Oni zwyciężyli... 

 

Wiecie jak wygląda piekło? Najlepiej zobrazowali to miejsce twórcy z MachineGames, którzy na samym początku The New Order wrzucają nas w sam środek konfliktu. Ba! To nie byle jaki konflikt, ponieważ Alianci starają się zaatakować generała Wilhelma Strasse'a, zwanego Trupią Główką, który jest jedną z osób odpowiedzialnych za ten ogromny chaos. Już po kilku minutach gry orientujemy się, że wcześniejsze wydarzenia to dopiero przedsmak... Naziści byli przygotowani na nasz atak i posiadają oddziały gotowe na każdą ewentualność. W rezultacie tajna misja kończy się fiaskiem, a Blazkowicz zostanie ciężko ranny. Lizanie ran zajmuje potomkowi Polaków 14 lat – w tym czasie najmężniejszy z mężnych dochodził do siebie w polskim zakładzie psychiatrycznym. Jednak nie można się nieustannie ukrywać! Trzeba wziąć się w garść i pokazać nazistom, gdzie ich miejsce!

 

 

Właśnie od takiego "przebudzenia" rozpoczyna się druga, główna oś fabularna, która przenosi nas w różne miejsca, gdzie poznajemy nowych członków ruchu oporu i staramy się uratować ludzkość przed niszczycielską machiną. Jednak świat się zmienił – naziści jeszcze bardziej rozwinęli swoje technologie, miasta są monitorowane i na ulicach stale widzimy uzbrojonych żołnierzy. Blazkowicz ma duży problem.

 

W grze brakuje trybu sieciowego, więc to właśnie fabuła odgrywa kluczową rolę wabika niepozwalającego nam odejść od konsoli. Jeśli obawiacie się kolejnej sztampowej opowieści bez większego morału, która będzie jedynie prowokować do zabijania kolejnych hord przeciwników, będziecie szczęśliwie zaskoczeni. Opowieść nakreślona przez scenarzystów MachineGames to kawal ciekawej przygody, która naprawdę może wciągnąć. Dawno nie grałem w FPS-a, który zafundował mi syndrom „jeszcze jednej misji”, „jeszcze sprawdzę tamten korytarz”, a właśnie The New Order spowodował, że nie potrafiłem odejść od konsoli!

 

Cała historia jest owiana nutką ironii, odrobiną wyjątkowego smaku. Jesteśmy w świecie opanowanym przez nazistów, ludzie głodują, cierpią, są szczuci niczym szczury i ciągle mamy świadomość, że bierzemy udział w wielkim wydarzeniu. 

 

 

 

Ciekawa fabuła jest upiększona dobrymi, wciągającymi dialogami oraz smaczkami – pojawienie się w grze niemieckiego dubbingu pewnie nie będzie dla Was zaskoczeniem, ale już Polacy rozmawiający w ojczystym języku w angielskojęzycznej grze to mały skarb. Jest to taka wisienka na torcie, która tworzy niepowtarzalny klimat. Anglik, Niemiec, Polak – każdy z nich ma swój język, a mimo to wszyscy potrafią się dogadać... Łączy ich dialog wojny.

 

Powiedziałem już trochę o historii i nie chcę za bardzo wgłębiać się w ten temat, ale podczas rozgrywki, w zasadzie na samym początku, pojawia się istotna scena, która ma wpływ na dalsze losy opowieści. Ten element zachęca nas do ponownego zapoznania się z opowieścią – otwiera alternatywną linię czasu – ale nie oczekujcie zmiany o 180 stopni. Jest dobrze, ale to bardziej przysmak do całej opowieści. Miło, że twórcy pomyśleli o takim dodatku.

 

Podczas kolejnego przejścia możemy ponownie zdobywać wszystkie znajdźki – a jest co tutaj zbierać, bo w każdej misji szukamy między innymi szyfrów, listów, złota, czy też grafik. Wspomnę tylko, że warto czasami zapoznać się ze znalezionymi notatkami – lokalizacja tym razem nie zawiodła i pozwala nam zerknąć na naprawdę ciekawe informacje ze świata ogarniętego nazistowską chorobą. Z góry zaznaczę, że nie musicie od samego początku lizać wszystkich kątów – w grze możemy dowolnie wracać do poszczególnych misji i ponownie szukać skarbów.

 

Dwa sposoby na wszystko...

