharted 4 to wciąż produkcja, która zachwyca narracją w filmowym stylu oferując nam spójną opowieść. Obawy wzbudzał też bardziej otwarty świat, ale Naughty Dog zna się na rzeczy i potrafiło zachować odpowiednie proporcje. Przez kilka pierwszych rozdziałów gra przypomina do złudzenia poprzednie odsłony serii. Liniowe poziomy, strzelaniny, mordobicia i trochę wspinaczki. W drugiej części opowieści trafiamy na półotwarte etapy, które możemy trochę pozwiedzać korzystając czy to z dżipa czy łodzi, na pokładzie której możemy przemieszczać się pomiędzy malowniczymi wyspami. Choć niektóre tereny wydają się na pierwszy rzut oka ogromne (jak na standardy serii), to zawsze trafimy wcześniej niż później na główną ścieżkę. Ktoś powie - w takim razie nie mamy tu do czynienia z żadną rewolucją, bo pomimo możliwości skoku w bok gra wciąż zachowuje w miarę liniowy charakter. I do cholery o to właśnie chodzi. Pisząc kolokwialnie - rzygam już tymi wszystkimi sandboksami wypełnionymi tonami znajdziek, bezproduktywnym bieganiem i zaliczaniem po raz setny tych samych aktywności. Ile można. Uncharted 4 to gra nastawiona na singla, fabułę, rewelacyjnie ukazane relacje pomiędzy bohaterami, z którymi zżywamy się jak nigdy wcześniej. To idealny wręcz mariaż gry i filmu. Szczytowe osiągnięcie w tej dziedzinie z mistrzowsko dobranymi proporcjami strzelania i eksploracji.