 

Nie możemy zapomnieć, że The New Order to FPS, ale nie nazwałbym go typowym przedstawicielem gatunku. Jest to niemal idealna porcja starej szkoły, której nie uświadczycie w konkurencyjnych tytułach – jeśli zagrywaliście się kilkanaście lat temu w produkcje z tego gatunku, na pewno docenicie pracę Szwedów. Strzelanie w nowym Wolfenstainie daje tak ogromną satysfakcję, że wspomniany kilka wersów wyżej syndrom „jeszcze jednego zabitego nazisty” rośnie do nieobliczalnych rozmiarów. W tę pozycję po prostu miło się gra, bo nie jesteśmy bombardowani informacjami o multikillach, odrzutowcach, czy innych bombowcach. Jest po prostu bardzo przyjemnie. Autorzy nie zapomnieli nawet o tak staroświeckich elementach jak podnoszenie amunicji i uzbrojenia. Miodzio. 

 

 

Do dyspozycji Blazkowicza oddano pokaźny arsenał karabinów, snajperek oraz zwykłych pistolecików. Wszystkich broni jest sporo i rozgrywkę umila fakt, że podczas gry możemy korzystać z dwóch karabinów jednocześnie – tracimy wtedy na celności, ale rozwałka jest konkretna! Naziści padają jak muchy, a z twarzy nie znika szeroki uśmiech. 

 

Gdy już wspomniałem o rywalach, to warto dopowiedzieć, że przeciwników eliminujemy na dwa sposoby – wspomniana makabra sprawdza się świetnie, gdy akurat chcemy poczuć na skórze krew nazistów, ale możemy także podejść do tematu spokojniej – wyczekując na rywali w ukryciu i podrzynając kolejne gardła. Początkowo nie wyobrażałem sobie, aby potomek Polaków, najmężniejszy z mężnych, bawił się z nazistami w kotka i myszkę, ale sama opowieść wielokrotnie zachęca nas do takiego podejścia do rozgrywki. Dowódcy nazistowskiej armii posiadają radia, przez które wzywają posiłki i jeśli nie chcemy walczyć z ogromną hordą, możemy przyczaić się na kapitana i poczuć jak nóż znika w jego gardle. Pomaga nam w tym elemencie specjalny radar określający ile metrów od nas znajduje się niedoszły truposz. Czasami możecie mieć dość mordowania w stylu Johna Rambo i wtedy warto wypróbować sztuczki, których nie powstydziłby się ninja.

 

Główny bohater, jak na bohatera niemal idealnego na polu walki przystało, rozwija swoje umiejętności. Nie oczekujcie tutaj systemu rodem z jakiejkolwiek odsłony Final Fantasy – po prostu Blazkowicz przez wykonanie pewnych czynności otrzymuje dostęp do nowych zdolności. Dla przykładu zabijając dowódcę z ukrycia zyskujemy możliwość rzucania nożami, a gdy zabijemy 40 żołnierzy strzelając w głowę zwiększymy szybkość wyciągania i chowania broni. Za zabijanie odpowiedniej liczby osób granatami, możemy podnosić więcej tych wybuchowych niespodzianek. Wszystkie zdolności dzielą się na cztery drzewka – ukrycie, taktyka, szturm i saper – i odkrywanie kolejnych zabawek jest równoczesne ze zdobywaniem pucharków. Przyjemne z pożytecznym.

 

 

Klimatyczne ruiny i piękny świat...

 

Podczas przechodzenia kolejnych misji trafiamy do nowych lokacji, które potwierdzają, że twórcy od początku mieli pomysł jak zachować ducha serii jednocześnie tworząc nowego Wolfensteina. Z tego powodu znawcy uniwersum znajdą w grze wiele ukrytych smaczków dodających nieco pikanterii do tej całej opowieści. W zasadzie od pierwszej do ostatniej misji miałem świadomość, że choć ustalam nowy porządek, to jednak za historią, bohaterami i światem ciągnie się ten niezwykle piękny odór przeszłości.

 

Nie możemy zapomnieć, że The New Order to FPS odbywający się głównie w zamkniętych korytarzach – czasami mamy możliwość skromnego zboczenia z kursu, ale zawsze i tak trafimy do wyznaczonego przez twórców miejsca. Pod tym względem dzieło Szwedów nie wyróżnia się na tle konkurencji, ale też chyba nikt z nas nie powinien oczekiwać wielkiego, otwartego świata. Mimo wszystko nawet pod tym względem nie jest najgorzej, bo przez dodanie elementów skradankowych niemal we wszystkich lokacjach znajdziemy „drugie wejście” pozwalające na wypróbowanie innej taktyki.

 

Wspomniane wyżej strategie musimy wybierać pod danych rywali – czasami lepiej zakraść się od tyłu i wbić kosę w gardło, jednak są momenty, w których najlepszym rozwiązaniem jest rozpętanie wojny. W trakcie przygody walczymy z różnymi rodzajami hitlerowskiej armii – począwszy od zwykłej piechoty, psów, mutantów, dronów, czy nawet dużo większych mechów – rozrzut jest satysfakcjonujący. Każdy rywal ma słabsze strony i najlepiej poznać je jak najszybciej. Sama inteligencja oponentów zależy od kilku czynników – ja zapoznawałem się z produkcją na poziomie trudności Uber i niejednokrotnie musiałem powtarzać dany fragment rozgrywki, szukać nowego rozwiązania lub po prostu liczyć na szczęście bombardując przeciwników granatami. Czasami trzeba się pomęczyć.

 

Muszę również wspomnieć, że w grze znajdziemy wielu nazistów, którzy nie grzeszą inteligencją i są brudną plamą na niezwykłej nazistowskiej machinie wojennej. Jest to jeden z najgorszej dopracowanych elementów produkcji, który rzutuje odrobinę na odbiorze całości. Najczęściej takie warzywa spotykamy wyłącznie w starciach bezpośrednich, a nazistowska armia nie posiada wielu bezmózgich żołnierzy i owe momenty nie przytrafiają się często. Zazwyczaj wymieniamy ogień z dystansu, a wtedy chwila nieuwagi jest jednoznaczna z rozpoczynaniem etapu od początku. Twórcy dość gęsto rozrzucili checkpointy, dlatego po pokonaniu trudniejszego etapu możemy spokojnie rozglądać się za amunicją – save na pewno został zrobiony. 

 

 

Osobny akapit postanowiłem poświęcić marketingowi The New Order – od kilku lat nieustannie przyglądam się nowym kampaniom reklamowym i widzę niepokojący trend, że czasami im więcej otrzymujemy wyśmienitych zwiastunów, tym gra ma większe problemy. Nie będę wskazywał palcem, ale z tą chorobą muszą radzić sobie najwięksi. Właśnie z tego powodu do nowego Wolfensteina podchodziłem z pewną dozą niepokoju – jednak już pierwsze chwile z grą pozwoliły mi odetchnąć z ulgą, ponieważ akurat tym razem otrzymaliśmy dobrą harmonię pomiędzy reklamami a produktem ostatecznym. W dzisiejszych czasach, gdzie łatwiej zrobić dobry spot niż porządną grę, trudno o tak dobrze wyważoną produkcję.

 

Wygląda ładnie, ale...

 

Specjalnie na sam koniec zostawiłem sobie oprawę audio-wizualną. Gdy ta pierwsza prezentuje poziom najwyższej klasy, a zaprezentowane kawałki potrafią nas wkręcić w wir strzelania do hitlerowców, którzy stale wykrzykują przerażające niemieckie słowa, tak już pod względem grafiki The New Order pokazuje nam, że jest kolejnym przykładem produkcji „pół-generacjowej”. Choć gra wygląda przyzwoicie z pewnej perspektywy, tak już wszystkie spotkania oko w oko z murem, rywalami, czy nawet podłogą potwierdzają smutną prawdę, że dopóki tytuły będą wydawane na dwóch generacjach jednocześnie, tak długo nie otrzymamy wyśrubowanych produkcji pod względem grafiki. Muszę przy tym zaznaczyć, że nowy Wolfenstein nie jest produkcją brzydką, ale na pewno nad tym elementem można było popracować.

 

 

 

To już koniec?!

 

Wiecie jaki jest mój największy problem z The New Order? Gra spodobała mi się tak bardzo, że nawet nie zorientowałem się, a już widziałem błyskotliwe zakończenie. W tym momencie chciałem wykrzyczeć - Mało! Mało! Mało! -  ale zbudziłbym pewnie pół okolicy, bo akurat na zegarku wybiła 3 w nocy. Te jedenaście godzin to całkiem przyzwoity czas, ale po zapewnieniach twórców (20 godzin z lizaniem ścian) i z powodu braku trybu sieciowego, liczyłem na odrobinę więcej. Jasne, że zawsze można do gry powrócić, wybrać „inaczej”, jednak to nie to samo. Blazkowicz po prostu mnie nie zaspokoił.

 

The New Order tworzy nowy porządek, jednocześnie przypominając nam piękne czasy historii – to gra posiadająca świetną fabułę, ciekawy system rozgrywki i pozwala nam dokonywać ważnych wyborów. To jeden z najlepszych FPS-ów ostatnich miesięcy i bardzo żałuję, że twórcy nie popracowali odrobinę więcej nad grafiką, sztuczną inteligencją i nie zaproponowali nam przynajmniej trzech dodatkowych godzin uciechy. Zabrakło mi konsekwencji. 

 

Tak jak już wspomniałem i pewnie możecie to wyczytać z tego tekstu – nowy Wolfenstein jest naprawdę dobrą grą, którą warto się zainteresować, jednak trzeba pamiętać, że nie jest to ani rewolucyjny FPS, ani prawdziwy przedstawiciel ósmej generacji. To raczej stara szkoła, w dobrym tego słowa znaczeniu.